18 August 2013

Gdzie się podziały wielkie kraby

Opuszczamy refleksyjne Vardø i jedziemy na południe, do Vadsø. Już na wjeździe rzuca mi się w oczy charakterystyczny budynek biblioteki. Biorąc pod uwagę, że miasteczko to nie jest zbyt duże, a przynajmniej nie wydaje się takowym być, jest wręcz ogromna. Gdy porównuję ją z biblioteką gminną, która znajduje się najbliżej mojego domu, dochodzę do wniosku, że mieszkańcy tegoż miasta muszą czytać powalające ilości literatury. Idziemy do kawiarni, tradycyjnie, na vaffla. Tym razem jednak vaffla nie ma, ale nie rozpaczamy, bo jest herbata i ciasto. I prawie sami emeryci na samojeżdżących wózkach. Może kilka rodzin z małymi dziećmi, ale poza nimi sami starsi ludzie. I wszyscy na tych wózkach. W sumie ciekawe, skąd tu takie ich nagromadzenie. Siedzą sobie spokojnie przy stolikach i pomiędzi kolejnymi kęsami ciastka rozmawiają z uśmiechem reagując na przerwę. Na zewnątrz zbiera się na deszcz, czarne chmury zwiastują nieszczęście. Wieje wiatr, burząc porządek białych i fioletowo - różowych kwiatów. Wychodzimy na zewnątrz. Na szaroburym murku kolorowe graffiti, wyraz buntu przeciwko szarości otoczenia.

Wsiadamy w auto i jedziemy. Po chwili wysiadamy i idziemy przed siebie. Tam gdzie samochody już nie mogą wjechać. Szeroką ścieżkę otaczają zewsząd kwiaty i zielona trawa. Zamierzamy dojść do wielkiego, metalowego słupa, ale znajdujemy świetny punkt widokowy na owce i nie idziemy już dalej.


Jedziemy dalej. Skończyłam wczoraj Walden, dziś zaczęłam W syberyjskich lasach Tessona, Francuza, który w lesie zaszył się na 1/4 czasu Thoreau i nieco inaczej to zrobił, ale o tym w oddzielnym poście (do końca świata się nie wyrobię z tymi postami, ale trudno). Nagle mijamy drewniany, duży budynek. Nauczona doświadczeniem każę zawrócić. Nie mylę się, to kolejna instytucja związana z Saamami. Tym razem jest to Muzeum Saamów z Varanger. Duże muzeum. Jedno z większych chyba.



Kupujemy bilety, słuchamy informacji co - gdzie - jak i idziemy zobaczyć wystawę stałą. Zwierzęta Laponii (znaczy misiu, wilk, ryby, ptaki i tak dalej), ubiór, obuwie i biżuteria Saamów, a także ich domy. Do tego komputery, na których po angielsku, norwesku, fińsku i północnolapońsku można się dowiedzieć znacznie więcej na wybrane tematy. Na środku sali stoi łódź, a w niej woskowe postacie. Potem idziemy dalej. Na wystawę czasową. W dużej sali stoją eksponaty jakkolwiek związane z Saamami, w gablotach wiszą czapki, a dookoła wystawa grafik i obrazów lapońskiego artysty, Johna Savio, przedstawiające głównie życie Saamów. Są bardzo proste, ale i dosyć ładne. Szczególnie spodobała mi się grafika przedstawiająca kobietę w tradycyjnym stroju na tle gór. Jest i wystawa na zewnątrz i znajduje się tam właściwie to samo co w Parku Sapmi w Karasjok.

Kirkenes. Miasto słynące z połowów krabów królewskich, ogromnych bestyjek pływających w Morzu Barentsza, co przypłynęły tu z samiuśkiej Kamczatki. Przynajmniej tyle teorii. Gdy bierzemy się za oglądanie mieścinki, dochodzimy do wniosku, że może i połowów jest dużo, ale wszystkie kraby trafiają albo na stoły łowiących, albo na przykład do Bergen. Nie ma miejsca, gdzie możnaby zjeść takowego stwora, ba nie można go nawet zobaczyć. Może trafiliśmy na niewłaściwy moment, kiedy skończył się sezon połowów, a wszystkie targi krabowe zostały zamknięte aż do następnych, ale nie zmienia to faktu, że w Kirkenes kraba można złowić tylko samemu za, o ile dobrze pamiętam, 2000 zł. Więc jeżeli ktoś ma ochotę na bestyjkę, to nie tu.

Samo Kirkenes znajduje się przy granicy z Rosją, co da się zauważyć. Za przykład mogę chociażby podać nazwy ulic pisane zarówno alfabetem naszym jak i cyrylicą (przy czym nie jest to tłumaczenie, a transkrypcja).

Miasto bez ładu i składu, bez porządku, niemożliwe do jakiekokolwiek zakwalifikowania, przyporządkowania do czegokolwiek. Nowoczesny hotel i centrum handlowe obok portu, gdzie na niespokojnych falach kołyszą się dwa promy i dwie łódki pływające na kraby.


Z Kirkenes jedziemy na obiad, nad rzekę, po której drugiej stronie jest już Rosja. Po posiłku jedziemy do przejścia granicznego.


Potem jedziemy na kemping pod Kirkenes. Tam wszyscy, poza Zuzią rzecz jasna, siadają sobie i czytają, lub, w przypadku mojego brata, grają, a Zuzia zabiera książkę i idzie poszukać wygodnego kamyka do czytania. W pobliżu auta wypatruję sobie elegancką kępkę mchu na skale i wdrapuję się nań. Siadam na mchu, próbuję usiąść tak, aby nie zlecieć od razu i czytam. Muszę przyznać, że w odosobnieniu czyta mi się najszybciej i najbardziej efetywnie - najwięcej zapamiętuję i najwięcej o tym wszystkim myślę. Mam wtedy poczucie, że mam na to wszystko bardzo dużo czasu i nie muszę się śpieszyć. Mogę przemyśleć wszystko w ciszy i spokoju, bez ryzyka, że zaraz usłyszę wołanie. Czytam z ołówkiem, podkreślając wszystko, co w jakiś sposób przykłuje moją uwagę i notując na marginesie dlaczego. Gdy tata wychodzi pobiegać i widzi mnie jak tam sobie siedzę i czytam, woła mamę i tak się na mnie patrzą jak na małpkę w zoo. Potem mama wraca, tata biega, a ja nadal siedzę i czytam, choć cisza i spokój zostały przerwane i trudno mi wrócić do stanu sprzed chwili. Wracam więc do reszty i gramy w karty. To był ostatni dzień w całości spędzony w Norwegii. Jutro wracamy do Finlandii, a pojutrze do Warszawy.


No comments:

Post a Comment

Dziękuję!