12 May 2013

Dzień 4. Hostel, którego nie ma

Choć Parnawa ładnym miastem jest, rankiem, od razu po śniadaniu, tym razem bez trudności, opuszczamy jej gościnne progi i zmierzamy w kierunku stolicy - Tallina (albo na modłę estońską Tallinna). 
Przed wyjazdem dowiadujemy się, że dojazd do naszego hostelu jest bardzo skomplikowany, a kontakt z właścicielem jest niemalże niemożliwy. Jeszcze na wybrzeżu opracowujemy alterneatywny plan dojazdu. Gdy jednak na tallinńskich ulicach próbujemy wcielić go w życie, nie jest to takie proste. Hostel ma znajdować się w pobliżu dworca, przy torach, ale go tam nie znajdujemy. Objeżdżamy zrezygnowani miasto parę razy, ale nie przynosi to oczekiwanego skutku, za to poznajemy przez radio estońską muzykę ludową i razem z bratem terroryzujemy cały świat śpiewając maajajaaa maajaajaa sruutkuu tuutkuu maajaajaa. A hostelu jak nie było, tak nie ma. Pytamy jednego uśmiechniętego tallinńczyka o adres hostelu. Patrzy na mapę, patrzy, patrzy, wreszcie mówi, że drogi się nie da opisać, ale on z chęcią pokaże. Uśmiechnięty wsiada do niebieskiego seata i jedzie. My za nim. Błądzimy wszyscy po caluśkim Tallinnie, w międzyczasie nasz przewodnik sam się gubi. Gdy wreszcie dojeżdżamy pod hostel, okazuje się, że znajduje się tam jedynie zielony remontowany właśnie budynek, tory i bazar regionalny. Uśmiechnięty rozpływa się w powietrzu. Pytamy budowlańców, ale oni po raz pierwszy w życiu słyszą nazwę hostelu. Niedobrze, ale nie zrażamy się jeszcze. Pytamy się straży miejskiej. Strażniczki wyciągają tablety, wchodzą w googlowe mapy i sprawdzają. Nie, nie ma czegoś takiego. Pytamy się jeszcze kilku osób w okolicy, po czym decydujemy Jak nie to nie, nie będziemy błagać, zmieniamy miejsce noclegu.




Za trzecim podejściem udaje nam się znaleźć miejsce, gdzie po pytaniu o wolne miejsca nie usłyszeliśmy po prostu "ful". Zostawiamy bagaże i idziemy w miasto. W Warszawie możemy wyróżnić trzy style w architekturze - przedwojenne kamienice, cegiełki z peerelu i niebieskie, szklane wieżowce (rzecz jasna również znaleźć można pojedynczych przedstawicieli odrębnych stylów). Wszystko to jest porozdzielane - w jednym miejscu tylko kamienice, w innym tylko wieżowce, gdzieś indziej tylko cegiełki. I tyle. Panuje względny porządek. W Tallinnie to co innego. Nie ma tu miejsca na porządek. Gdzieniegdzie pomiędzy szklane, dizajerskie budowle wciśnięty jest mały, drewniany domek. Trochę jak w Odlocie, gdzie starszy człowiek mieszka w małym, drewnianym domku prawie całe życie, a w koło stoją szklane wieżowce. Budujący chcą przekonać starszego pana do przeprowadzki i pozwolenia tym samym na zburzenie domu, ale ten się nie zgadza więc... odlatuje. Patrząc na domki w Tallinie ma się dokładnie takie wrażenie, jakby ich właściciele byli tymi starszymi panami, którzy nie zgadzają się na wyburzenie ich starych domów na rzecz nowoczesnych wieżowców. 


Jednak o ile taki bałagan ma miejsce w nowoczesnych częściach stolicy, to na starym mieście epoki, których architektoniczni przedstawiciele tworzą ulice, to średniowiecze i nowożytność w wersji miejskiej, a nie średniowiecze, nowożytność w wersji wiejskiej i czasy współczesne. Więc bałagan, choć istnieje, to jest znacznie mniejszy. 

Udajemy się na stare miasto. Nasz hostel według mapki znajdowałby się dokładnie po przeciwległej stronie rzeki. Nowe miejsce noclegu znajduje się niestety w tej nowszej części miasta, ale nie zmienia to faktu, że mamy niedaleko do Starego Miasta. Idziemy więc tamże. Prawie cała starówka jest wybrukowana. Jej zabudowa nie robi początkowo wrażenia - ot, taka jak na każdej starówce. Za to dalej miesza się z średniowiecznymi pozostałościami - murami, wieżami, basztami. Po zamkniętych dla ruchu samochodowego poruszają się poza pieszymi dziesiątki rikszarzy (choć jest tam ich mniej niż w Rydze). 


Naszym celem jest na razie informacja turystyczna, skąd bierzemy mnóstwo darmowych mapek i idziemy dalej. W stronę ogromnego soboru. 

Sobór góruje nad miastem nie tylko ze względu na jego wielkość ale i położenie. Znajduje się on na wzgórzu poza murami miejskimi. Jest naprawdę ogromny. Gdy tylko zobaczyłam go od zewnątrz, zapragnęłam wejść do środka. Nigdy jeszcze nie byłam w świątyni prawosławnej, toteż umierałam z ciekawości. Po namowach udało mi się przekonać towarzystwo do wejścia. Poza nami weszło tam jeszcze kilka innych osób, które chciały również zobaczyć arcydzieło architektury od środka, a nie na ceremonię (no właśnie, katolicy mają mszę, a prawosławni?). Gdy tylko weszłam do środka, dosłownie mnie zatkało. Ściany i sufit nie były pokryte freskami czy innymi tego typu malowidłami, a pomalowane w niebieskie, bladoczerwone i złote pasy. Nie wyglądało to bogato, nie było w tym przepychu. Na środku stał pop i śpiewał pięknym, gardłowym głosem. Wierzący zgromadzeni wokół niego stali zasłuchani, a nie jak u nas, siedzieli przysypiający i spoglądający nerwowo na zegarek. Choć zupełnie nic nie rozumiałam z tego co śpiewał, bardzo mi się to podobało. Znacznie bardziej niż katolicki obrządek odprawiania mszy. Czytałam, że msze w cerkwiach mogą trwać nawet 2,5 godziny. Gdy tak stałam i słuchałam śpiewu popa w soborze, to choć niczego nie byłam w stanie zrozumieć, mogłabym tam stać i słuchać. Jak to musi brzmieć po polsku! 



Idziemy potem wzdłuż różowego pałacu. Mój brat cały czas się pyta czym właściwie różni się katolicyzm od prawosławia, a ja mu próbuję to wytłumaczyć. Mijamy średniowieczną wieżę, na której czubku zatknięta jest estońska czarno-niebiesko-biała flaga. Taka jakaś ponura jest ta ich flaga i sprawia wrażenie nie przyjeżdżajcie tutaj, to nieprzyjazne państwo ta Estonia. Siadamy sobie z bratem na murku i machamy nogami nad drogą. Jeżdżą po niej głównie autokary, a my wypatrujemy pekaesu z Suwałk. Nie możemy go wypatrzeć. Chyba przez tą Parnawę go zgubiliśmy. Podnosimy swoje cztery litery i idziemy dalej. W stronę kolejnej świątyni, tym razem kościoła katolickiego. Od zewnątrz nie różni się niczym od kościołów na całym świecie. Ot biały budynek z wieżą. Wchodzimy do środka. Właściwie to wyglądałby jak zbór luterański, gdyby nie pewien drobny szczegół. Na białych, czystych ścianach wiszą ogromne, złote herby, nie malowidła, ale rzeźby wielkości metra, albo nawet nieco więcej i grubości dochodzącej nawet do pół metra. Nie są przy tym wyjątkowo ładne, ani za bardzo związane z wiarą. Takie ni z gruszki ni z pietruszki, zupełnie od czapy. Nie wiem za bardzo co mają symbolizować, może rody, które sponsorowały budowę kościoła? 

Idziemy uliczką w dół. Po drodze zachodzimy do sklepu z wełnianymi czapami estońskimi i swetrami. Czapy estońskie tymże się różnią od wszelkich innych, że gdy wełniana czapka na przykład w Polsce kończy się tam gdzie kończy się człowiecza głowa, to estońska czapa ciągnie się przy wzroście 172 do kostek. Są dwa warianty - albo czapa rozdwaja się gdzie kończy się głowa, albo nie. Moja skromna kolekcja czapek powiększyła się o zieloną rozdwojoną. 

Zauważyłam, że Estonia to państwo, które jednocześnie aspiruje do Skandynawii, jest związane z Europą Środkową i rozrywana jest przez Europę Wschodnią. Język uderzająco podobny jest do fińskiego (choć fiński jest chyba bardziej, hm... melodyjny i skomplikowany), zabudowa jest miejscami skandynawska, miejscami taka sama jak chociażby w Polsce, a rynek pamiątek jest opanowany, poza czapami i gryzącymi swetrami rodem z Norwegii czy Islandii (tylko wzorki inne), przez matrioszki. W jednym z suwenirszopów widziałam matrioszkę z postaciami z Harrego Pottera. Na największej był Hagrid, a na najmniejszej Zgredek. 

No dobrze, ale nie jedliśmy jeszcze dziś obiadu. Szukamy miejsca, najpierw z kuchnią estońską, ale potem już jest nam obojętnie. W końcu mimo wszystko znajdujemy knajpkę estońską. Ja zamawiam narodowe danie estońskie - omlet - w tym przypadku z grzybami - i kali, czyli kwas (oj warto sprawdzać jak w różnych językach jest ten szlachetny napój). Kelnerka początkowo rozmawia z nami po angielsku, ale po chwili zapomina, w jakim języku mówiła i zaczyna po swojemu - znaczy po rosyjsku. Mniejszość rosyjska w Estonii jest tak liczna, że nie jestem pewna, czy nazwanie jej mniejszością jest słuszne. Najbardziej widać to w Tallinnie, w Parnawie nie rzucało się to aż tak bardzo w oczy. Tu właściwie łatwiej usłyszeć rosyjski niż estoński, a jeśli widzi się kogoś z kartką z imieniem, to choć napisane łacińskim alfabetem, jest to bez wątpienia imię zza wschodniej granicy. 

Po obiedzie pora na deser, czyli typowo estońską gorącą czekoladę. Nie szukamy jej jednak, a ona przychodzi do nas. Wychodzimy na rynek, gdzie niemalże wszystkie budowle pamiętają średniowiecze (albo przynajmniej zdają się pamiętać). Co ciekawe, również widzimy tam śpiewających Hare Kriszna. Skręcamy w jedną z odnóg, odchodzących od rynku, bo zauważyłam tam nazwę restauracji, gdzie rzekomo podawane są lody czosnkowe. Skręciliśmy trochę dla przekory, bo mój tata na sam widok czosnku ucieka gdzie pieprz rośnie, a ja to po nim chyba odziedziczyłam. Całe szczęście restauracja czosnkowa Balthasar nie roztacza paskudnego aromatu po okolicy. W pobliżu świata czosnku znajdujemy kawiarnię, gdzie postanawiamy napić się czekolady. Wprawdzie jest tylko kakałko, ale co tam. Wystrój kawiarni przywodzi na myśl coś w rodzaju przytulnej jaskini. Dach i ściany są szare, chropowate i zaokrąglone, kanapy beżowe, a poduszki i zasłonki białe w różowe kwiaty. 

Wracamy na rynek. Znajduje się tam jeszcze najstarsza, działająca nieprzerwanie apteka, obok niej jeden antykwariat, zaraz potem drugi i trzeci. Nie ma chyba państwa na świecie, gdzie w stolicy byłoby takie zagęszczenie antykwariatów. Wchodzimy do jednego, a tam, ku naszemu szczeremu zdziwieniu, najwięcej miejsca zajmują mundury hitlerowskie i sowieckie z czasów II wojny światowej, naszywki i ordery, na te mundury i z tego okresu. Czułam się tam trochę nieswojo, jakoś tak dziwnie. Jeden z mundurów należał do SS, były także naszywki, ba nawet kamera ze znakiem Trzeciej Rzeszy. Tak jest w każdym, ten nie był odosobnionym przypadkiem. 


Potem idziemy jeszcze wzdłuż murów miejskich, gdzie akurat jedynymi ludźmi były sprzedawczynie regionalnych produktów, głównie swetrów i czapek, my i jedna starsza Estonka w wełnianej opasce na głowie, ciągnąca sa sobą wózek, który wydawał jedyny hałas na całej ulicy. Przy skręcie na nią wywieszone są kamienne tablice, pochodzące z dawnych i odległych czasów, z wyrzeźbionym tekstem i tajemniczymi znakami. 


Przechodzimy jeszcze obok przez część miasta, gdzie budynki kamienne, potem obok ambasady Polski i spać. Po drodze mijamy markowe butiki, bazar kwiatowy i pomnik kominiarza.


No comments:

Post a Comment

Dziękuję!