10 May 2013

Dzień 3. Żurawina w cukrze

Z bólem serca opuszczamy Rygę, ale jeszcze pozostajemy z granicach Łotwy i okręgu ryskiego. Przynajmniej do południa. Z niecierpliwością oczekuję tego, co mnie dziś czeka. Czym mnie dziś zachwyci Łotwa? I jakie okaże się pierwsze spotkanie z Estonią?
Gdy tylko wyjedziemy poza granicę tego pięknego miasta wjedziemy na teren równie niezwykły. Dookoła okalają nas raz łąki, raz pola, raz lasy. I co ciekawe, pojawiają się pagórki i wzgórza, co na płaskiej jak stół Litwie byłoby czymś w rodzaju mirażu. Nad naszymi głowami latają bociany, łotewskie ptaki śpiewają, słońce świeci, a na niebie nie ma ani jednej chmury. Piję kvass i czytam najgenialniejszą książkę w historii - Zbrodnię i Karę Fiodora Dostojewskiego (poświęcę jej oddzielny post). Jeżeli tak wygląda ziemia, to jak jest w niebie? 

Jadąc przez Łotwę

Pierwszy przystanek znajduje się niecałe 55 dalej kilometrów. Jest nim Sigulda. 
Pierwszą rzeczą, jaką tam widzimy są stoiska z lokalnymi przysmakami i kiczowatymi pamiątkami rodem z rodzimego wybrzeża. Łotyszki sprzedające owe dobra mówią do nas po rosyjsku, tym samym namawiając do spróbowania (ale nie Kupi pani kilo łotewskich słodyczy? tylko gdy podejdziemy blisko z uśmiechem mówi (po rosyjsku rzecz jasna) Spróbujcie!). Próbujemy. Niebo w gębie. Łotewskie pierniki łamią się gdy tylko dostaną się do paszczy. Ich smak jest korzenny, jak na pierniki przystało, nie mają żadnych lukrowych tudzież innych polew, posypek też ni ma. Ich jedzenie jest uzależniające, można je jeść i jeść, a nawet po zjedzeniu bardzo wielu nie ma się ich dość. Nie są napychające, tak, że po kilku nie ma się już miejsca w brzuchu. Nie, na nie zawsze się znajdzie. Poza nimi są jeszcze tam dziwne, okrągłe (ale nie idealnie jak emenemsy) cukierki w pastelowych kolorach, pakowane w zielonych pudełeczkach. Z ciekawości biorę jeden do ust. Widzę jak krzywią się pozostali członkowie kvassowego ekszpeisziona, ale nie zrażam się. I jest to chyba najgorsze posunięcie w moim życiu. Świeża żurawina. W polewie cukrowej. Śni mi się po nocach, w koszmarach. Mam ją przed oczyma, gdy tylko widzę coś małego i okrągłego. Będę mogła zakosztować tej nieziemskiej słodyczy dopiero gdy tu wrócę. Muszę to zrobić jak najszybciej. Wtedy zrobić zapas do końca życia, albo do następnego wyjazdu. Tak, by móc zjeść taką piękną kulę i nie żałować, że już ich nie ma. Że już więcej zjeść nie można. Najwspanialsza rzecz jadalna, jaka kiedykolwiek powstała. Bóg najlepszej kuchni nie dał Łotyszom, ale dał im w ramach zadośćuczynienia żurawinę w cukrze.


Za plecami fotografa (czyli mnie) żurawinowe cukierki

To jednak tylko wstęp do bogactwa Siguldy. Przechodzimy przez kamienną bramę. Idziemy wąską ścieżką, otaczają nas kwiaty i zielona trawa. Dziwne. Na Litwie nie była taka zielona. W Polszy, to co innego, ale na Litwie nie. Wraz z każdym krokiem coraz lepiej widać. Na początku żółty dworek, w którego oknach, zamiast szyb, czarno-białe zdjęcia, przedstawiające okolicę wiele lat temu. Dworek jest lekko podniszczony, ale nie jest źle. Idziemy dalej. Widzimy pałac w nieco jaśniejszym odcieniu. Jego wieża okryta jest zieloną siatką. Prace na wysokości. Będzie jeszcze ładniejszy. Mijamy pomnik człowieka w natchnionym geście wyciągającego rękę do ludu. Kim jest? Podchodzę, by móc z bliska przeczytać podpis na podeście. Kronvaldu Atis 1837-1875. Fajnie, ale kto to? Nie mam zielonego pojęcia i przyznaję to bez bicia.* Naszym następnym celem jest punkt widokowy.


Żółty dworek po raz pierwszy

Gdy jesteśmy na miejscu, widok zapiera dech w piersiach. Naszym oczom ukazuje się coś wspaniałego. Łotewskie góry. Nie dziesięcio metrowe kopce, nie górka szczęśliwicka, nie pagórki, choć nie Tatry, ale  zawsze góry. Nie, jak tu są takie góry, to ja tu mogę zamieszkać. Góry zdają się wołać Chodź do nas, zdobywaj nasze szczyty, wspinaj się w naszych skałach. Odpowiadam, że chętnie, nawet bardzo, ale jak następnym razem tu przyjadę. Wiatr wieje, a liście szeleszczą, jakby szczyty płakały. Wrócę, obiecuję!

Idziemy dalej. Swoje kroki kierujemy w stronę drewnianego mostu. Dokądże on prowadzi? Ano do zameczku, a raczej pozostałości po nim. Od frontu wygląda to wcale a wcale ładnie, ale od wewnątrz już trochę gorzej, całe szczęście tylko trochę. Na początek pakujemy się w miejsce, skąd wypratrywano opcjonalnych wrogów. Nieco niżej znajduje się pomieszczenie, gdzie miły pan rycerz prezentuje wojskowe sprzęty, z czego zadowolony jest najbardziej mój brat. Biorę do rąk miecz i dochodzę do wniosku, że miecze, które widziałam w Muzeum Wojska Polskiego na Nocy Muzeów były znacznie cięższe. Znacznie znacznie. 


Zamek od frontu. z drugiej strony jest zupełnie inaczej.

Wchodzimy na wieżę. Wąskie, drewniane schodki, kamienne ściany. Zmordowani docieramy na szczyt i przez małe okienko podziwiamy widok jeszcze wspanialszy niż z punktu widokowego. 


Łotewskie góry, wprawdzie niezbyt duże, ale zawsze.

To tyle w dobrze zachowanej części. Teraz czas na ruiny. Znajdujemy sobie z bratem wygodne siedziska i siedzimy tam przez dłuższą chwilę, rozmyślając, jak na okoliczności przyrody przystało. Siedzimy aż do momentu, w którym braciszkowi zaczyna przeszkadzać siedzenie w jednym miejscu. 

Wtedy wyruszamy do przystanku kolejki linowej do Krimuldy. Zgadnijcie, kogo tam spotykamy? Tak, macie rację, to pasażerowie pamiętnego pekaesu. Poza nimi, do wagonika wsiada jeszcze grupka Rosjan, których na Łotwie niemało. I tak jedziemy sobie, ponad 40 metrów nad ziemią, gdy nagle jedna Polka krzyczy - O matko, o matko, miś koala**. Patrzymy we wskazanym przez nią kierunku, ale niestety stoimy w takim miejscu, że widoczność jest ograniczona przez głowy współpasażerów. To nic, zobaczy się w drodze powrotnej. 

Kolejka linowa wlecze się niemiłosiernie, ale wreszcie, po dłuższym czasie, docieramy na miejsce. Krimulda początkowo nie robi wrażenia. Widzimy przed sobą wybrukowany placyk, dookoła drzewa, gdzieś dalej drewniany dom o zardzewiałym, blaszanym dachu, a za nami stromy stok. Oczekujący na powrót pakują się do wagonika, po chwili widać już tylko mały, żółty punkcik, ginący w gęstwinie szarych drzew (widocznie  w republikach nadbałtyckich wiosna przyszła jeszcze później niż do nas, bo tylko iglaste drzewa są zielone).
Zagłębiamy się w Krimuldę. Po krótkiej chwili w polu widzenia mamy dwie budowle. Pierwsza to żółty, stary dwór. Kiedyś należał do pewnego szlachcica, potem przeszedł w ręce państwa, a że państwu dworek do szczęścia potrzebny nie był, oddali organizacji charytatywnej.

Żółty dworek po raz drugi


Po drugiej stronie ścieżki znajduje się mnóstwo maleńkich pokoików. Ułożone są w półokrąg. Wygląda to dosyć tajemniczo. Z ciekawością podchodzę do tabliczki. 'san bafing porcz'. Cóż to znaczy? Ganek/weranda/przedsionek to kąpieli słonecznych - znaczy opalania. Aha.


Werandy do kąpieli słonecznych, cokolwiek by to nie było i jak by się tego nie używało


Niezmordowani, a raczej zmordowani, idziemy do kafejnicy, która jest następnym budynkiem przy ścieżce. Mamy nadzieję, że można tam płacić kartą, bo łaty, czyli lokalna waluta, skończyła się, gdy kupowaliśmy bilety powrotne jeszcze na dole. No cóż, trzeba będzie się obyć bez kvassu...


W cieniu krimuldzkich dworów kryją się ludzie...

Właściwie za kafejnicą kończą się zabytkowe budowle. Mijamy jedynie kamienny mur i wkraczamy do wsi. Wsi widmo, gdzie nie ma zupełnie żadnej żywej duszy. Zupełnie. Nawet psa. Oglądamy przez chwilę drewniane budynki, a potem idziemy z powrotem do stacji kolejki linowej. Gdy już jesteśmy na brukowanym placu, naszym oczom ukazuje się niecodzienny widok. Po kostce sunie... wąż! Jest niewielki, a w pobliżu oczu ma żółte obwódki, a brzuch, przynajmniej jego widoczna część jest również żółtawa. Braciszek, jako zapalony od niedawna herpetolog, który o wszelkich wężach i jaszczurach wie niemało, od razu przystępuje do analizy a to żółte o tam to oznacza.... Wszyscy podchodzą do biednego gada robiąc mu zdjęcia lub oglądając go z bliska.



Spokojny, nieagresywny, najprawdziwszy łotewski wąż

A wąż sunie i sunie, gdzieś uparcie, we wcześniej obranym kierunku. Sunie, nie zważając na ludzi, którzy osłaniają go przed słońcem (nie jest znowu tak ciepło), zagradzają mu drogę.  Nieśpieszne przemierza kolejne metry, bo czemuż miałby się śpieszyć? Czy jest jakaś przyczyna, która go ciągnie w jedną czy w drugą stronę? Może jest, może nie, nie wnikam. W takich okolicznościach przyrody nikt się nigdy nie śpieszy, bo takich miejsc nie ogląda się w dzikim pędzie, a pozostawiając pole na rozmyślania. Spowija nas cisza, milkną odgłosy pstrykających aparatów. Wagonik gdzieś po drugiej stronie długiej liny. Może tam wisieć. Nie śpieszy nam się. Wystawiam twarz do słońca. Nie otacza go ani jedna chmura, jest samo, ale światu taka samotność nie przeszkadza. Samemu słońcu chyba też nie, w końcu to nie pierwszy taki dzień. Gdzieś tam dalej śpiewają ptaszęta, wagonik wraca po nas.


Gdy do niego wsiadamy, jest nas znacznie mniej, niż było gdy tu zmierzaliśmy. Taki stan rzeczy cieszy. Zajmuję miejsce przy oknie i wypatruję niedźwiedzia, robię zdjęcia i rozmyślam. Łotwa jest piękna i nie da się tego ukryć. Rzeka płynie i wije się niczym wąż, pomiędzy drzewami, którym nieśpiesznie pokryć się listowiem. Szczyty, oświetlone przez słońce, przypominają te rodzime, chociażby Beskid czy Bieszczady, ale mają w sobie, to 'coś', nieporównywalne z jakimikolwiek górami na świecie (nie mam rzecz jasna na myśli, że naszym czegoś brakuje, nasze są po prostu... inne).




Wreszcie widać tego misia, o którym mówili Polacy. Jest duży i kurczowo trzyma się drzewa. Wygląda to dosyć zabawnie. Muszę przyznać, że szczerze podziwiam ludzi, którzy zawiesili misia na drzewie, bo te wcale niskie nie jest. :-)




Wysiadamy z wagonika. Wracamy do pojazdu i jedziemy do pobliskiej jaskini. Jest ogromna, ale nie trzeba specjalnego sprzętu czy przewodnika, aby ją zwiedzić. W zasadzie jest to po prostu spora dziura w górze. Jest jednak coś, co odróżnia ją od każdej innej dziury tego typu. Jaskinia ta jest pokryta cała napisami w stylu Zuza tu była - maj 2013 (to znaczy takiego nie ma, podaję jedynie przykład, żeby nie było). Pozostawiający je nie byli jednak tak leniwi, by po prostu napisać je na skale. Deszcze bez trudu by je zmyły, przyszłe pokolenia nie widziałyby ich. Co to, to nie. Pozostawiający je zadali sobie tyle trudu, żeby je wyrzeźbić. Początkowo patrząc na nie myślałam sobie O rany, ale to musiało długo trwać. Jaką ci ludzie mieli cierpliwość, żeby mimo wszystko pozostawić po sobie ślad... Gdy jednak podeszłam do ściany jaskini, doszłam do wniosku, że ową skałą jest nic innego niż piaskowiec, w którym, w szczególności po opadach, rzeźbienie nie jest zbyt trudną czynnością. Oglądam tak sobie te napisy i oglądam. Najstarszy, przy którym była data i który znalazłam, pochodził z 1822 roku (!), ale sądzę, że są tam i znacznie starsze, tylko już niezbyt czytelne. Są w wielu językach, ale zdecydowanie najwięcej jest łotewskich (te można poznać po charakterystycznych kreskach i innych znakach nad i pod literami) i rosyjskich (tudzież z innych krajów, gdzie pisze się w cyrylicy). Jest ich naprawdę mnóstwo. Najstarsze znajdują się tam, gdzie dziś musieli by dochodzić doświadczeni wspinacze, to znaczy nad ogromnym przewieszeniem (można z tego wnioskować, że jaskinia niegdyś znajdowała się wyżej, bo kto zadawałby sobie trudu, żeby dłubać w suficie? Po co? Żeby zostawić miejsce dla następnych rzeźbiarzy? To trochę bez sensu. Zresztą niedaleko płynie strumyk, może kiedyś był większy i podmył ziemię, tak, że jaskinia się wyłaniała coraz bardziej i bardziej.). Choć gdyby wytyczyć drogę wspinaczkową po podpisach, byłaby to jedna z najładniejszych dróg tej części Europy. Oczywiście, równałoby się to z zatarciem historycznych znaków bytności ludzkiej w tej okolicy, ale gdyby tak zrobić, co się raczej nigdy nie stanie, to przybywałyby tu tłumy. Wcięcia w skale są na tyle głębokie, że dałoby się spokojnie oprzeć na nich nogi, nie tylko w butach wspinaczkowych, nawet w trampkach czy traperach, ba! w nielicznych dałoby się nawet wspinać w glanach! To by dopiero było.




W pobliżu jaskini znajduje się również mały stoliczek, przy nim uśmiechnięta Łotyszka, a za nią skały. Na stoliczku leży małe zielone pudełeczko. Z żurawiną w cukrze. Pani zachęca do spróbowania. Nie protestuję. Wiem, że prawdopodobnie już w tym roku ich nie spróbuję. I znowu, słodycz w ustach...

Zanim przejdę do kolejnego opisu kolejnego miejsca, muszę opowiedzieć Wam pewną legendę. Nie jest ona dla Polaków zbyt miła, ale choć w Turajdzie i okolicy można znaleźć jej różne wersje na każdym kroku, to Łotysze raczej nie patrzą na nas, jako na "tych złych". 

Kiedy Turajda znajdowała się na ziemiach Rzeczpospolitej, mieszkała w niej dziewczyna imieniem Róża. Była bardzo piękną Łotyszką, zakochaną po uszy w niejakim Viktorze. Na jej nieszczęście, zainteresowany jej ręką był dezerterujący z polskiej armii oficer, Adam, jednak ona odrzucała jego zaloty. Pewnego dnia porwał ją. Róża wolała zginąć niż żyć z dezerterującym oficerem, więc poprosiła go o zabicie jej. Jej prośba została zrealizowana.

Niestety, jak to z legendami bywa i w tej jest ziarnko prawdy. Znaleziono odpowiednie dokumenty, opisujące dezercję i morderstwo. Nieładnie, oj nieładnie.

Jak wspomniałam parę linijek wyżej, wyruszamy do Turajdy. Znajduje się tam XIII-wieczny zamek, który z daleka może przypominać nieco ten nasz, w Malborku, ale po bliższych oględzinach widać dokładnie, że jeśli chodzi o wielkość, to turajdzki przykład architektury średniowiecznej nawet nie umywa się do naszego. No, i nasz krzyżacki, a ichniejszy to siedziba biskupów ryskich. Ale po kolei.

Wehikuł zostawiamy na parkingu i udajemy się do kasy. Odwracam głowę i spoglądam jeszcze raz w kierunku drogi, a na niej pojawia się znajomy, biały pekaes... W każdym razie, gdy mamy już zakupione bilety, przekraczamy bramki i idziemy w stronę zamku. Po drodze mijamy piękną cerkiew (widział kto kiedy brzydką?), którą możecie zobaczyć na zdjęciu. Idziemy, idziemy, wreszcie jesteśmy na miejscu. Z bliska zamczysko nie prezentuje się nazbyt powalając. Ruiny z czerwonej cegły, w miarę dobrze zachowana wieża. Padamy z głodu, więc pożeramy kanapki z czarnym chlebem łotewskim i żółtym serem. 

Gdy tylko zjemy i napijemy się wody, postanawiamy wejść na wieżę. Schody ciągną się w nieskończoność, wleczemy się noga za nogą, ale całe szczęście po dłuższym czasie włazimy na górę. Widok nie z tej ziemi. Warto było się zmęczyć, żeby coś takiego zobaczyć.

Zamczysko z poziomu ścieżki...
.... i z wieży

Potem idziemy do części zamku, gdzie znajduje się muzeum. Oczywiście i tam można przeczytać legendę o turajskiej Róży, a także poczytać o historii zamku, rejonu i samej Łotwy. Przeczytać po łotewsku, angielsku i rosyjsku. Oglądamy częściowo interaktywną wystawę, łazimy jeszcze chwilę po ruinach, po czym wracamy. Przechodzimy ponownie obok cerkwi, przez bramkę i parking. Jedziemy w stronę granicy z Estonią. Po drodze mijamy romantyczny park, zagubiony gdzieś w lesie. Coraz bardziej oddalamy się od Rygi i jesteśmy coraz bliżej naszego kolejnego celu -Parnawy.

Parnawa, czyli Pärnu. Letnia stolica Estonii. Jak głosi przewodnik - świetne miejsce dla chcących pójść do dyskoteki czy innego miejsca tego typu. Już się boję.

Od pierwszych kilometrów na estońskiej ziemi zauważamy, że Estończycy nałogowo powtarzają litery w słowach. Zamiast stop mamy stopp, zamiast aptek mamy apteek i tego typu kwiatki. Na początku bardzo mnie to śmieszyło. Razem z bratem czytaliśmy wszystkie nazwy, akcentując wszystkie podwojone głoski. Potem to stało się nieco denerwujące (Och, na litość boską, czy nie da się pisać normalnie?!), ale ostatecznie, co nastąpiło jeszcze przed Parnawą, przyzwyczailiśmy się do tego.

Jesteśmy w Parnawie. Teraz zaczyna się główkowanie, gdzie pozostawić auto. A właściwie to jak dojechać do miejsca, gdzie będzie można to zrobić. No bo tak, ta droga zamknięta, tam deptak, do tej się nie da dojechać. Błądzimy w te i we wte autićkiem, bezskutecznie szukając. Wreszcie, po zwiedzeniu znacznej części Parnawy, udaje nam się znaleźć miejsce naszego dzisiejszego noclegu i parking przy nim.


Zostawiamy bagaże i idziemy zobaczyć miasto. Jak podaje przewodnik, od początku maja tętni życiem, poza sezonem miasto widmo. Okej. Zobaczymy.

Zabudowa Parnawy nie pozostawia sobie wiele do życzenia. Widać, że miano 'letniej stolicy Estonii' dzierży nie od lat 80. czy 90. ubiegłego wieku, ale już od paru ładnych stuleci. Głównym stylem jest tu chyba klasycyzm, choć poza domami z kolumnami, są też takie mniej bogato zdobione. Na jednym z deptaków (jest ich tu chyba więcej niż dróg otwartych dla samochodów) widzimy pomnik Johanna Voldemara Jannsena, estońskiego poety, publicysty i czołowej postaci Estońskiego Przebudzenia Narodowego. W Parnawie mieszkał przez czas dłuższy. Założył tam bardzo istotne w owym czasie czasopisma.


Przy tym samym deptaku stoją ławki. Niby nic innego, coś, co się widzi na co dzień i co nikogo nie dziwi, a jednak. Estonia wszystko musi na swoją modłę zmienić i nawet ławeczka bez zmian się nie ostanie. Drewniana, niby zwyczajna ławeczka. Ale to estońska ławeczka i coś w niej innego musi być. Jest wygięta, pofalowana, nie ma oparcia. Za to jaka wygodna! Wolę już nie mieć oparcia, ale za to takie siedzisko wygodne. Cóż z tego, że drewniane, wystarczy trochę pomyśleć i już takie wygodne. Moglibyśmy mieć takie wygodne krzesła szkolnych ławek. Choć one, choćby były fotelami z poduszkami pod człowieczy rewers, tak czy siak będą najmniej wygodne. 

Arcydzieło światowego designu - ławka po estońsku w Parnawie

Ze wszystkich parnawiańskich budowli najbardziej podobają mi się te drewniane. Pomalowane na spokojne kolory, tworzą nastrój Parnawy. Zmieniają z nadętego na ludzkie, zwyczajne, człowiecze. Takie i dla bogatego posiadacza willi nad morzem i biedniejszego mieszkańca głębi miasta. I dla podróżnego z Petersburga i dla człowieka gdzieś z małego miasteczka. To jest właśnie najwspanialsze w tym mieście - jest czymś dla każdego, o każdych zainteresowaniach, o każdym charakterze. Choć nie potrafiłabym tu zamieszkać, to ni mniej ni więcej uważam to miasteczko za najładniejszą 'letnią stolicę'. 

Gdy skręci się z głównego szklaku na jedną z bocznych uliczek można zaobserwować elementy przypominające włoskie uliczki, tak często pokazywane na filmach. Miejscami można się poczuć nie jak w niemal 45 tysięcznym mieście, ale jak na spokojnej, włoskiej wsi, ogrzewanej śródziemnomorskim słońcem, a nie zaziębiona wiatrem z nad Bałtyku. 


Nie wiem, jak wygląda Parnawa w środku lata, ale na początku maja to bardzo spokojne miasto. Jedyny hałas, o ile można to tak nazwać, to szum morza i śpiew ptaków. Estończycy nie są bardzo głośni, rozmawiają dosyć cicho. Idzie sobie człowiek ulicą, gdzie wyjątkowo ludzi trochę jest, ale mimo to słyszy dokładnie każdy szmer, wszystko, co tylko słyszalne. Trudno o takie zjawisko w tętniących życiem metropoliach. Może jest tu tak też w lecie, a ludzie odpoczynek tu traktują nie jako tylko i wyłącznie wylegiwanie się na plaży, ale także jako odpoczynek od wszelkiego zgiełku i hałasu codziennego życia? Parnawa do takiego odpoczynku nadaje się wspaniale. Nie da się jej porównać z jakimkolwiek miastem. Może ktoś był w Pärnu w szczytowym momencie sezonu i może coś napisać o tym okresie? Jestem ciekawa, czy wtedy też tak jest.


Idziemy w kierunku wybrzeża tak dobrze nam znanego Bałtyku. W tymże kierunku nie idzie nikt. Na samej plaży również jesteśmy sami. Gdy byłam o tej samej porze na polskiej plaży, było to najbardziej żywe miejsce tego typu na kontynencie. Zawsze się znalazł ktoś, kto postanowił wybrać się w tym samym czasie. Kiedy byłam rok temu w styczniu nad morzem, też byli tam ludzie, mimo że temperatura powietrza nie przekraczała 0 stopni, padał śnieg i wiał wiatr. Mimo wszystko. A tu? Wiatr rozwiewa ziarnka piasku po okolicy, fale wdzierają się na plażę, nie ma żywej duszy. Może to i dobrze? Takie okoliczności przyrody sprzyjają rozmyślaniom, a jak ktoś jeszcze czyta właśnie Dostojewskiego, to już go nie ma tu, na estońskiej ziemi, ale jest gdzieś tam, w chmurach. Rozmyśla nad teorią Raskolnikowa o wielkich i wszach (ja to sobie porozmyślam na ten temat na religii, nie ma równie nudnych lekcji, przynajmniej przez pierwsze 25 minut). 


Wracając padamy już z głodu, w końcu to już niemalże wieczór, a my ostatnio jedliśmy kanapki w Turajdzie, jeszcze po drugiej stronie granicy. Wstępujemy do estońskiej knajpki i zamawiamy, a gdy tylko pojawi się na stole, pożeramy je z apetytem. Choć moje danie główne było mało tradycyjne, to napój jak najbardziej. Keefir. Nie kefir tylko keefir. Różni się tym od polskiego, że jego konsystencja jest bardziej kremowa, a u nas są grudki. Wolę nasz, choć w smaku się niczym nie różnią. 

Kiedy w karcie zobaczyłam, że zamówić można keefir, od razu się ucieszyłam, ale chwilę później zaczęłam się wahać, bo nie było żadnego tłumaczenia, ani na angielski, ani na rosyjski, a po estońsku mogło to znaczyć właściwie wszystko. Kiedy przyszła pani zbierać zamówienia i przyszła moja kolej, zaczęłam ją wypytywać o różne cechy tego napoju - czy to ten biały, jak jogurt, czy robi się go z mleka, itp. Całe szczęście chyba mnie zrozumiała, bo tylko skinęła głową i przyniosła keefir. Bardzo dobry.

Po posiłku wracamy do miejsca naszego noclegu i idziemy spać (to znaczy ja idę się zagłębić w lekturze poczynań i rozmyślań Raskolnikowa).
____________________________
* Umierając z ciekawości sprawdzam to w domu. Jak podaje Wikipedia (niestety po angielsku) "hi łos e latiwian rajter lingłist end pedagog es łel es e promajnent member of jang latiwia muwment.(...) Hi is łan of de mołst fejmołs Latiwian autors of ol tajm." co mniej więcej znaczy "był łotewskim lingwistą i pedagogiem, a także wybitnym członkiem Ruchu Młodej Łotwy. Jest jednym z najbardziej znanych łotewskich pisarzy w historii" - translejszyn baj mi
** Dla ścisłości - koala nie są misiami, tylko torbaczami :-)

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!