01 January 2013

Sylwester z psami

31/12/2012

Ostatni dzień tego roku. 

Rano biegówki. Nie ma w całej Europie chyba lepiej przygotowanych tras biegówkowych niż w Skandynawii. Nic dziwnego, że głównymi rywalkami Justyny Kowalczyk są właśnie mieszkanki tego mroźnego regionu. 

Po godzinie oddajemy narty i wyruszamy do... Sinetty. Czymże jest owa tajemnicza Sinetta? Śpieszę z wyjaśnieniami. Sinetta jest to miasto oddalone o 21 kilometrów od Rovaniemi (na północ!). Jeszcze zimniej, jeszcze mniej ludzi, są za to... renifery. Co nie cieszy każdego, bo mają one widoczne upodobanie w wbieganiu na ulicę, prosto pod koła samochodu. Droga nieco śliska, ale reniferom nie podoba się pomysł z uważaniem na drodze. Dla reniferów bezpieczeństwo widocznie priorytetem nie jest.
No dobra, ale co takiego jest w tej Sinetcie, że w trzaskającym mrozie i sypiącym śniegu decydujemy się na opuszczenie ciepłego pokoiku? Są... husky. W tej mieścince znajduje się jedna z jak podejrzewam wielu farm psów husky. 

Po przybyciu na miejsce dostajemy kombinezony i specjalne obuwie. Nie jest w kombinezonie cieplej niż w kurtce puchowej, ale nie narzekamy. Skoro założyć kazali to pewnie cel jakiś to ma. Potem jest przeszkolenie- jak się hamuje, jak skręca, co robić na jaki znak itp. "Ju anderstend? Ar der eny kłeszczyns? Noł?" To do psów!

Mój brat pokazuje jak zwalniać

Musimy przejść przez ulicę, pobłądzić chwilkę w lesie i po krótkiej chwili odnajdujemy zaprzęgi. Nasze psy nie wyglądają tak jak stereotypowy husky. Jest to zupełnie nie przypominająca zwykłego wyobrażenia o huskych rasa Alaskan Husky. Skaczą sobie i szczekają. 

W saniach czeka koc. Siadam sobie w saniach. Śnieg zaczął jak na złość sypać z jeszcze większym natężeniem. 

Ruszamy. 

O rany, ale te psy pędzą! Wprawdzie zdawałam sobie wcześniej sprawę z tego, że są to silne i szybkie zwierzęta, ale widzieć na filmie i czytać w książce, a zobaczyć na żywo to dwie, całkowicie różne sprawy. Śnieg tak sypie, że zaczynam żałować, że nie wzięłam gogli.

Prędkość światła? Nie ma problemu! 
Jeździmy i jeździmy. Nieco zimno i się ściemnia coraz bardziej, ale co tam. Jest świetnie. Zauważyłam pewną rzecz- niektóre psy biegną w prostej linii, noga za nogą, głową machając góra- dół, góra-dół jak na rockowym koncercie. Są też takie, które biegają slalomem, głową machając na trzy świata strony (na czwartą nie mogą, bo jak?). Wyglądają przy sobie te psy dosyć zabawnie.


Koniec. Wracamy na miejsce wyjazdu. Żegnamy się z nieskrywanym żalem z psami i idziemy napić się gorącego kompotu w wersji lapońskiej. W drodze towarzyszy nam jeden z psów. Jest mały i ma czarno- białą sierść. Oczka ma niebieskie. Z bratem cały czas wrzucamy się w śnieżne zaspy po prawej i lewej stronie ścieżki. 

Kompot po lapońsku od polskiego różni się jedynie owocami. Robi się go jedynie z owoców leśnych, takich jak tutejsze maliny nordyckie (których jestem zdecydowaną fanką- są przepyszne). Po podgrzaniu rozgrzewa jak nic i smakuje też bardzo dobrze. Gdy siedzimy przy ognisku (w chatce) opiekunka psów opowiada nam o nich i o farmie, i o zawodach.

Wracamy do Rovaniemi.

O 22.00 zaczynają się pierwsze wystrzały fajerwerków. To przybyli tu na Nowy Rok i  prawosławne Boże Narodzenie Rosjanie z Moskwy. Za godzinę będą strzelać ci z Petersburga, a za dwie tutejsi. My powinniśmy strzelać o 1:00, ale raczej nam się nie uda, bo jutro wracamy bladym świtem do Warszawy, z przesiadką w Helsinkach i trzeba będzie wstać wcześniej... :-(

Wychodzimy na zewnątrz. Weseli Rosjanie wychodzą na ulicę. Pozdrawiamy ich noworocznie i wracamy do siebie. O północy otwieramy sok z tutejszych owoców i paczkę fazerowych żelków. Jako, że w telewizji fińskiej nie ma odliczania, sok otwieramy trzy razy i pożeramy trzy żelki, bo trzy telefony mają inaczej nastawione zegary. Fajerwerków niestety nie udaje nam się kupić.

Szczęśliwego Nowego Roku!


No comments:

Post a Comment

Dziękuję!