10 January 2012

Ferie na Mazurach

Po przejechaniu Ameryki i Włoch (na jednym tankowaniu!) dotarłam w sobotę 14 stycznia do Plusk, nad Jeziorem Plusznym.

Jaka pogoda? Codziennie była taka sama. Rankiem słońce okrutnie budziło i kazało wyjść na dwór. Gdy się już wychodziło, pojawiały się chmury. Gdy kończyło się wycieczkę i wybierało się właśnie na obiad, niebo było brudno białe. Wieczorem padał śnieg. Właśnie, śnieg. Tam było go prawie do kolan. Wprawdzie gdy wyjeżdżałam z Warszawy, na drodze pojawił się pierwszy lód, a trawę przyozdobiły białe drobinki, ale lepić z tego bałwana... Jeździć na nartach... Raczej nie.

Poza możliwością przemoczenia butów w jeziorze lub śniegu, jest tu wiele rzeczy do robienia.

W niedzielę trzeba było iść do kościoła. Poza tym, że nijak drogi do niego znaleźć nie można było, wieś, w której się znajduje, ma bardzo ciekawą historię.

Poznałam ją z ciekawości. Na dachu świątyni wiszą dwa żyrandole. Na ich zewnętrznej stronie napisane były jakieś nazwiska i skrótowe imiona. Tak sądzę, bo czy skrót np. "AND" stojący obok nazwiska może oznaczać coś innego? Nad nazwiskami liczby w układzie dwie liczby.dwie liczby.dwie liczby. Prawdopodobnie daty, bo pierwsze liczby nie przekraczają 31, drugie- 12, a trzecia to zazwyczaj 17. Data śmierci.

Wewnątrz znajduje się napis. Po niemiecku. Mimo, iż uczę się się tego języka, nie mogłam go przetłumaczyć.

Kościół obecnie stoi w środku lasu, ale kiedyś otaczało go tętniąca życiem wieś. Ostatni mieszkańcy wyprowadzili się stąd w latach 70.XX wieku, na stronę niemiecką. Dziś na msze przychodzi zaledwie kilka rodzin, mimo iż jest to kościół jedyny, na kilka wsi.

Wracając do Plusk i tutejszych rozrywek, znajduje się tutaj basen, do którego jeżdżą wszyscy, jak głosi lokalna gazeta. Całe szczęście, nie widać tego.

W poniedziałek brałam udział w kuligu. Nie był to typowy kulig. Wprawdzie były konie i duże sanie, ale doczepiono do nich także małe saneczki, na których jechałam. To był fantastyczny pomysł. Mimo, że nogi, zakopujące się co i rusz w śniegu, niesamowicie zmarzły.

W środę odkryłam nowy sport- narciarstwo biegowe.

Do tej pory moja wiedza o tej dyscyplinie ograniczała się do oglądania Justyny Kowalczyk i wiadomości sportowych, w których informowano o jej zwycięstwach. Pierwszym elementem tego rodzaju narciarstwa, który poznałam bliżej, było obuwie. Bardzo się ucieszyłam, bo w niczym nie przypominało butów do tradycyjnego narciarstwa. Były znacznie lżejsze, sznurowane. Gdy wpięłam się do nart, czerwonych Madshusów, spróbowałam się poruszyć. Przypomniałam sobie, jak oglądałam tour de ski... Ta prędkość... Mimo to dosyć szybko załapałam, o co w tym chodzi i po kilku upadkach, jako tako zaczęło to wyglądać.

POST ZE STYCZNIA 2012

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!