13 August 2013

Droga

Rankiem opuszczamy Honningsvåg i jedziemy na południe. Pierwszym przystankiem, tak jak w dniu wczorajszym jest Lakselv, jednak nie chcemy zatrzymywać się na tej samej stacji dwa razy. Szukamy innego miejsca w miasteczku, gdzie można zjeść vaffle. Nie jest to jednak łatwe zadanie, a na zewnątrz jest niewiele cieplej niż na Knivsjellodden, więc długo nie szukamy i zrezygnowani wracamy do auta.



foto: mama
Jedziemy dalej. Czytam cały czas Walden Thoreau i mogę stwierdzić, że choć jest to książka dosyć trudna i raczej nie do przeczytania w jeden dzień w głośnym mieście, ale za to tu, gdzie miasta i miasteczka są rzadkością, a samochód można zatrzymać na środku drogi i wyjść porobić zdjęcia stojąc na drugim pasie, bez obaw, że coś może cię przejechać, czyta się świetnie i można pomyśleć nieco nad każdą wysuniętą tezą. Język, jakim jest napisana jest może nienajlżejszy, za to przedstawione treści z pewnością godne cytowania i powtarzania po wielokroć (nie będę się tu jednak rozpisywać na ten tematm, poświęcę Waldenowi oddzielny post).

Zatrzymujemy się nad brzegiem fiordu. Dookoła rośnie zielona trawa, wyszło wreszcie słońce, jest znacznie cieplej niż w Lakselv. Biegamy z bratem po kamieniach na brzegu. Ja robię mu zdjęcia, on przede mną ucieka, ale i tak miejsca na karcie trochę zajął.


Jedziemy i jedziemy, i jedziemy, gdy mijamy skupisko kamperów. Zaciekawia nas to, więc zawracamy i sami skręcamy. Okazuje się, że jest tam punkt widokowy, a przy nim tabliczka Børselvdalen og Bihkkačohkka naturreservater znaczy rezerwat  Børselvdalen i Bihkkačohkka. Widok powala na kolana. Dolina rzeki otoczona zielonymi górami, ścieżka wśród niskich (ale zawsze!) drzew i maleńkich krzewów dojrzałych jagód. Smakujących najwspanialej na świecie. 


Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na vaffla z dżemem. Tamże jem również Kvikk Lunsj, batonika (trochę jak nasze WW), o którym czytałam jeszcze przed wyjazdem. Nie gościmy tam długo, zaraz po posiłku wyruszamy w dalszą drogę

Zatrzymujemy się co chwila, aby porobić zdjęcia. Szybkość jazdy znacznie maleje także z innego powodu - na jedynej drodze są roboty drogowe i jako, że nie mogli jej zamknąć (bo niby którędy mieliby poprowadzić objazd), spowodowali ogromne utrudnienia w postaci niekończących się korków. Spędzamy tam mnóstwo czasu, ale za to dalej już z górki.

Gdy tylko uda nam się opuścić wielki plac budowy i nieco przejechać, naszym oczom ukazuje się taki oto widok:


A już nieco dalej taki:


Słońce wychodzi zza chmur, ociepla się znacznie, wracają różowo - fioletowe kwiaty, drzewa znowu małe i rzadkie (o ile w ogóle są). Znaczy - coraz bardziej na północ jedziemy. Cudownie.
Widok, że tak powiem, pocztówkowy. I te kwiatki, i woda, i małe, zielone krzewy i to wszystko tak nierealistycznie wygląda, że ma się wrażenie oglądania albumu z podkolorowanymi w fotoszopie zdjęciami.
Zatrzymujemy się i schodzimy na sam brzeg. Aby dopełnić nieralistyczności całego tego zjawiska, nad górami znajduje się... tęcza!

tęcza może mało widoczna, ale znajduje się po prawej stronie zdjęcia, mniej więcej w połowie
Jedziemy teraz do Tana Bru. Nazwa ta tajemnicza oznacza most na Tanie (taka rzeka). To niewielka mieścinka, gdzie mamy zamiar przenocować. Wzdłuż drogi rosną cały czas różowe kwiaty, a krajobraz nadal jest pocztówkowy.


Dojeżdżamy wreszcie do Tana Bru i szukamy tam noclegu. Gdy nam się to udaje, idziemy na obiad. Naleśniki. Co ciekawe, nigdzie nie można znaleźć słynnych malin nordyckich, nawet w formie dżemu, przynajmniej na razie. Po obiedzie idziemy w miasto. Mijamy nagromadzenie ogromnych tirów (ze szeszć ich tam stało) i skręcamy do spożywczego uzupełnić zapasy. Potem idziemy się przejść. Zauważyłam, że właściwie przy każdym domu stoi zielona skrzynka pocztowa.Samo miasteczko jest niewielkie i nie mieszka tu wielu ludzi - w naszym grubym przewodniku jednym i drugim nie poświęcono mu nawet trochę miejsca. W sumie to nie dziwne. Nie ma tu praktycznie żadnych atrakcji, które mogłyby zatrzymać tutaj kogoś na dłużej, my odwiedziny tutaj też traktujemy raczej jako przystanek na sen, niż miejsce, gdzie jest to "coś", co zobaczyć trzeba, a jest po drodze.

Co mnie dziwi nieustająco w Laponii, to fakt, że panuje tam specyficzna cisza. Gdy człowiek pójdzie do polskiego lasu, to gdzieś tam jakieś leśne żyjątko zaszeleści, a to wiatr zaszumi czy ptaszek zaśpiewa. A tu? Cisza. Taka niepodobna do ciszy wsi, do ciszy lasu, ciszy sztucznie wytworzonej w głośnym mieście.

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!