29 December 2012

Święty po raz drugi, czyli na reniferach przez mróz

Dziś pokazało się po raz pierwszy słońce. Ale nie było to takie słońce, jakie mamy w Polsce. To słońce zdawało się być zimne i nie kojarzyło się raczej z niczym miłym. No, może było nieco jaśniej, niż zazwyczaj. Całą jasną część doby na niebie nie ma ani jednej chmurki, ale za to wygląda to wszystko jak wschód słońca.

I jest zimno. Jak diabli. -26 stopni.

Wyruszamy ponownie do Santa Village, ale tym razem bez zamiaru przywitania św. Mikołaja, ale do pewnego renifera. 
Jedziemy, żeby pojeździć sobie po lesie w saniach zaprzężonych w renifera. 

Czekamy chwilę w kolejce i do sań! Tam czeka futro renifera- muszę przyznać, że jest ono o wiele cieplejsze niż najgrubsza nawet puchowa kurtka.


Po przejażdżce idziemy zobaczyć jak wyglądają namioty Saamów, które stoją obok reniferowego przystanku. Właściwie nazywają się one lavvo. Wykonane są ze skór reniferów i przypominają te Indian północnoamerykańskich. 


Jedziemy więc gdzie jest nieco cieplej- do Santa Parku, czyli czegoś w rodzaju zamkniętego parku rozrywki poświęconemu tematyce św. Mikołaja. Można tam pisać listy do świętego, a nawet do samego siebie na najbliższe święta (dla prawosławnych oczywiście jeszcze tegoroczne), ozdabiać pierniczki z panią Mikołajową czy tworzyć małe podobizny świętego za pomocą kawałka drewna, kleju, waty i czerwonego filcu. Jest też do obejrzenia show przygotowane przez elfy. W jego trakcie elfy tańczą "Gangam Style", a jedna z nich tańczy na rurze. Jest tam też galeria lodowych figur. Santa Park nie powala.

W nocy, jako że po raz pierwszy i miejmy nadzieję nie ostatni nie pada śnieg, wyruszamy na polowanie. Na zorzę polarną. Czekamy na polanie. Zorzy nie ma, a robi się coraz później. No i nie pokazała się. :-(

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!