01 June 2013

Jedzmy więcej pyr, czyli jeden dzień w stolicy

Mieliśmy jechać w czwartek. Ale chmury były ciemne, a w prognozie pogody wielkopolski deszcz. Nie wróży to najlepiej, więc decydujemy się pojechać w sobotę. Tegoż dnia patrzymy przez okna - nie leje - jedziemy. 

Można mówić różne rzeczy o autostradach i tych wszystkich nowych drogach, ale nie można im odmówić jednego - widocznego skrócenia trasy. I można w jeden dzień pojechać o rozsądnej porze do Poznania, zobaczyć mniej więcej to miasto i wrócić przed 20:00. 

W każdym razie przyjeżdżamy do Poznania o jedenastej z kawałkiem, takim raczej znacznym, bo udaje się nam jedynie zjeść po rogalu świętomarcińskim i już oglądać koziołki na ratuszu. Może po kolei. Rogale świętomarcińskie to rogale obficie polane lukrem, z miodem, orzechami i rodzynkami. Nie smakowały mi, ale mój tata, który miał okazję kiedyś jeść owe rogale gdzieś indziej powiedział, że faktycznie, te dzisiejsze nie były wcale najlepsze. 

Gdy zjemy rogale, wybija 12.00, a co za tym idzie, koziołki na ratuszu. Jak głosi legenda, wyłażą tak już od dawien dawna, a po raz pierwszy stało się to, kiedy pewien kuchcik, który miał pilnować pieczeni z sarny, ale nie wywiązał się z obowiązku. Tego dnia akurat sam wojewoda miał oglądać nowy zegar na ratuszu, potem miała być uczta, na której głównym daniem miała być owa pieczeń - a tu proszę. Pieczeń spalona. Trzeba nabyć nową porcję mięsa. Niestety i to mu się nie udało. Gdy zrezygnowany wracał do kuchni, jego oczom ukazały się dwa koziołki. Nie miał zielonego pojęcia czyje były i dlaczego się tam znalazły, ale zdawał sobie sprawę, że mogą go uratować. Odwiązał je więc i zabrał ze sobą. Koziołki poczuwszy przypływ wolności uciekły i biedny kuchcik stracił je z oczu. Właśnie wtedy wojewoda miał oglądać zegar. Gdy zegar był odsłaniany, kuchcik zobaczył... trykające się koziołki. Wojewoda był zachwycony i poprosił twórcę zegara o dorobienie koziołków. Tak mu się spodobały, że wybaczył kuchcikowi kradzież. 


Gdy punkt 12 koziołki zaczęły się trykać, ludzie zaczęli krzyczeć ooo..., jakby co najmniej sam papież wychodził. W Różowej Panterze 2 jest taka scena, jak inspektor Closeau w stroju papieża wychodzi na balkon, a ludzie zgromadzeni na placu wiwatują. Dokładnie tak samo było na poznańskim rynku. Co ciekawe, na ratuszu są dwa zegary i nie chodzą one równo. Podczas gdy na jednym było już po 12.00, na drugim było po 12.00, a koziołki wyszły, jak ani na jednym, ani na drugim nie było pełnej godziny. No cóż, widać nie tylko w Warszawie są rzeczy, których za nic w świecie nie zrozumiem. 

Gdy koziołki tryknęły się po raz dwunasty, tłum powoli, ale zawsze, zaczął się rozchodzić. Na schodkach ratusza stały dwie osoby z wielkimi plakatami - fri gajded turs. Podeszliśmy, coby się więcej nieco dowiedzieć. Otóż jedna z grup przewodników poznańskich co sobotę organizuje darmowe zwiedzanie starego miasta. Zawsze lepiej trochę się dowiedzieć o mieście, bo wcześniej jedynie znaliśmy je z lakonicznych tekstów w przewodniku po Polsce (niestety nie mieliśmy po samym Poznaniu, czy chociażby po Wielkopolsce, trzeba się będzie na następny raz w takowy zaopatrzyć). Gajded tur zaczyna się o 12.12. Naszą przewodniczką jest pani Kasia. Opowiada bardzo ciekawie.


Pierwszą oglądaną budowlą jest oczywiście ratusz. Perła architektury renesansowej na północ od Alp. Zaprojektował go, jak na renesansowy budynek przystało, Włoch. Dostał za nią pokaźną sumkę, ale zmarł w skrajnej biedzie. Czemu? Był zapalonym hazardzistą. Zdarzało mu się przegrać wszystko w jedną noc, łącznie z miejscem zamieszkania i ubraniem, przez co jego powrót gorszył mieszkanki Poznania. Ale, jak to podsumowała przewodniczka, chociaż dobrym architektem był

Idziemy dalej, ale nie oddalamy się zbytnio od siedziby rady miejskiej. Dochodzimy do niewysokiego słupa, który okazuje się być miejscem 'strat na honorze' (miejsce 'strat na ciele' znajdowało się gdzie indziej) licznych złodziei i zbójów. Gdy ktoś zrobił coś godnego potępienia, był przywiązywany na cały dzień na przykład do owego słupa, a poznanianie mogli w niego rzucać zgniłymi jajami, czy czymkolwiek im się zamarzyło. W ogóle to niezbyt łatwo mieli łamiący prawo w Poznaniu. Zdrada małżeńska karana była śmiercią, toteż gdy pewna kobieta przyłapała swojego męża na zdradzie i doniosła na niego, temu, dzięki znajomościom, może łapówkom, tego nie wiemy, karę zamieniono na... wykonanie/zakup fontanny na rynek, przedstawiającej jakąś romantyczną scenę, która przestrzegałaby przed zdradami. Z długów zaciągniętych na fontannę rozliczał się pewnie do końca życia, ale jednak żył. Wracając do słupa, to chciałabym jeszcze dodać, że bycie katem nie było wymarzonym zawodem młodych poznaniaków, był to więc zawód dziedziczny. Nawet żony katów były zazwyczaj córkami i siostrami katów. Katów uważano za gorszych obywateli, poza obcinaniem głów, uszu, palców, czy innych części ciała, zajmowali się oni na przykład sprzątaniem wylewanych prosto na ulicę fekaliów. 


A teraz zagadka - cóż to za dumny ptak siedzi na dachu tejże kamienicy? Czy to orzeł? Nie. Czy to kaczka? Nie? W takim razie co? To jest (fanfary) pelikan! Fakt, że nie wygląda jak pelikan, zawdzięczamy temu, że rzeźba pochodzi z XIX wieku, a wtedy nie każdy mógł poszczycić się wiedzą o wyglądzie pelikana. Za to wszystkim kojarzył się on z poświęceniem. A dlaczegóż tenże pelikan wygląda jak wygląda? Wiedziano jedynie, że jest to ptak wodny. A jakie znamy ptaki wodne? Kaczki - niewystarczająco dostojne. Może łabędź? Już lepiej. Pomieszajmy więc łabędzia z orłem, symbolem Polski i pelikan gotowy. 


Na oddzielny akapit zasługują kamieniczki z powyższego zdjęcia. Przed wielu laty, jeszcze zanim przywędrował do nas renesans, ta część rynku nosiła niezbyt zaszczytne miano najbardziej śmierdzącej. Dlaczego? Handlowano tutaj... rybami. Handlujący tymże towarem byli najbiedniejsi, toteż ich mieszkania również nie były najznakomitsze. Za to gdy renesans zagościł w Poznaniu na dobre, było ich stać na wybudowanie niewysokich i niezbyt szerokich kamieniczek. Każdy kolorowy segment, to mieszkanie jednego handlarza rybami. Im węższe, tym tańsze. 


Gdy poszliśmy kawałek dalej, zobaczyliśmy średniowieczne zamczysko, a właściwie wyobrażenie o nim. Z czasów, gdy mieszkał w nim król Przemysł II, nie pozostał kamień na kamieniu, a z zapisów z tego okresu nie można właściwie odczytać niczego. Gdy więc władze wpadły na pomysł odbudowy, wszystko było wymyślane. Wieża po lewej została nazwana przez mieszkańców Poznania wieżą Gargamela, z powodu jej podobieństwa do miejsca zamieszkania czarnego charakteru ze Smerfów. Jakkolwiek by nie była podobna, muszę się zgodzić, że nie jest najpiękniejsza. 


Poznańska starówka to mieszanka wszystkich możliwych stylów architektonicznych - pomyśleli sobie odbudowujący Poznań po zniszczeniu, jakie pozostawiła po sobie II wojna światowa - a więc i socrealizmu - po czym postawili dwie cegiełki pośród romańskich/gotyckich/barokowych/klasycystycznych budynków. 

Następnym przystankiem jest barokowy kościół. Tak barokowy, że mało co jest bardziej barokowe. 


Gdy wchodzimy do środka, od samego początku dech zapiera w piersi. Typowy dla baroku przepych, złota na tony, marmur, freski, malowidła, kolumny. Ale przewodniczka pozostaje niewzruszona - Barok cechuje przepych, ale i ILUZJA. Marmur nie jest marmurem, ale stiukiem, złote elementy w rzeczywistości są jedynie pozłacane, a kopuła jest namalowana. Ach jo... Budowa barokowej świątyni trwała 100 lat, a spowodowane to było między innymi na przemian wyrzucaniem i przyjmowaniem architektów, a nawet przesuwaniem murów miejskich. 


Potem pożegnaliśmy się z przewodniczką i poszliśmy w stronę Ostrowa Tumskiego. Ostrów, to znaczy wyspa, tum - katedra. Po raz pierwszy stanął tutaj w X wieku, ale został zburzony, a w XI wieku odbudowany, co i tak czyni go starym jak diabli. 

Most Bolesława Chrobrego nad Wartą, po lewej widać ostrów

Ostrów Tumski jest jedną z najwyższych budowli w Poznaniu, który ze względu na lotnisko nie może posiadać wielopiętrowych wieżowców, więc, o ile dobrze pamiętam, najwyższy budynek ma 102 metry. Jest to wybudowana w stylu gotyckim świątynia, z mnóstwem witraży, ale największą jej atrakcją jest podziemna krypta. X-wieczne pozostałości, a wśród nich grobowiec Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Wygląda to trochę jak podziemia paryskiego Luwru, gdzie bardzo stare pozostałości mieszają się z nowoczesnymi. Niemniej jednak robi to niesamowite wrażenie. W końcu to miejsce jest stare jak Polska.

Mieszko I

I tu teoretycznie mogłabym zakończyć, gdyby nie pewien fakt. Otóż, jak każdy się uczył jeszcze w szkole podstawowej, pierwszą stolicą Polski było Gniezno. Poznanianie uwielbiają podkreślać, że Gniezno nie miało oficjalnego statusu stolicy, a prawie wszystko, co tylko mogło być pierwsze w tamtych czasach, było pierwsze właśnie w Poznaniu. Nawet królowie ówcześni więcej czasu spędzali właśnie tam. 

A skąd wzięła się nazwa Poznań? Poznań miastem spotkań. Jak głosi legenda, spotkali się tutaj przypadkiem po wielu latach, Lech, Czech i Rus. Gdy się rozpoznali, krzyknęli jednocześnie Poznaję! 

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!