30 July 2013

Początek

Późnym popołudniem wracam z obozu, piszę post poniżej i pakuję się. Następnego dnia pakuję bagaż podręczny i jadę na Okęcie kupić buty górskie, bo poprzednie pokazały swoje zdolności w Radkowie. Obiad i na lotnisko. Telefon w drodze wyjątku spakowałam, ale wyłączyłam go jeszcze w drodze na lotnisko (potem okazało się, że nawet gdybym chciała, to i tak bym go włączyć nie mogła, bowiem się rozładował). Aparat stał się jedynym działającym elektroniczym sprzętem, który zdecydowałam się zabrać.




Do Helsinek.

Będę na tym lotnisku po raz drugi w tym roku. Za nim samym nie stęskniłam się zbytnio, ale cel, do którego zmierzamy, jest moim marzeniem. Zaprzątał mi myśli zanim zaistniał jako zapisek w kalendarzu i zanim moje nazwisko pojawiło się w bazie Finnairu jako pasażera czterech (!) lotów.




Wieczorem wychodzimy z ciepłego i tak dobrze nam znanego lotniska na Okęciu do Embraera ERJ-190. Słuchamy pięknej melodii, jaką jest język fiński (a także angielski z fińskim akcentem). Oglądamy po raz ostatni zachód słońca, które wraz z jutrzejszym wschodem będzie nam towarzyszyło nieprzerwanie. Wpatruje się w to piękne zjawisko i wyjmuję z plecaka Walden Thoreau oraz ołówek do podkreślania. Książka nie jest łatwa i nie czyta się jej szybko, ale za to jest w niej wiele wniosków, które należałoby wprowadzić do codziennego życia. Pomiedzy rzędami siedzeń krążą blondwłosi stewardzi, rozdający herbatę. Pod nami powoli ukazuje się Pojezierze Fińskie, oświetlona jedynie znikającą czerwienią zachodzącego słońca głęboka zieleń lasów i niebieska toń jezior. Już za moment będziemy lądować. 




Późnym wieczorem opuszczamy samolot, wsiadamy do pełnego ludzi autobusu, który zawozi nas na terminal. Tłum ludzi udaje się po bagaże, my spokojnym krokiem, w zapadającej coraz szybciej ciemności opuszczamy lotnisko i idziemy na przystanek. Bagaż poleci z nami jutro. Na przystanku stoją Finowie, Japończycy, ludzie wszystkich narodowości, a gdy ktoś tam trafi, niech pamięta, że Finowie Polaków cenią, więc zapożyczli zwyczaj noszenia sandałów i skarpetek. Czekamy na autobus, który ma nas zawieść na miejsce naszego noclegu. Nie jest ani zimno, ani ciepło, temperatura taka w sam raz. Ludzie z walizkami chodzą dookoła. Nerwowo przetrząsają kieszenie, rozmawiają głośno przez telefon. Gdy autobus przyjeżdża, jedziemy nim przez jakieś 15 minut, potem odbieramy klucz, zostawiamy w pokoju bagaże i idziemy zobaczyć przed snem najbliższą chociaż okolicę. Nie różni się ona zbytnio od znajomych nam obrazów. Wracamy do pokoju i próbujemy zasnąć mimo wysokiej temperatury w pomieszczeniu.

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!