09 August 2012

Pożegnanie z ognistą wyspą

29 lipca 2012

Bardzo wcześnie rano, Keflavik

Islandia tak jak nas powitała, tak nas żegna. Deszcz leje odkąd się obudziłam (tzn. już naprawdę długo).



10:50 (w Islandii)/12:50 (W Polsce) W powietrzu, pomiędzy Szetlandami, a Norwegią

Lecimy już dwie godziny. Za drugie tyle będzimy w Warszawie.

Za oknem widać okazałe skrzydło islandzkiego Airbusa czeskich linii lotniczych i dobrze znane już nam niebo i chmury.

Samolot do tej pory tylko raz przechodził przez turbulecje, ale za to porządne. Serio. W życiu nie widziałam, żeby tak trzęsło samolotem.

Do Warszawy zostało jeszcze ok. 1320 km.

Na lotnisku kupiłam sobie Nýmjólk, czyli mleko islandzkie, w kartoniku. Pyszne.

Choć minęły zaledwie dwie godziny, ja już zdążyłam przeczytać zabraną specjalnie na czterogodzinny lot książkę, ale mam zajęcie. Przewidziałam, że istnieje możliwość braku zajęcia i zabrałam książkę do nauki norweskiego z ćwiczeniami. Nigdy jej nie robię, chyba że naprawdę nie mam co robić, nie mogę zasnąć, albo jeść. Cóż, efekt jest taki, że kupiona na kilka dni przed wyjazdem książka sprawiła, że potrafię się przedstawić po norwesku.



Po południu, Warszawa

Do stolicy dolecieliśmy planowo- o 15:05 czasu środkowoeuropejskiego. Po wyjściu z samolotu doznaliśmy małego szoku. Islandzka temperatura dziś nie była zbyt wysoka, nawet jak na Islandię, tymczasem w Warszawie jest co najmniej 30 stopni.

Będzie mi brakować Islandii, a w szczególności najlepszej islandzkiej potrawy (niestety nie udało mi się zjeść zgniłego rekina hakarl, czego bardzo żałuję) czyli Skyru. W tysiącu zebranych ulotek znalazłam przepis na naleśniki po islandzku, spróbuję je zrobić, jak zrobię, przepis oczywiście opublikuję.

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!