05 April 2013

Biała Wielkanoc w Białymstoku

W Wielką Sobotę, po święceniu święconki i małym posiłku opuszczamy Warsiawę i wyruszamy na Wielkanoc do naszych podlaskich familiantów. Do Białegostoku około docieramy 18.45 i idziemy na dwugodzinną mszę. Potem na kolację i spać. Następnego dnia święcenie domu, dzielenie się jajkiem i śniadanie wielkanocne, złożone między innymi z takich przysmaków jak kaszanka z turbochrzanem*, sałatka majonezowa, pasztet i przepyszne mazurki kajmakowe i marcinek.
Po takiej uczcie i krótkim zawiązaniu się sadełka wyruszamy z lokalnym przewodnikiem w osobie mojego wujka na wycieczkę krajoznawczą po białostockich Dojlidach. Dojlidy owe (piękna nazwa, nieprawdaż?) jest to część miasta Białystok o charakterze przemysłowym, którą została dopiero w 1954 (wcześniej stanowiła oddzielną gminę).

Wędrówkę zaczynamy od przejścia niezbyt urokliwymi uliczkami, choć niektóre znajdujące się przy nich budynki są naprawdę ładne. Może wywierają (uliczki) takie wrażenie przez paskudną pogodę? Topiący się śnieg, szarobure niebo i niewysoka temperatura bynajmniej uroku nie dodają.

Dochodzimy do parku. Pomiędzy dwunastoma członkami wyprawy dojlidzkiej wywiązuje się dyskusja o alejkach - czy lepsze są asfaltowane, jak w Parku Szczęśliwickim czy wyłożone kostką czy takie jak tutaj, po prostu ziemia i nic więcej. Cóż, zasadniczą zaletą dwóch pierwszych opcji jest to, że w taką pogodę jaka jest obecnie ścieżka nie zamienia się w jeziorko, przez które trzeba wybierać: śnieg w butach i przemoczone skarpetki później czy woda w butach i przemoczone skarpetki wcześniej. W każdym razie doszliśmy do wniosku, że w suchym lecie może i wygląda to ładnie, ale w zimo-wiośnie lepiej sprawowałby się asfalt lub kostka.

Przy wejściu do parku nasz przewodnik zwraca uwagę na rząd jednakowych domków po drugiej stroniej parku - były to mieszkania pracowników pobliskiej fabryki. Na lewo od domków znajduje się pałac, jednak nie podchodzimy tam i nie słuchamy opowieści o nim, toteż notka taka krótka.

Wędrówkę naszą kontynuujemy próbując nie zatonąć w parkowych ścieżkach. Zatrzymujemy się na dłużej przy Pałacu Lubomirskich. Jest to dosyć duży, biały (właściwie to brudnobiały) budynek, przed którym znajduje się mały staw. Znajduje się w nim Wyższa Szkoła Administracji Publicznej.

Idziemy dalej na przemian w błocie i śniegu. Chmury na niebie przygotowują się do wybuchu. Chodzimy po parku, potem przechodzimy przez boisko. "Tu to by się dwa orliki zmieściły!" komentuje wuj. Boisko jest jednak ukryte pod grubą warstwą topiącego się śniegu i nie może nam odpowiedzieć co sądzi o tym pomyśle.

Wracamy do naszej ulicy. W momencie, w którym cała ferajna przekracza próg domu, zaczyna padać śnieg. Początkowo nieśmiało. Wchodzimy do środka, dojadamy jeszcze po kawałku ciasta, rozmawiamy - o sporcie, komunikacji miejskiej, pogodzie. Potem mój brat siłuje się ze wszystkimi przedstawicielami płci męskiej, którzy zostali tak długo, oglądamy fragment kolorowych "Krzyżaków" w HD i wracamy.

Mniej więcej na wysokości Wyszkowa śnieg zaczyna wariować. Sypie jak oszalały, widoczność jest znacznie ograniczona. W stolycy nie widać zupełnie nic. Dumnie górujący ponad zabudową Warsiawy Pałac Kultury teraz jest schowany w chmurach i tonach padającego śniegu.

Najlepsze jednak przed nami. Gdy wreszcie docieramy do domu i wysiadam z samochodu, moje nogi zakopują się tak głęboko, że nawet glanki tak wysoko nie sięgają. Pół metra co najmmiej.
_______________________
*turbochrzan tym się od zwykłego chrzanu różni, że jest tak piekielnie ostry, że jedzenie go bez kaszanki lub innej zagryzki może prowadzić do płaczu

2 comments:

  1. Jednym słowem zwyczajna Polska wiosna :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie da się ukryć :-) Choć w zeszłym roku o tej porze to słońce świeciło i drzewa kwitły...

      Delete

Dziękuję!