22 August 2013

Na wyspę owiec i sera Pecorino

Na Sardynię nigdy mnie nie ciągnęło. Podeszłam więc do tego wyjazdu raczej sceptycznie, przyjmując to, co los daje bez większych zachwytów. Przynajmniej tak było dopóki nie przeczytałam na dużych-podróżach o Orgosolo. Wtedy moje podejście znacznie się zmieniło. Z ciekawości przeczytałam resztę wpisów o tej wyspie. I coraz bardziej zaczął mi się pomysł wyjazdu podobać. 

Na lotnisko pojechaliśmy... następnego dnia po powrocie z Laponii. Z samego rana. W planach dwa loty: Warszawa - Rzymskie Fiumicino, Rzymskie Fiumicino - Cagliari na Sardynii. Pomiędzy jedym lotem a drugim 50 minut przerwy. Tylko tyle. Na Okęciu, od razu po wejściu do hali odlotów rozdzieliliśmy się - brat, mama i tata gdzieś sobie poszli, a ja ruszyłam poszukać naszego wyjścia. A tam, na ekranie niespodzianka - pół godziny opóźnienia! Czyli będzie 20 minut na przejście z jednego samolotu do drugiego, jak będą nas chcieli jeszcze wpuścić, bo przecież zamykane jest wyjście 15 minut przed odlotem! Znaczy czasu mało. Jak się jeszcze bardziej opóźni, to trzeba będzie na następny czekać. Tata bitą godzinę siedzi na telefonie i próbuje przebukować bilety do Cagliari na późniejszą godzinę bez konieczności kupowania biletów na nowo. Niestety nie udaje mu się to więc pozostaje nam liczyć na opóźnienie samolotu z lotniska Fiumicino. 

Czekamy na tym lotnisku naszym i czekamy, czytam Doktora Żywago Pasternaka, to świetna książka. Całe szczęście lot nie opóźnia się bardziej i lecimy. Miałam nadzieję na zobaczenie gór przez okno, ale szybko cały widok przesłaniają chmury. Kiszka.

Na włoskim lotnisku biegniemy co sił w nogach do wyjścia, którego numer widnieje na biletach Alitatlii. Schodami w górę, w dół, prawo, lewo, w tył zwrot, znajdujemy, a tam nic. Nie ma kolejki, nie ma ludzi dookoła, a na wyświetlaczu jakieś inne miasto. To znów, prawo, lewo, góra, skręcamy, rzut oka na tablicę - jest! To biegniemy. Kolejka stoi w miejscu, nie wpuszczają. Udało się! Ale, zaraz zaraz, my lecimy Alitalią, a na tablicy Air One. O co chodzi? Idą pytać. Wszystko w porządku. Jeszcze ze dwadzieścia minut stania i możemy wsiadać. Jeszcze chwila spędzona w samolocie i wzbijamy się w powietrze. Jeszcze chwila lotu i jesteśmy w Cagliari.


Nasze bagaże dotarły ostatnie do samolotu, więc na taśmie są pierwsze. Szybko szukamy wypożyczalni samochodów i rodzice ustawiają się w niekończącej się kolejce. Po bardzo bardzo długim czasie dostajemy kluczyki do fiata bez pasów z tyłu. To dziękujemy. Inne auto.

Szukamy noclegu w Villasimius, miasteczku na południowo - wschodnim wybrzeżu. Szukamy i szukamy, miejscowych pytamy, karabinierów pytamy i i tak znaleźć nie możemy. Szczęśliwym trafem udaje nam się trafić wreszcie na miejsce. Zostawiamy bagaże i idziemy na pizzę. Lepszą Margheritę to chyba tylko w Pruszkowie mają!

Ze względu na dosyć późną porę i samolotowe zmęczenie oglądanie miasteczka zostawiamy na dzień następny i idziemy spać. 

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!