20 October 2011

Makabryczne wspaniałego początki

W czasie pobytu w Norwegii, w czasie jednego z postojów znalazłam ulotkę, informującą o możliwości wdrapania się na jeden z wierzchołków pobliskiego lodowca. Z decyzją nie wahałam się ani chwili.

Następnego dnia wyjechałam z rodziną z miejsca naszego noclegu, do bazy, do której należy się zgłosić przed wyprawą. Stamtąd do BARDZO NIEBIESKIEGO JEZIORKA (naprawdę, niebieskie że oczy na wierzch wychodzą), gdzie łódeczką pod lodowiec. Aby dostać raki, należało trochę się namęczyć z dojściem (rozgrzewka!). Po założeniu raków, przewodniczka wiązała grupkę liną (proszę mi uwierzyć, to się naprawdę przydawało!) i do góry! To znaczy, tak mogłoby się wydawać. Przewodniczka musiała wziąć udział w akcji ratunkowej. Uczestnik jednej z wracających wypraw, musiał chyba źle wbić rak na dosyć stromym kawałku i wpadł do szczeliny. Całe szczęście skończyło się tylko na kilku rozcięciach na łukach brwiowych, ale cała twarz tego człowieka była we krwi i wyglądało to nieco makabrycznie. Stojący kilka osób za mną Włoch zdążył tylko zawołać „Aj dont fil gud”, poczym zemdlał. Gdyby nie nagłe napięcie liny przez współuczestników, mężczyzna rozciął by sobie głowę na dosyć ostrych kamieniach i lodzie. Chłopczyk, który okazał się być synem mężczyzny, zaczął płakać. Nasza grupa podzieliła się na cztery zespoły: 1) Stojących z przodu 2) Ratujących Włocha 3) Pocieszających dziecko 4) Stojących z tyłu.

Ja byłam w grupie drugiej. Mój tata miał plecak z prowiantem dla rodziny na cały dzień i dokumentami. Z prędkością tej malutkiej cząsteczki co jest podobno szybsza od światła, znalazł tam wodę i podał ją dopiero co ockniętemu mężczyźnie. Wypił trochę, tata schował wodę i podał mu podwarszawską krówkę. Chyba mu nie smakowała…

Wejście udało się, ale wydarzenia na wstępie, przestraszyły stojącą przede mną Hiszpankę. Podczas wyprawy, kiedy należało zrobić większy krok, ona musiała się mnie złapać za rękę…

POST Z LISTOPADA 2011

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!