15 October 2011

Beskidy na weekend

Podczas gdy w Warszawie jesień bawi się w najlepsze, ja postanowiłam zobaczyć pierwszy śnieg w tym półroczu. A więc palcem po mapie Polski tańczymy walczyka i zatrzymujemy się w Wiśle.

Nadwiślańska Wisła (masło maślane), choć pogoda nie najpiękniejsza, nie ma sobie wiele do zarzucenia. Na ryneczku oscypki w dowolnej formie (same, z grilla, z żurawiną), góralskie chusty i korale.

To jednak BESKIDY, góry. Być w GÓRACH i ograniczać się do spacerowania po ryneczku i jedzenia oscypków (w dowolnej formie)? Więc wstaje rankiem i po kilku obowiązkowych porannych czynnościach, z plecakiem ruszamy w góry.

Wesoło podśpiewując piosnkę z Jak rozpętałem drugą wojnę światową, zaczynam iść. Zazwyczaj, gdy wychodzę w góry, pogoda bez sumienia mnie nie oszczędza. Tak było i tym razem. Mgła okrutnie ograniczająca widok, chmury i deszcz, a więc kałuże i błoto.

Idę tak sobie i idę, ale nie za długo to trwa, bo po przejściu niecałych stu metrów zielonym szlakiem, po stronie lewej mam drogę, na wprost karczmę, po prawej wąską ścieżynę. Nie namyślając się długo, skręcam w prawo i zmieniam repertuar muzyczny, na czołówkę piątkowej Listy Przebojów Trójki. Na drzewie zauważam patriotyczny symbol szlaku (biało-czerwony) i podążam zgodnie z jego wskazówkami. Przerwa na łyk soku jabłkowego, dzień dobry do innych ludzi na szlaku, idę dalej. Na szczycie nie czeka schronisko, w którym można się ogrzać, bo górka za niska. Szkoda.

Po dotarciu na szczyt właściwie trzeba zejść, więc z myślą o ciepłej herbacie i zupie w karczmie, schodzę na dół.

Herbata po dłuższej chwili zalewa jamę ustną...

Można się jedynie uśmiechnąć.

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!