28 March 2013

Tylko ten się może nazwać mądrym, kto co najmniej raz w miesiącu nazwie się durniem

Korzystając z chwili wytchnienia od lektur i braku konieczności odrabiania pracy domowej zadanej na drugą połowę tygodnia, co gwarantuje przerwa świąteczna, wzięłam się za czytanie książek poważniejszych niż większość książek podróżniczych, gdzie więcej ciekawie przekazanej mądrości i ponadczasowych wartości w życiu człowieka. Jedną z tych książek czytałam potajemnie na strychu, jedną czytałam pod wpływem INTO THE WILD. Muszę przyznać, że wrażenie, jakie na mnie wywarł żywot McCandlessa jest ogromne. Przez dwa tygodnie robiłam wielostronicowe przemyślenia na temat wartości prawdziwych i najważniejszych, bardzo dużo też o tym myślałam, przez co rozmowy moje ograniczały się do minimum, chyba że mówiłam o filozofii. W domu przy pianinie oddawałam się codziennym przemyśleniom towarzyszącym graniu emocjonalnych utworów. Zauważyłam, że wczucie się w grany utwór i próba zrozumienia go, dodanie własnej interpretacji pomaga go zagrać. Te kompozycje, w których rytm nie był stały, prawa i lewa ręka grały zupełnie co innego i które rzecz jasna sprawiały mi przez to największy problem, stały się dla mnie znacznie prostsze. Utwór, który przedtem zupełnie mi nie szedł, nagle zaczął mi wychodzić. O ile wcześniej przez obowiązki związane z nauką w gimnazjum nie pozwalały mi na grę poza weekendem, tak teraz gram codziennie. Po rocznej przerwie od gitary zdałam sobie sprawę, jak bardzo potrzebuję słuchania dźwięku, jaki wydają struny. Jako, że mój stary tuner (czyli urządzenie pomagające w strojeniu) przestał działać, a ja po tak długiej przerwie nie byłam w stanie zrobić tego na słuch, nabyłam takowy za własne oszczędności. Niestety podczas strojenia zerwała się stara struna i musiałam kupić nowe, potem okazało się, że tuner też nie działa tak jak powinien i straciłam zapał do gry.

Koniec tego. Oddałam się do reszty przemyśleniom, a ten post, choć też w pewnym sensie wpisują się w jego tematykę, nie dotyczy gry na instrumentach.
Czego więc dotyczy? Książek. Niekoniecznie podróżniczych, choć właściwie opisane w nich wartości idealnie wpasowują się na podróżniczy grunt.
Fiodor Dostojewski OPOWIEŚCI FANTASTYCZNE
Krótka (choć po lekturze 19-stronicowych DZIADÓW cz.II Mickiewicza może się taka nie wydawać) książka będąca zbiorem tytułowych opowieści. Niekoniecznie są one ze sobą powiązane treścią i nie stanowią logicznego ciągu wydarzeń, ustawienie ich w chronologicznym ciągu stanowiłoby nie lada trudność. Język, jakim pisze autor nie jest trudny i zupełnie niezrozumiały, ale też mądrości nie są przekazane zupełnie wprost, a wplecione w bieg rzeczywistych tudzież urojonych wydarzeń. Czytanie sprawia przyjemność, prowadzi do zatracenia się w lekturze i niewątpliwie jest czymś niezwykłym.W OPOWIEŚCIACH zawarte jest mnóstwo stwierdzeń, które mogą zmienić sposób patrzenia na życie, ja sama zgadzałam się ze wszystkim co tam znalazłam. Tytuł tego posta to cytat z jednej z opowieści. Gdy ktoś widziawszy mnie z nosem utkwionym w książce i oczyma śledzącymi treść, odpowiadał po prostu "aha" lub zadziwiony pytał "o czym to? co to?". A na takie pytania nie da się tak po prostu odpowiedzieć.Gdy pytam moją mamę o treść jakiejś książki, zazwyczaj odpowiada krótko, np. o życiu, o ludziach, itp., czego ja znieść nie mogę, więc takie pytania kierowane w moją stronę odpowiadałam długo. Największe wrażenie wywarła na mnie przedostatnia opowieść. Opowiadała ona o tym, jak narrator w poczuciu ogólnej beznadziei i bezsensu postanawia palnąć sobie kulkę w łeb. Zasypia jednak przy biurku, a sen, który mu się przyśnił, pokazuje mu, że życie jest najwspanialszym z darów, a najgorszym grzechem jest sobie ten dar odebrać.

George Orwell ROK 1984
Książka zupełnie inna od OPOWIEŚCI. Pierwsze jej stronice czytałam już około rok temu, może więcej, a mimo to, nie zapomniawszy ich, zakończyłam czytanie dopiero w sobotę. Jest przerażająca, choć nie ma w niej żadnych odrażających potworów (chociaż za takich można uznać czasami ludzi), żadnych duchów (chociaż właściwie pojawiają się tu, tylko nie w takim dosłownym znaczeniu, jak nam się wydaje). Akcja dzieje się w tytułowym roku '84 (co ciekawe, książka została napisana w '48) w Oceanii, totalitarnym do granic możliwości państwie, jednym z trzech, które powstały po rewolucji (pozostałe to Eurazja i Wschódazja), gdzie obowiązującym językiem jest nowomowa. Idealnie zbudowany system, który zdusza jakikolwiek bunt nawet nie w zarodku, wyklucza jego istnienie. W nowomowie nie istnieją nawet słowa, o znaczeniu "wolność", a przeszłość jest zmienna. Wszystko jest ukazane tak, że nie tylko dla członka Partii, ale i dla prola (w staromowie, języku obowiązującym przed rewolucją - proletariusz, czyli z łaciny "człowiek, którego jedynym bogactwem są dzieci"). Głównym bohaterem jest Winston Smith, członek jednego z departamentów Partii, gdzie zajmuje się korektą przeszłości na korzyść Partii, a dokładniej poprawia starsze wydania gazet, gdzie napisano błędne przewidywania Wielkiego Brata, czy jego twierdzenia, które musiał zmienić, np. na temat sojusznika w wojnie. Winston buntuje się po cichu, dokonuje myślozbrodni, rozmawia na tematy tabu. Przychodzi mu za to zapłacić wysoką karę, w tym przypadku znacznie gorszą niż kara śmierci. Korea Północna przy Oceanii to demokratyczny raj.

Dziś zaczęłam i skończyłam czytać ROMEA I JULIĘ Szekspira, następną lekturę, więc jak tylko odrobię pracę domową i nauczę się do klasówek, zaplanowanych po przerwie świątecznej, skończę czytać ostatnie strony ZENGA ZENGA o powstaniu w Libii (już zapowiadam post o książkach reporterów wojennych) biorę się za czytanie ZBRODNI I KARY Dostojewskiego.

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!