13 May 2013

Dzień 5. i ostatni: Schody



Skoro tylko słońce wyjdzie zza horyzontu ( i nieco wyżej podleci) my wychodzimy po raz ostatni obejrzeć miasto, jakim jest Tallinn. Po raz ostatni być świadkiem kontrastów architektonicznych i całej reszty, którą serwuje nam to wielkie miasto. Pierwszym miejscem, do którego dziś wchodzimy, jest antykwariat. Przychodzimy pooglądać. Przychodzimy razem z właścicielem. Otwiera nam drzwi i od razu rozsiada się za ladą. My z bratem oglądamy stare aparaty. Są wśród nich i wcale-nie-takie-stare Zenity i takie składane, wysuwane, jakich dziś się już nie używa, jeszcze sprzed wojny. Jest też jedna kamera, z samego okresu wojennego, z hitlerowskimi znakami. Na półce nad aparatami stoją lub leżą zegarki, zegary i budziki z Leninem, Stalinem i Hitlerem.




 Potem idziemy na wieżę kościelną. Już z daleka wydaje się bardzo duża, a my jeszcze mamy zamiar na nią wejść. No zobaczymy jak nam pójdzie. Wchodzimy do środka, kupujemy bilety. Zaczyna się wspinaczka po wąskich schodkach, przepychanie pomiędzy innymi ludźmi, bo schodki mają może 3/4 metra. Idziemy tak w nieskończoność, gdy docieramy na piętro, z którego po nieco szerszych, a w dodatku bardzo nielicznych schodkach, a raczej szczeblach, dostajemy się na zewnątrz. Co ciekawe, nie ma tam żadnego tarasu widokowego, ani punktu obserwacyjnego, a jedynie do wieży doczepiono trzy deseczki i balustradę, coby nikt nie wypadł. Wymijanie innych osobników jest wyczynem kaskaderskim, cały czas, mimo braku takiej możliwości, czuje się strach, że poleci się jak Baumgartner bez mała. Za to widok nieprawdopodobny. Widać właściwie wszystko, co tylko w Tallinnie jest. Ja zdjęcia robię aparatem na pasku, owiniętym wielokrotnie wokół ręki, tylko żeby go nie wypuścić, żeby nie wypuścić. Obchodzimy wieżę dookoła i schodzimy. Postanawiam liczyć schodki. 1,2,3,4... 56, 57, 58, 59... 121, 122, 123, 124, 125... Tak gdzieś koło 200 spotkaliśmy rodaków, których przeraziła tak wysoka liczba. Ja schodzę i na głos liczę, a ci tylko stoją z przerażonymi minami, pan i pani, potem nie mniej przerażeni wymieniają po polsku uwagi dotyczące wieży. Zeszliśmy. 267 schodków. Czyli łącznie... (i tobie ptasi móżdżku dali 4 na semestr z matmy!)... zaraz... 534 schodki! Masakra. Przy drewnianej drabince wisi dzwon. Proszę sobie wyobrazić dzwoniącego tymże dzwonem. Albo miał makabrycznie długi sznurek, którym mógł dzwonić z dołu, albo latał tak góra-dół, góra-dół, dzień i noc. Takich nóg jak ten dzwoniący, to żadna tap madl nie ma i mieć nigdy nie będzie.




Od lewej - zbór, sobór i kościoł

 Wracając po bagaże mijamy tablicę pamiątkową w dwóch językach, z orzełkiem na górze. Podchodzę i czytam: 15 września 1939 roku, na skutek nacisku Rzeszy Niemieckiej internowany został okręt podwodny polskiej marynarki wojennej ORP „ORZEŁ” dowodzony przez kpt mar. Jana Grudzińskiego. Rozbrojony okręt w nocy 17/18 września 1939 r. wsławił się brawurową ucieczką do Wielkiej Brytanii, skąd kontynuował walkę na morzu. Wydarzenia te stały się pretekstem do utworzenia na terenie Estonii sowieckich baz wojskowych, a następnie inkorporacji w skład Związku Sowieckiego. W hołdzie bohaterskim marynarzom ORP „ORZEŁ” – rodacy.

 Zabieramy plecaki i idziemy do wehikułu. Wracamy do domu.

***

Zbliżamy się do granicy łotewsko-litewskiej.

(…)Nie, moje serce nigdy nie będzie

Nigdy nie będzie daleko stąd

Tak pewne jak to, że oddycham

Tak pewne jak to, że jestem smutna

Zachowam tę mądrość w mojej pamięci

Opuszczam to miejsce wierząc

Bardziej niż kiedykolwiek

Że jest powód, dla którego

Dla którego tu wrócę (...)
  (Eddie Vedder NO CEILING)

Słucham tej piosenki i jestem bliska płaczu. A więc tak wygląda opuszczanie. Powrót, z którego się nie cieszy. Potem będzie tylko długotrwała męczarnia w szkolnej ławce, tortury słuchania nauczycieli i kary przez nich wymierzane za niewinność. Nie chcę wracać. Dziwne. Zawsze śpieszno mi było wrócić na ojczyste ziemie, teraz marzę tylko o tym, żeby Łotwa zatrzymała mnie na dłużej. Nie chcę wracać. Tęsknię wprawdzie za znajomymi, rodziną, kochaną klasą, samą Polską,  ale nie tęsknię za tym, co mnie tam czeka.  Lada dzień egzaminy roczne, w międzyczasie klasówki, kartkówki, ustne odpowiedzi. To wszystko nie ma sensu, to wszystko zniechęca do poznania świata. Chcę tu zostać, ale nie mogę. Muszę wrócić, ale nie chcę. Estonię i Litwę mogę zostawić, choć to piękne państwa, nie będę za nimi tęsknić. Tylko ta Łotwa, tylko ona, kraj najwspanialszego kwasu i żurawiny w cukrze, uśmiechniętych ludzi, którzy nie marudzą 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Dumnych ze swojego kraju, chcący podzielić się bogactwem, jakie w nim spoczywa. To się nazywa patriotyzm! Nie marsze i wiece, ale zwykła duma, miłość i przywiązanie do ziemi ojczystej, chęć rozkochania w niej innych! Podziwiam Łotyszy, z mieszkańców wszelkich krajów, to ich można stawiać za wzór. Ludzie niekierujący się historią w określaniu innych, czego najlepszy przykład może stanowić legenda o Róży i polskim oficerze. Kiedy tu wrócę, kiedy? Już nie mogę się doczekać.
***
Jesteśmy na ziemi litewskiej. Tu kiedyś była Polska. Krajobraz niczym nieróżniący się od tego, jaki widzi się przed sobą i jaki się zostawiło. Usypiająca monotonia. Zbliżamy się coraz bardziej do Polski, coraz bardziej oddalamy się od Łotwy. Zbliżamy się coraz bardziej, ale tego nie widać. Przekraczamy granicę. Mimo że jesteśmy już u nas, w kraju pod biało-czerwoną flagą, wszelkie informacje, na billboardach czy znakach, są dwujęzyczne, nie tylko po polsku, ale i po litewsku. Polacy bardziej lubią Litwinów, niż Litwini Polaków. Jedziemy przez Podlasie, pola na niskich pagórkach zdają się falować (i niech się schowa wszelka Toskania). W dniu powrotu po raz pierwszy wyjęłam z czeluści plecaka empetrójkę. Po raz pierwszy słucham muzyki, która nie leci w radio, ale przez słuchawki. To niezwykłe, jak dźwięki gitary i głos wokalisty potrafią idealnie opisać nastrój, a nawet krajobraz. Nie zawsze słowa przekazują wszystko, muzyka często załatwia co niezbędne. Nie znam czeskiego, a mam wrażenie, że Dezolat Vypsanej fiXy to utwór o tej okolicy. Napisany dokładnie tutaj, choć wiem, że to nieprawda. Czytam cały czas Zbrodnię i Karę Dostojewskiego, nie potrafię się od niej oderwać. Po Opowieściach Fantastycznych czekałam tylko na odpowiednią chwilę, by nie pogubić się w prozie, nie zgubić wątku pomiędzy nauką i lekturami, bo jednak te swoje 560 stron ma. Przeczytałam już ponad 400 i jestem w stanie stwierdzić, że to najgenialniejsza książka w dziejach świata. Doszłam do wniosku, że książki najlepiej czyta się w podróży. Nie w domu, pod kocem i z kubkiem ciepłej herbaty, ale w podróży, z wszelkimi jej dobrami i niewygodami. Łatwiej się utożsamić z bohaterem, jest czas na przemyślenia. Tak na wybrzeżu Bałtyku w Parnawie myślałam nie Ojej, jaka ładna plaża, fajnie byłoby się wykąpać, szkoda, że nie jest najcieplej, że nie mamy strojów tylko o poczynaniach Raskolnikowa i jego teoriach, oczywiście nie zapominając gdzie się znajduję. Przypominam sobie scenę z INTO THE WILD, kiedy główny bohater siedzi na kamieniu, słońce chyli się ku zachodowi, a morze szumi. Siedzi zatopiony w lekturze. Czułam się jak ten bohater. I już przygotowuję książki do podróży do Laponii. Czytanie na Nordkappie, rozmyślania gdzieś w leśnym pustkowiu, gdzie człowiek jest czymś niespotykanym. Wcześniej miałam plan, aby w drodze uczyć się cały czas norweskiego, ale dziś już wiem, że nie będę mogła tego robić dłużej niż pół godziny dziennie. Ciągnie mnie w świat, który, choć już istnieje, pozwala na zastanowienie się nad tym wszystkim.
***
Na zewnątrz jest już zupełnie ciemno, a my zbliżamy się do Warszawy. Coraz bliżej domu.


No comments:

Post a Comment

Dziękuję!