19 August 2013

... bo renifery wejdą na cmentarz


Pierwszy przystanek to przełomy rzeki, gdzie łososie wracają do miejsca swoich narodzin, gdzie wyjątkowo nie można ich łowić (ale już 200 metrów dalej stoją rybacy z siatkami). Nigdy wcześniej nie widziałam łososia skaczącego w górę rzeki, ale to, co widzę, przebija moje wszelkie wcześniejsze oczekiwania. Ryby długości całej ręki oddają skoki ponad metrowe na przełom. Czasem skaczą na skały, od których ich śliskie ciała odbijały się i pozwalały skakać wyżej. My tylko stoimy i patrzymy się na tą scenę zadziwieni, dopiero potem zaczynam czatować z aparatem w pełnej gotowości. Udaje mi się zrobić kilka zdjęć, ale nienajlepszych, nie do końca oddających to wszystko. Co to musi siedzieć w głowach tych ryb, że męczą się tak przeokrutnie, aby wrócić do źródeł, aby młode mogły zrobić to samo! Jak to możliwe, że te zwierzęta, mimo wszelki przeciwności i trudności płyną w górę rzeki, choć nie muszą?


Gdy już nieco posiedzimy nad tymi łososiami, wracamy do samochodu i jedziemy dalej. Po krótkim czasie zatrzymujemy sie na vaffla z dżemem, ale nie smakuje on już tak dobrze, jak bardziej na północy. Kwestia miejsca? Może. W końcu coraz bardziej zbliżamy się do Finlandii, drzewa zagościły w krajobrazie, niewysokie, ale zawsze. Po posiłku i herbacie wracamy na trasę, aby po dłuższej chwili przekroczyć granicę. I znów - dziwne nazwy ulic, melodyjny język. Gdy tylko miniemy niebieskie tablice na granicy, pojawia się grupa reniferów, a wśród nich malutki reniferek, zupełnie biały, bez poroża. Robię tym reniferom zdjęcia, ale one uciekają co i rusz w krzaki. 


Następnie zatrzymujemy się przy cerkwi. Widząc zamkniętą bramę nieco się martwię, że będzie zamknięte, ale całe szczęście na furtce wisi kartka Sulje portti, ettei porot pääse hautuumaalle, KIITOS! Please close the gate, otherwise the reindeer will go to the cementary znaczy Prosimy o zamykanie furtki, w przeciwnym razie renifery wejdą na cmentarz. W sumie nie ma się czemu dziwić. Reniferów bardzo dużo. 

Cerkiew jest nieduża i nie przypomina chociażby tej z Tallina. Bliżej jej właściwie do kościoła protestanckiego gdzieś z Austrii, chociaż jest drewniana i pomalowana na biało, co już mi się zupełnie z niczym nie kojarzy. 


Świątynia jest zamknięta, dookoła jest zupełnie cicho. Idziemy na cmentarz. Pod drzewami, a na cmentarzu na grobach, rośnie taki biały mech. Tak tu cicho, tak spokojnie...


Wracamy do samochodu i jedziemy nim w asyście reniferów aż do Inarijärvi, znaczy do Inari, trzeciego co do wielkości jeziora Finlandii. Jego powierzchnia to około 1 040 km², dla porównania Śniardwy, największe polskie jezioro, ma zaledwie 113,4 km². Zahaczamy najpierw o sklep z pamiątkami, gdzie noże, skóry i pluszowe psy husky. Ten smutny moment, gdy zamiast dzielić ceny przez dwa trzeba je mnożyć przez cztery z kawałkiem. Na brzegu jeziora zacumowany turystyczny katamaran. Rodzice z bratem idą jeszcze raz do sklepu z pamiątkami, a ja idę nad wodę. Tu jest takie miejsce, że jak się stanie na ścieżce, to po prawej jest turystyczny brzeg Inari, gdzie znajduje się rzeczony katamaran, sklepy z pamiątkami i tak dalej, a po lewej dziki brzeg, gdzie nie ma ludzi, gdzie dookoła rosną drzewa i trawy, gdzie nie ma statków. Oczywiście więcej czasu spędziłam nad tym drugim, więcej miejsca na karcie pamięci zajęło czyste lustro, niczym niezmącona woda. Fińskie jeziora są piękne. Mogłabym nad takim zamieszkać (nie w miasteczku nad jeziorem, tylko bardziej na tym "drugim brzegu"). Cisza, spokój, idealny nastrój do zastanawiania się nad tym wszystkim. 


Teraz Ivalo. Pierwszy przystanek? Mansikka Paikka! Najlepsze truskawki na świecie! Przed nami w kolejce stoi brodaty Fin i pani ksiądz. Wesoło rozmawiają po fińsku, wybuchając co chwila gromkim śmiechem, a sprzedawczyny ładuje kolejne litry truskawek do foliowej torebki. Z 10 ich tam było, jak nie więcej. To teraz maliny. Maliny sprzedaje na pudełeczka. To tych z 5. Jeszcze groszek cukrowy. Ten z kolei na kilogramy. 4 kilo groszku. Podziwiam. Pani ksiądz kupuje znacznie mniej, to teraz my. Paczka malin i litr truskawek. Mniam. To na obiad idziemy, owoce będą na deser. Na obiad zupa grzybowa - krem. W życiu lepszej nie jadłam. I potem te truskawki i maliny... Niebo w gębie, nic dodać, nic ująć. 


Po posiłku idziemy jeszcze do supermarketu, żeby mieć coś do zjedzenia na kolację i jutrzejsze śniadanie. Co mnie zdziwiło w tymże miejscu, to fakt, że obok pomidorów i reniferów sprzedawane są tu wędki z całym wędkarskim sprzętem i noże, ale nie byle jakie noże, ale ostrza Marttiini. Pisałam już o tych nożach w poście TYM. I dżem z malin nordyckich, który rzecz jasna ląduje w koszyku. Gdy idziemy do samochodu, przechodzimy obok znaku na Murmańsk - MURMANSK 303. Jedziemy na kemping w połowie drogi pomiędzy Ivalo a lotniskiem. Na miejscu zostawiamy auto i idziemy się przejść po okolicy. Brzeg jeziora z naszej strony jest stromy i trawiasty, a z drugiej strony piaszczysty. Wygrzewają się w słabym słońcu ledwo za chmur wychodzącym.


W lesie nie ma komarów. Tyle się o tych potworkach naczytałam, że postrach Laponii, że tak dużo, że wszystko ładnie tylko właśnie te komary, zmora ludzkości, a one tylko w Karasjok były. Ani na południe nad wodą, ani na północ też nad wodą tylko bez lasu, poza Karasjokiem to nigdzie ich nie było. Tu ani jednego nie zauważyliśmy, ugryzień też nie stwierdzono. Bardziej u nas gryzą niż tu.


Widok, jaki nieustannie roztacza się przed naszymi oczami, jest nieporównywalny do niczego. W lustrze wody odbija się niebo, drewniane schodki prowadzą po stromej ziemi na pomost. I jeszcze te renifery siedzące nad plaży... Nie chcę wracać.

Zabieramy truskawki i idziemy z bratem usiąść na skale przy jeziorze. Ja kończę W syberyjskich lasach, on jakąś książkę z ciekawostkami z wszystkich możliwych dziedzin. Co chwilę przerywa lekturę i streszcza mi treść ostatniej. A wiesz Zuzia, że...


4 comments:

  1. przyszłam zobaczyć cmentarz- faktycznie ładniejszy od rumuńskiego.

    ReplyDelete
    Replies
    1. tak teraz zobaczyłam, że nie dałam więcej zdjęć okolicy - wiesz, tajga dookoła, żywej duszy nie ma, cisza typowo lapońska, coś wspaniałego!

      Delete
    2. Wierzę na słowo. Zresztą ten spokój na zdjęciach też widać. Chciałabym kiedyś przystanąć na chwilę w tej lapońskiej ciszy...może kiedyś:)

      Delete
    3. Jak najserdeczniej się da życzę Ci tego - to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie do tej pory czułam w życiu :)

      Delete

Dziękuję!