31 July 2013

Kierunek: Północ

Nie mam zielonego pojęcia czemu obudziłam się o 4.30. Leżę przy oknie próbując zasnąć ponownie, gdy moją uwagę przykuwa widok zza okna. Słońce wstało już jakiś czas wcześniej, ale i tak na niebie jest nadal czerwono-pomarańczowo-żółto. Ciemne jeszcze kontury drzew osłaniają ten wspaniały widok, ale całe szczęście nie zasłaniają go całkowicie. Po chwili zaczynają pojawiać się chmury, ale równie niespodziewanie jak się pojawiły, tak nagle znikają. Patrzę przez okno dobrą godzinę, aż dochodzę do wniosku, że w samolocie spać nie będę, na lotnisku mi się to nie uda, więc warto byłoby się wyspać. 

Rankiem czekaliśmy na autobus, który zawiezie nas na lotnisko. 15 minut w drodze i ponownie byliśmy w helsinskim porcie lotniczym. Siadamy przy naszym wyjściu. Nad nami ekran z napisem Ivalo. A więc to już dziś. Już dziś lecimy do Laponii, na jej najbardziej wysunięte na północ ziemie. Nad mój Walden, na moją Syberię, na moją Alaskę. Wsiadamy do airbusa, słuchamy fińskich instrukcji (chyba nigdy mi się to nie znudzi) i w drogę. Im wyżej się wznosimy i im dalej od Helsinek się znajdujemy, tym, niestety, widok gorszy. Przestaję więc robić zdjęcia i gapić się przez okno, wracam do Walden. Chmury przerzedzają się dopiero gdy zaczynamy stopniowo tracić wysokość. Ale za to jaki widok! W życiu nie widziałam czegoś tak wspaniałego! Zielone wyspy o złotych brzegach, dalej gęsty las, niebieskie jeziora, góry wyższe i niższe. Nie ma miast, nie ma dróg (jakichkolwiek), pól, jest tylko las, liczne jeziora. Nie wygląda to tak jak widziane ze znacznej wysokości Mazury, ale jak zupełnie odludne miejsce, koniec świata można powiedzieć. Widok jest wspaniały. Jak to musi wyglądać z ziemi!


Z jeszcze większą niecierpliwością czekam na lądowanie. Myślę tylko o znalezieniu się na tej ziemi. Wreszcie samolot zwalnia coraz bardziej na pasie startowym lotniska w Ivalo. W końcu zatrzymuje się całkowicie. Przyjeżdżają do nas schodki, po których schodzimy na płytę. Na portach lotniczych Laponii panuje świetny zwyczaj dania pasażerom możliwości oddychania czystym, lapońskim powietrzem. Po co inwestować w autobus, skoro ludzie przylatują tu w lecie, to są pewnie świadomi, że nie panuje tu temperatura 30 stopni, tylko połowa tego i wieje, więc mają ze sobą jakiś sweter czy bluzę, a jeśli przylatują w zimie, to nie spodziewają się tropików, więc są ciepło ubrani. Tutejsze lotniska nie są wielkimi portami przesiadkowymi, skąd odlatują ogromne samoloty do Tajlandii czy Wietnami, jak Helsinki, przylatuje poza tym jeden samolot dziennie, więc nie ma ryzyka, że nieodpowiedzialny turysta wpakuje się pod latającą maszynę. Można nareszcie się przejść, odetchnąć głęboko i ponapawać się pięknym widokiem, jaki roztacza się z odludnej płyty.


Gdy wchodzimy do środka, wytrzeszczam oczy ze zdziwienia. Wnętrze wygląda jak mała chatka gdzieś nad jeziorem, drewniana, pełna żółtych kwiatów i kolorowych, malowanych obrazków. Przedstawiają one życie autochtonów Laponii, znaczy Saamów i krajobraz tych ziem. Zupełnie inne wrażenie z zewnątrz, inne od wewnątrz. Dlaczego inne lotniska wyglądają tak samo, a to, najbardziej na północy, jest takie, że aż chce się do niego wracać? Dlaczego lotniska w Paryżu, Rzymie, Helsinkach nie wyglądają zachęcająco i ładnie, niczym nie różnią się od siebie?


Bagaże są do odbioru prawie od razu, właściwie nie trzeba czekać. Nasze również, choć przebyły długą i skomplikowaną drogę z Warszawy. Wychodzimy z drugiej strony lotniska i odjeżdżamy w siną dal. Kierunek: Karasjok, ale niejednokrotnie będziemy zjeżdżać z zaplanowanej trasy.

Pierwszym takim przystankiem (na moją prośbę) jest Ivalo, a dokładniej malutka, czerwona, drewniana budka, pod szyldem Mansikka Paikka. Cóż to jest? Otóż to jest, tłumacząc z fińskiego na polski, "poziomkowe/truskawkowe miejsce", a więc punkt gdzie sprzedają truskawki. Poza tym można tam nabyć maliny i... groszek cukrowy. Kupujemy litr truskawek i jedno opakowanie malin. I o ile te drugie nie róznią się zbytnio od naszych, to norweskie truskawki przy północnofińskich mogą się schować. Najsłodsze na świecie truskawki, smakują jakby najsmaczniejsze, ale nie najsłodsze, ktoś posypał cukrem z całej cukiernicy. Wyglądem są niezachęcające, niezbyt duże, stosunkowo miękkie, a zielone listki nie wychodzą właściwie nigdy z białym środkiem, ale co tam, smak jest powalający. I to by było na tyle, jeżeli chodzi o Ivalo.

Jedziemy drogą otoczoną coraz mniej gęstym lasem, gdy naszym oczom ukazuje się brzeg jeziora Nie jest ono największe, choć nie jestem w stanie zobaczyć go w całości, więc równie dobrze mogła to być odludna odnoga Inari, jak i małe, samodzielne jezioro. Nie ma na nim łodzi, na nadbrzeżu (przynajmniej tym widocznym) nie stoi żaden dom. W krystalicznie czystej wodzie pływają ryby, zza chmur wychodzi słońce, jest cicho, nie wieje wiatr, otaczają nas wysokie drzewa iglaste. Mogłabym tu zamieszkać, tylko na drugim brzegu, bo tu jest droga, a po tamtej stronie las. 


Wsiadamy ponownie do auta i jedziemy dalej. Po raz pierwszy mijamy renifery. Jest jeden większy, wyliniały, drugi mniejszy, również o niejnajlepszym stanie owłosienia. Tymczasem drzewa coraz bardziej się przerzedzają, są mniejsze, jest coraz więcej fioletowo-różowych kwiatów i krzewów, Droga albo wspina się po dosyć stromym pagórku, albo z niego schodzi. Gdy patrzy się na nią, wydaje się nie mieć końca; na każdym podjeździe myśli się, że to ostatni, ale za nim jest następny i następny, i następny, i tak dalej. W ten sposób dojeżdżamy do granicy. Fińsko - norweskiej. Mimo że właśnie opuszczamy Unię, przejście nie różni się właściwie od, powiedzmy, polsko-czeskiego. Nie ma straży granicznej, budki stoją puste jakieś 100 metrów przed samą granicą. Nie ma ludzi.


Granica. Dowiadujemy się o niej tylko z niewielkiej, żółtej tabliczki z napisem "Norge". Momentalnie, jak za dotknięciem różki zmienia się krajobraz - drzewa są coraz wyższe i coraz częstsze, przybywa również różowo-fioletowych kwiatów. Jedziemy tak i jedziemy, aż dojeżdżamy do Parku Sapmi, o którym wcześniej czytałam w przewodniku i skręcamy tamże.


Na początku próbujemy nabyć bilety, zezwalające na zwiedzanie, ale idzie nam to dosyć słabo, toteż idziemy do pani w stroju Saamów i pytamy, gdzie jest to możliwe. Idziemy więc do jednego z czerwonych, drewnianych budynków i kupujemy bilety, które są tak samo drogie jak tutejsza pomidorowa. A może to pomidorowa jest tak droga jak bilety, nieważne zresztą. Idziemy po posiłku na naukę rzucania lapońskim lasso. Nie jest to zbyt trudne. Początkowo nie mogę zapamiętać jak się zwija linę, ale potem dochodzę do wniosku, że jest to bardzo proste. Jeśli chodzi o trafianie do celu (rzucamy na poroże renifera na pieńku), to wychodzi mi to w miarę dobrze, ale to prawdopodobnie dlatego, że nie stoję zbyt daleko od niego. Lasso wygląda jak długi pomarańczowy kabel. Nie ma na nim żadnych węzłów, nie jest nigdzie zawiązanych, do ściągania służy podwójny pierścień wykonany z rogu renifera. 

Gdy nieco już sobie porzucamy, idziemy na film. Jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy się na to decydują o tej godzinie, ale i tak zbyt wielu zwiedzających to tu nie ma. W każdym razie najpierw musimy zaczekać aż otworzą się drzwi, bo samemu ich otworzyć nie można. Wtedy wchodzimy do nieco ciemnej sali, gdzie nie ma nic prócz kilku fotografii na ścianach i dwóch ekranów telewizyjnych. Oglądamy wystawę, a potem zaczyna się film - tak nagle, niespodziewanie. Siadamy więc na wykładzinie i zadzierając głowy do góry oglądamy. Film jest po angielsku. Przedstawia, jak na muzeum Saamów przystało, życie mieszkańców Laponii. W szczególności uwagę zwraca na różnice w trybie życie autochtonów, jakie powstały w ostatnich dwóch stuleciach, kiedy to miała miejsce norwegizacja Saamów. Kiedyś zajmowali się oni głównie reniferami, dziś mają inne zajęcia, nieliczni pozostali w swoim zawodzie. Ci jednak nie chodzą za reniferami pieszo, ale jeżdżą skuterem śnieżnym lub nawet latają nad nimi helikopterem. Nie wierzą w to, w co wierzyli kiedyś, są głównie protestantami lub, na Półwyspie Kolskim, prawosławni. Gdy kończy się ten film, wychodzimy, nieco zawiedzeni, z tej sali i przechodzimy... do następnej, na kolejny seans. Tym razem jest znacznie ciekawiej, bo poświęcony jest on wierzeniom Saamów, zanim postanowiono ich ochrzcić. Ciekawy jest mit, który głosi, jak powstali ludzie i zwierzęta. Otóż zanim na ziemi pojawiło się życie jakiekolwiek, mieszkał tam biały renifer, o okazałym porożu i pięknym futrze.Gdy ów renifer wyzionął ducha, z jego oczu powstały gwiazdy, a z jego serca wszyscy ludzie i wszystkie zwierzęta. Saamowie uważali, że to właśnie nas wszystkich - ludzi i zwierzęta - łączy. Wychodzimy po filmie z sali kinowej i idziemy jeszcze na świeże powietrze. Stoją tam lavvo - coś na kształt wigwamów, jakie mają indianie, tylko w wydaniu lapońskim (w przewodniku było napisane, aby nie nazywać tego namiotami, bo to może zostać uznane za zniewagę), luokti - półka na np. sanie czy jedzenie. Aby ochronić trzymane tam rzeczy przed śniegiem lub deszczem przykrywano luokti tym samym, czym okrywano lavvo. 

luokti
lavvo

wnętrze lavvo
Gdy uda nam się zobaczyć wszystko, idziemy z powrotem do samochodu i jedziemy prosto do Karasjok. Jedziemy tak i jedziemy, aż dojeżdżamy nie tyle do miasta, o ile do kempingu, gdzie się zatrzymujemy tej nocy. Zostawiamy samochód i zapytawszy się uprzednio o drogę, idziemy brzegiem jeziora na poszukiwania parlamentu Saamów. Droga była świetna, jedyny minus to rozsławione komary, które były jeszcze bardziej uparte niż nasze, polskie. Żałowałam, że zostałam jeszcze w trampkach, zamiast od razu założyć buty górskie daleko za kostę, bo te małe bestyjki właziły z łatwością pod spodnie i skarpety, mimo użycia offa czy innego autana, niestety jeszcze z Polski, te potworki już się z pewnością uodporniły na takie słabe środki. Idziemy przez las, obok jest jezioro, wszędzie rosną kwiaty, początkowo żółte i białe, potem dobrze nam już znane, różowo - fioletowe. 


Idziemy więc tą ścieżką, gdy zza drzew wyłaniają się domy, czerwone drewno ścian i ciemny dach. Fioletowo-różowe kwiaty dookoła. Przed nami dwa mosty: drewniana kładka nad rowem i znacznej wielkości metalowa konstrukcja, po której jeżdżą auta (częstotliwość rzecz jasna znikoma). Panuje charakterystyczna cisza, jedynie od czasu do czasu człowiek będzie snuł się po chodniku czy samochód przejedzie. Idziemy prosto przed siebie, zatrzymując się co chwilę na zdjęcia, aż dochodzimy do dużego mostu. Wchodzimy na tę konstrukcję, czego nie polecam osobom z lękiem wysokości, bowiem widać dokładnie przepaść pod nogami.



Zanim jednak trafimy do parlamentu, idziemy zobaczyć jedyny zabytek tego miasta - luterański kościół z 1807 roku. Jedyny budynek, który ostał się po II wojnie światowej. Podobno ukryli się w nim wszyscy mieszkańcy Karasjok. Patrząc na tą bardzo skromną budowlę dochodzę do wniosku, że nie mogło ich być więcej niż kilkanastu. Niestety, świątynia jest zamknięta, więc nie możemy jej zobaczyć od środka. Obchodzimy ją zatem dookoła. Nie wydaje się przez to większa. Dookoła rośnie miękka trawa, stoją pomniki upamiętniające chyba właśnie te ogromne zniszczenia i straty po wojnie, ale co do tego to pewności nie mam, ponieważ tekst był tylko i wyłącznie po norwesku, a niestety zdjęcie tekstu nie wyszło i nie mogę rozszyfrować ze słownikiem. Gdy mamy pewność, że zabytek jedyny został dokładnie obejrzany, idziemy do parlamentu.


A więc parlament. Do tej pory widziałam go tylko raz, na zdjęciu w dodatku, kiedy przygotowywałam prezentację na informatykę. Była to tamże budowla nad wyraz interesująca, o nietypowym, w szczególności jak na parlament, kształcie i wyglądzie. Toteż żywiłam dosyć duże nadzieje w związku z zobaczeniem tego dzieła architektonicznego na żywo. Zobaczywszy to na żywo, rozczarowałam się srodze. To ma być parlament? Podziwiam samą konstrukcję, ale wygląda jak wykonana ze starych, zupełnie spróchniałych desek, jak stara dom, którego nie umiano zbudować i który zaraz się zawali. Sam pomysł jest wcale dobry, ale materiał tragicznie pogarsza wizerunek parlamentu. Jak na Laponię przystało żywej duszy nie ma. Sam budynek został rzekomo zaprojektowany na kształt wspominanego wcześniej lavvo, ale poza samym ostrosłupem jest jeszcze dookoła inny budynek, pokryty tym samym materiałem. Mogło to znacznie lepiej wyglądać, bo, jak już wspominałam, gdyby nie to drewno, to byłoby świetnie, cud architektury północnej po prostu. Ale tak nie jest.


Żeby mieć co jeść idziemy do supermarketu (otwartego jak prawie każdy z Finnmarku do 23). Norwegia, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie jest państwem drogim. Jest po prostu tak makabrycznie tragicznie droga, że za cenę batona jednego, można mieć w Polsce cały karton, za cenę obiadu dla 4 osób garnizon wygłodzonych żołnierzy wykarmić by można. Najtańszy lód kosztuje 20 zł. Benzyna 8 zł. za litr w kraju, który ma własne złoża ropy naftowej.


Drogę powrotną wybieramy mniej malowniczą i nieco dłuższą, ale za to z mniejszą ilością komarów, co jest jej zasadniczą zaletą. Po drodze spotykamy Rosjan, którzy jadą na ten sam kemping. Gdy dochodzimy na miejsce, zabieram Walden i znajduję sobie ładny pieniek, na którym mogę sobie w spokoju poczytać. Siedzę sobie może 20 minut, próbując nie zwracać uwagi na komary, które są wszechobecne. Dłużej nie wytrzymuje. 7 ugryzien na kostkach, trzy na plecach (polar, koszula, koszulka - i tak wlazły), dwa na ramionach. Wracam i idę z bratem grać w rzutki, które znajdują się na jednym z czerwonych domków. Idzie mi znacznie gorzej niż w rzucaniu lapońskim lasso.


Potem idziemy do lavvo, które stoi niedaleko, gdzie płonie ogień dla ludzi na kempingu i można podpiec chleb. Dookoła stoją ławeczki, na których leżą futra reniferów. Na zewnątrz jest niezbyt ciepło, znacznie zimniej, niż było wcześniej, choć słońce nadal wysoko. Biała noc. Jest już po 23.00, a i tak jest zupełnie jasno. Nie "minimalnie ciemniej", nie "lekko ciemnej", tylko zupełnie jasno.


2 comments:

  1. Musisz być naprawdę cholernie interesującą, oczytaną, elokwentną osobą - takie odnoszę wrażenie czytają Twoje posty, oglądając te zdjęcia. Każda z tych podróży wnosi do Twojego życia wiele - horyzonty się poszerzają. Laponia, Norwegia, Finlandia to dla mnie ziemie nieznane, ogólnie każda Twoja wyprawa dla mnie to miejsca nieodkryte a ty zapoznajesz się z nimi. Świetne!

    U mnie nowy post.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nawet nie wiesz jaką mi przyjemność zrobiłaś mi tym komentarzem! D Z I Ę K U J Ę !!! Zauważyłam, że zazwyczaj kiedy wracam do domu po jakimś wyjeździe nie ma zbyt wielu komentarzy (dziś wróciłam z Beskidu i jest jeden), ale za to zawsze jest od Ciebie. To bardzo motywuje. Jeszcze raz BARDZO DZIĘKUJĘ.

      Delete

Dziękuję!