06 May 2013

Dzień 2, czyli co Pałac Kultury robi za granicą

Skoro świt opuszczamy Suwałki i kierujemy się w stronę granicy z Litwą (czyli Lietuvos Respublika). Od razu po przekroczeniu granicy częstotliwość bocianów zmniejsza się znacznie, za to pod koła samochodu pakuje się zając. Wbiega na ulicę, samochód hamuje z piskiem opon, zając zatrzymuje się, jakby usłyszał znajome Nu pagadi po drugiej stronie, a samochód nadal hamuje, jak nic zaraz będzie po zającu. Całe szczęście zwierz zmądrzał i skoczył na drugą stronę. 

Najwyższy punkt na Litwie ma nieco ponad 200 m.n.p.m., więc nawet nie może się ubiegać o tytuł góry. Natomiast jadąc przez Litwę można odnieść wrażenie, że cała znajduje się na tej wysokości. Jest płaska jak stół. Żadnych wzniesień, pagórków, wzgórz, kopczyków. Nic. Gdy patrzy się na litewski krajobraz, widać litewską flagę. Pola są zielone, gdzieniegdzie żółte, a dzioby częstych (choć nie tak jak w Polsce) bocianów - czerwone. 

Litwa jest krajem o największej gęstości zaludnienia spośród republik nadbałtyckich. Cóż, momentami trudno jest potwierdzić ten fakt. Można jechać i jechać, przez niekończące się pola i widzieć tylko kilka domów. 


Pierwszym (i jedynym) miastem, w którym się zatrzymujemy są Kiejdany (Kedainiai). Jest to miasto 30-tysięczne, założone jeszcze w średniowieczu. Początkowo leżało na terenie należącym do Zakonu Krzyżackiego, potem przechodziło z rąk do rąk, aż do odzyskania niepodległości przez Litwę. Zwiedzanie rozpoczynamy od oglądania Kościoła Karmelitów. Jest to ogromna, drewniana budowla z początku XVIII wieku. 

Kościół Karmelitów w Kiejdanach
Kościół ten nie jest jedynym budynkiem sakralnym w mieście. Poza nim jest tu jeszcze co najmniej 2 kościoły, cerkiew, dwa zbory luterańskie oraz dwie synagogi. Dość duża różnorodność, jak na tak niewielkie miasto. 

Cerkiew w Kiejdanach
Do rozwoju Kiejdan przyczynił się w największym stopniu Janusz Radziwiłł, wielki hetman litewski. To dzięki niemu powstały tu zbory luterańskie. Na jednym z 6 (!) rynków znajduje się jego pomnik. Dobrą chwilę zajęło mi odnalezienie informacji, że to jest właśnie ten pomnik - nie ma tabliczki czy napisu, są jedynie inicjały Radziwiłła. Innym Radziwiłłem, który przysłużył się Kiejdanom był jego ojciec, czyli Krzysztof Radziwiłł, również wielki hetman Radziwiłł. Dzięki niemu powstało tutaj gimnazjum, kalwińska szkoła, gdzie nauczano po polsku. Zamknięto ją w 1864 roku z rozkazu władz, a otwarto ponownie w 1922, jednak z językiem wykładowym litewskim.

Pomnik Janusza Radziwiłła w Kiejdanach
Postanawiamy wejść do kawiarni i napić się litewskiego kwasu*. Długo zajmuje nam znalezienie otwartej kawiarni, ale czemu się dziwić? W końcu dziś 1 maja, nie tylko w Polsce dzień wolny od pracy. Szukamy i szukamy, wreszcie znajdujemy. 
-Gud morning.
-Gud morning.
Zajmujemy miejsce przy stoliku. Szybko sprawdzamy w przewodniku jak jest po litewsku kwas. Gira. Okej. To zamawiamy. Po angielsku. Angielszczyzna przyjmującej zamówienie jest w porządku, ale widać, że nie jest to jej mocną stroną.
-Gawarijte pa ruski?
-Da.
-Otkuda?
-Warszawa. 
-Polsza?
-Da.
Ja po rosyjsku znam może 15 słów. Zasób słownictwa rodziców jest nieco większy, bo uczyli się go w szkole, ale i tak nie jest najlepiej. Tymczasem kelnerka z rosyjskim czuje się jak ryba w wodzie. 
Pierwszy kwas w KVASS EKSPEDYSZYN jest gazowany, nawet trochę za bardzo, bo przez to słabo czuć jego smak. 

Wracamy do zwiedzania. Chyba najdziwniejsze jest Kiejdanach to, że obok pięknych, drewnianych domów stoją prostokąty z czasów, gdy w Polsce mieliśmy PRL. (Jak się później okaże to dopiero preludium przed kontrastami w Tallinnie). Walące się drewniane domy obok bogatych murowanych kamienic.

Cud domek i...
...zielona cegła
W Kiejdanach zaskoczyła mnie również sztuka nowoczesna na jednym z budynków. Do tej pory zastanawiam się, co może obrazować :-)


I tym optymistycznym akcentem opuszczamy Kiejdany i wyruszamy dalej. 

Przekraczamy granicę litewsko-łotewską. Już od pierwszych kilometrów czuję, że Łotwa o wiele bardziej przypadnie mi do gustu niż Litwa. Nie wiem czemu. Bociany pojawiają się wprawdzie częściej niż w sąsiedniej Litwie, ale i tak rzadziej niż w Polsce. 

Ryga. Tu mamy kolejny nocleg, w jednym z moteli w zachodniej części miasta. Gdy tylko zostawimy bagaże
udajemy się do części wschodniej. Gdy jesteśmy na moście nad Dałgawą, łączącym obie części miasta, do złudzenia przypominającym warsiaski Most Świętokrzystki, w oczy rzuca mi się pewien budynek...
-Ej, popatrzcie!
-Gdzie?
-Tam, po prawej! Pałac Kultury! Jak nic!
-O! Faktycznie!
-Daj przewodnik. Zaraz, zaraz... Jest. Budynek do złudzenia przypominający Pałac Kultury. Łotewski Empajer Stejt Bilding (czyli Ryska Akademia Nauk). A na horyzoncie majaczy... Wieża Eiffla. To znaczy Wieża Telewizyjna. Najwyższy budynek w mieście. Podobno można go nawet zwiedzać, ale trzeba się wcześniej zapisać. Nam to nie przyszło do głowy, więc ograniczyliśmy się do Starego Miasta i naszej dzielnicy.

Zwiedzanie Rygi zaczynamy od placu, gdzie znajduje się Dom Bractwa Czarnogłowych. Stoi na nim, poza zabytkowym budynkiem, socrealistycznym pomnikiem i pomnikiem rycerza Rolanda (mój brat śmiał się, że to ten Roland, co mu mózg uszami wyciekał, zresztą słusznie, daję słowo, nie będę już czytać bratu moich lektur), pekaes z Suwałk, a w nim wycieczka z Polski. Ten fakt może się okazać zbędny, ale proszę mi uwierzyć, że będzie się przewijał przez całą relację z wyprawy. Swoją drogą, czy wśród czytelników są pasażerowie owego pekaesu? 

No dobrze, przejdźmy do zwiedzania. Tak jak już pisałam, zaczynamy od Rātslaukums (czyli tego placu z pekaesem, tfu! z Domem Bractwa Czarnogłowych). Dom pochodzi z XIV wieku, ale jest repliką tego, który stał tu dwa wieki wcześniej. W czasie II wojny światowej został zniszczony, a to, co widzimy dziś, jest efektem prac konserwatorskich.
Robi niemałe wrażenie. Jest dosyć spory, ma złote zdobienia.


Dom Bractwa Czarnogłowych 
Wieża kościelna z kogutem 
Idziemy dalej. Pierwszą budowlą, która rzuca się w oczy jest kościół, na którego wieży znajduje się nie krzyż, a... kogut. Istnieje przesąd, że architekt kościoła miał usiąść na kuli, na której ustawiony jest kogut i zrzucić stamtąd szklaną butelkę wina. Liczba kawałków, na które rozpadła się butelka symbolizowała czas, po jakim kościół ulegnie zniszczeniu. A czemu właśnie kogut? Ano kogut, pojawia się w Biblii w momencie, kiedy Jezus mówi do jednego z apostołów, że się go wyrzecze, zanim kogut zapieje. No i właśnie od tego ten kogut. Jest nie tylko na ryskim kościele widocznym na zdjęciu, ale na prawie każdym w całej Łotwie. Muszę przyznać, że nie da się chyba do tego przyzwyczaić.

Idziemy dalej. Gdy dochodzimy do rzeźby, przedstawiającej bohaterów jednej z baśni Braci Grimm (Muzykanci z Bremy czy jakoś tak...), zwierzęta (osioł, świnia, jagnię, kogut? nie wiem, nie mogę się dopatrzeć, a baśni nie pamiętam ;-) ). Chcę zrobić zdjęcie, ale pojawia się... znajoma już wycieczka jadąca pekaesem z Suwałk. Czekam i czekam, wreszcie odchodzą i mogę robić zdjęcia, ale w tym momencie mój braciszek postanawia ponownie zostać obfotografowany (na wielu zdjęciach możecie zobaczyć jego czapkę, chociażby na tym z zielonym kiejdańskim budynkiem). 

Mijamy kafejnicę, chodzimy ocienionymi uliczkami, pomiędzy secesyjnymi kamienicami. Chodzimy i chodzimy po tej Rydze i coraz bardziej mi się ona podoba. Nie wiem, coś jest w niej takiego, hmm.... naszego, przypomina mi gdzieniegdzie Warszawę, może dlatego. Ma coś w sobie to miasto niewątpliwie tylko trzeba rozszyfrować co. Po raz pierwszy odczułam za granicą, że mogłabym tu zamieszkać i nie tęskno by mi było do mojego miasta (aż tak bardzo). Nie jest Ryga Paryżem czy Rzymem, a czuję się w niej jak w najwspanialszym mieście na ziemi. Wszystko co się w niej dzieje odbieram bardziej pozytywnie niż w rzeczywistości. Właściwie będąc w Warszawie, wszystko wydaje mi się o wiele piękniejsze niż gdybym to samo zobaczyłam w Berlinie, Paryżu, Barcelonie czy jakimkolwiek innym mieście, o którym tak się marzy. Ryga wydała mi się od samego początku drugą Warszawą, miastem, które może być zastępstwem dla domu. W którym wszystko jest najpiękniejsze, choć inni uznaliby to za coś przeciętnego, niewartego choć minuty cennego czasu. Przed wyjazdem słyszałam wielokrotnie, że zachwyty nad Rygą nie przewyższają zachwytów nad Tallinnem, tymczasem ja niewidziawszy stolicy Estonii jestem już pewna, że to Ryga zapadnie mi w pamięć jako najwspanialsze miasto poza Warszawą. Jedzenie wydaje się smaczniejsze, ból mniej dokuczliwszy, światło mniej rażące i ciemność mniej straszna.

Właśnie, skoro już zaczęłam o jedzeniu, to w Rydze jemy obiad. Moja mama prawie surowego śledzia, mój brat pieczone jabłko (No niby dobre było, ale mama robi lepsze), mojemu tacie się poszczęściło i jego potrawa (o ile można tak to nazwać, były to po prostu reprezentacyjne przekąski z różnych części kraju wraz z odpowiednim trunkiem) bardzo mu smakowała. Ja zjadłam trzy sery łotewskie z surowymi warzywami z Łotwy (rzodkiewka łotewska wcale nie jest ostra!) i zupę chlebową z kremem, do tego kvass (kwas). Ser pierwszy był serem ziołowym, cały zielony. Choć na ogół nie dla mnie takie, to ten bardzo mi smakował i zjadłam wszystkie trzy kawałki. Drugi ser wyglądał i smakował znajomo, choć nie potrafię go utożsamić z żadnym rejonem. Gruby i nieco twardy, ciemno żółty o ciemnej skórce. Zjadłabym sama, ale rodzinie też smakował. Trzeci ser jest jakoby narodowym serem łotewskim. Biała bryłka o nieregularnym kształcie, niemalże zupełnie biała, naszpikowana kminkiem i smakująca jak... chleb. Jedyny ser, który pozostawiłam na talerzu, ale pomimo pomocy ze strony rodziców nie udało mi się pożreć całego talerza serów. Sery jak wiadomo słone, a marchewki do zagryzania za mało. Wprawdzie posiłkowałam się czarnym chlebem łotewskim z miodem, ale popadanie z jednej skrajności w drugą niezbyt pomogło. Byłam bliska załamania gdy na horyzoncie pojawił się garnek mojej zupy chlebowej, ale napiłam się trochę kwasu (cymesik!), najwspanialszego, jaki kiedykolwiek piłam i zawzięłam się zjeść choć połowę deseru. Bo zupa chlebowa, wbrew nazwie nie jest taką zwykłą zupą, ale zamoczonym w czymś chlebem łotewskim, podzielonym na drobne kawałki, przyprawionym korzennymi przyprawami i podanym z kremem (nie ze sztuczną bitą śmietaną z hipermarketu, ale z kremem) i świeżą żurawiną, będącą tym dla Łotyszów, czym dla nas jabłka - są dobrem narodowym obecnym wszędzie, do tego przepysznym :-)

Wszystko co dobre kiedyś się kończy, tak i my kończymy dzisiejszy posiłek. Kontynuujemy zwiedzanie z
brzuchami pełnymi. Idziemy pod słynny Pomnik Wolności. Jest to wysoka wieża stojąca na placu, symbolizująca niepodległość Łotwy. Został odsłonięty w 1935 roku i za czasów ZSRR próbowano go zniszczyć, ale ostatecznie, jak widać, przetrwał i to.

Gdy idziemy w jego kierunku mijamy starszą Łotyszkę grającą na gitarze i śpiewającą wcale nie tak źle jakąś łotewską piosenkę. Po chwili przejeżdża obok na rowerze blond Łotyszka w żółtym płaszczu. Przyłącza się do niej i obie śpiewają dobre parę minut. Niestety po chwili obok parkuje rikszarz, w którego pojeździe muzyka, raczej zupełnie inna od tej śpiewanej przez obie panie, włączona jest na maksymalną głośność i zakłóca słuchanie. Śpiewająca cyklistka odjeżdża, a my siedzimy na murku i główkujemy nad mapą. W końcu przechodzimy przez tory tramwajowe i wracamy skąd przyszliśmy.

Idziemy szukać słynnych kamienic Trzech Braci. Szukamy, szukamy, wreszcie znajdujemy, a wraz z nimi znajdujemy... wycieczkę z suwalskiego pekaesu. Słuchamy chwilę i idziemy dalej w kierunku przeciwnym. Najstarszy z braci znajduje się najbardziej po prawej i pochodzi z XV wieku. Bracia środkowy i lewy są z XVII wieku, przy czym środkowy jest starszy.

Zdjęcie może nienajlepsze, ale za to bez wycieczki i widać co najważniejsze :-)
Łotysze to wspaniali ludzie. Uśmiechnięci cały czas. Nikt na nikogo nie patrzy wilkiem, jeżeli pojawi się coś dziwnego, to nie wytyka się tego palcami. Gdy byliśmy tamże, po jednym ze starówkowych deptaków szli młodzi ubrani w hinduskie stroje i śpiewający Hare Kriszna, grając na akordeonie i tańcząc. Ludzie stali na deptaku i patrzyli na nich, choć oniemiali, to weseli i choć zaskoczeni, to jak najbardziej pozytywnie. Śmieją się, żywo rozmawiają. Panowie z niemal wymarłego gatunku dżentelmenów, pani piękne, ale nie z powodu bogatych strojów, ale naturalnie, na swój własny sposób. Łotwa to najpiękniejszy kraj, poza granicami mojego własnego.

A na zdjęciu po prawej przejaw pracowitości Łotyszy. Ów alegancki ancug, który ma na sobie nasz piękny znak, to w rzeczywistości wydziergane na szydełku czy innych drutach rękodzieło. Próbowałam kiedyś zająć się tym fachem, ale zamiast szalika wyszedł mi samochód (zawsze coś, mam teraz zakładkę do Pana Samochodzika), a gdy próbowałam powtórzyć otrzymany efekt, wyszła mi jarmułka. Tym bardziej podziwiam.

Sianowna ferajna przypatrzy się ocienionemu budynkowi, jakiż tam jest ładny mural!
Ryga to dla mnie również miasto pięknych drzwi. Towarzysze podróży niejednokrotnie narzekali, że karzę
im na siebie czekać, bo w tym momencie właśnie robię tysięczne zdjęcie tych samych drzwi. Jest coś jednak takiego, hmmm.... innego, fascynującego w ryskich odrzwiach, że mogę na nie patrzeć godzinami i niezmiennie się nimi zachwycać. Popatrzcie zresztą sami, czyż to nie jest niesamowite? Takie drzwi... U nas to ze świecą takich dzieł szukać. Zresztą w Rydze to nie tylko takie buty - są i w jednym kolorze, a i tak załapujące przykuwające uwagę. Kolor niby jeden, a odcieni wiele, dodaje niebanalnego charakteru całej kamienicy, kafejnicy, pałacowi czy czego tam część stanowią. Drzwi stanowią zwierciadło domu, parafrazując znane słowa.

W Rydze znajduje się również, tak jak w Kiejdanach, drewniana zabudowa, choć nie aż tak kontrastująca, zdająca się zlewać z zabudową ryską. Co nie zmienia faktu, że wygląda bardzo ładnie :-)

Słońce chyli się ku zachodowi, powoli znika za "Mostem Świętokrzyskim", to trzeba śpieszyć do motelu. Idziemy, jedziemy, jesteśmy na miejscu. Nasza dzielnica nie przypomina Starego Miasta, ale również ma w sobie coś z Mazowsza. Przypomina mi połączenie Komorowa i Pruszkowa (wsi i miasta pod Warszawą). Tylko czystsze. Śmieci prawie nie stwierdzono. Drewniane wille i cegiełki, murowane domy obok nich szutrowe drugi. Graffitti i aleganckie zdobienia. Kontrast za kontrastem, ale stanowiące jakąś całość, współpracują ze sobą mimo wszystko. Tylko trudno uwierzyć, że to nadal to samo miasto.


Sveiks! Cześć!
_______________________________________________________________________________
*kwas chlebowy to napój zazwyczaj gazowany i zazwyczaj bezalkoholowy (dlatego warto czytać etykiety), znany głównie u naszych wschodnich sąsiadów i w republikach nadbałtyckich

11 comments:

  1. Świetny blog , posty również! Trochę mi zajęło Czytanie twojego bloga od początku ale ok;)
    Obserwuję + Liczę na rewanż :
    http://ave--blond.blogspot.com/

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zgadzam się z poprzedniczką - czytanie Twojego bloga zajmuje trochę czasu. Litwo ojczyzno moja...Nie miałam okazji odwiedzić ale zachęcasz skutecznie.

      Dziękuje bardzo za Twój komentarz i chciałabym jeszcze dodać, że pojawiła się kolejna kartka z pamiętnika --> kindofeveryday.blogspot.com Mam nadzieje, że odniesiesz się do niej tak jak poprzednio a co za tym idzie wyrazisz swoją opinię. Z góry dziękuje. Pozdrawiam ;)

      Delete
    2. najbardziej zachęcam do wyjazdu do Łotwy. Ja się absolutnie zakochałam i teraz cały czas mi Łotwa w głowie, wszystko mi się z nią kojarzy, tak jak po lekturze znakomitej książki :-)

      Delete
  2. Zazdroszczę Tobie, że tak buzo podróżujesz :)
    pozdrawiam z Niemiec i zapraszam do nie :)
    http://modatotezuroda.blogspot.de/

    ReplyDelete
  3. Fajnie, że tak duzo podrozujesz. zdjecia mega ;))
    http://dusiaalife.blogspot.com/ -- konkurs, do wygrania design oraz nagłówek, zapraszam! :)

    ReplyDelete
  4. Dobry wpis, gratuluję.
    Bardzo zazdroszczę Ci tej Łotwy, jak i reszty krajów nadbałtyckich, bo był to nasz plan wakacyjny w 2011 roku, który niestety nie wszedł w życie. W wakacje byłam na Łotwie przez kilka godzin, czekając na samolot do Gruzji i ceny nieźle nas wystraszyły. Także trochę muszę poczekać, aż znów tam zawitam, choćby na moment...

    A właśnie, jak się mają ceny poza lotniskiem? Czy czekolada z automatu też kosztuje 7 złotych? :P
    Pozdrawiam, i czytam dalej
    Zosia

    ReplyDelete
    Replies
    1. ceny wprawdzie nie najniższe, ale spowodowane jest to wysokim kursem łata - jeden łat to prawie pół euro. Za to na przykład benzyna jest nieznacznie tańsza, bo kosztuje 4 złote z groszami. Podsumowując-nie jest tanio, ale znacznie taniej niż na przykład w Norwegii

      Delete
    2. Hah, no w Norwegii to wiadomo ;)
      1 łat to przecież 6 zł czyli ponad 1 euro.

      Delete
    3. Masz rację, zamieniłam waluty :-)

      Delete
  5. Powinno być - jedno euro to ponad pół łata

    ReplyDelete

Dziękuję!