29 August 2013

Street art po sardyńsku

Na najdłuższą Sardyńską wyprawę udało mi się wyciągnąć resztę do Orgosolo, na które, jak już wcześniej pisałam, najbardziej się cieszyłam. A jeszcze bardziej cieszył mnie fakt, że na czterysta stron jednego przewodnika przypadło jedno zdanie o nim (jeżeli nie liczyć krótkiej notki o Bandytach z Orgosolo i sztuce ulicznej), a na stu kilkunastu drugiego nie znalazła się o nim nawet krótka wzmianka. Znaczy turystów nie będzie, a tyle do zobaczenia! Jedyny minus to odległość jaka nas dzieli od miasta murali - my jesteśmy na południowo - wschodnim końcu wyspy, a Orgosolo na górnym krańcu mapki w przewodniku, znaczy mniej więcej na środku, może nieco na północ.



Zabieramy starą płytę z nagraniami Kabaretu Moralnego Niepokoju. Nikt nie wie, jakim cudem znalazła się w plecaku mamy przed wyjazdem, ale jest na niej ulubiony (jak na razie...) skecz całej czwórki (znaczy Badyl), a jak się później, to jest koło trzeciego odsłuchania całej płyty, okazało, także i ulubiona piosenka (a my przynajmniej żyjemy/ choć blizny mamy od ran/ jakby na to nie patrzeć/ to znacznie lepszy stan). Choć droga na mapie długością nie przeraża, to w terenie jest nieco gorzej, bo wije się to i wije, a końca nie widać. Do tego jak widać Orgosolo naprawdę nie jest zbyt popularnym celem, także dla miejscowych, bo znaków na to miasteczko ze świecą szukać. No i pysznie. 

Pierwszy przystanek (znaczy po dwóch Badylach, a Badyl jest przedostatni na płycie, a właściwie to nawet dosłuchaliśmy wtedy do Operacji) mamy w Baunei - mieścince położonej na wysokości znacznej. Na początku podziwiamy widok, potem graffitti i kościół. Gdyby nie to dzieło na ścianie, byłoby ono bardzo podobne do tych katalońskich miasteczek, w których byliśmy rok temu. Kościół jest dosyć duży, a obok niego zaparkowana stoi mała kolejka, którą można się przejechać po mieście (zbyt wielu chętnych tam nie było). Panorama rozciągająca się z punktu widokowego przedstawia przerażający widok - drogę wijącą się niczym Trolstigen po norweskich górach - nieskończona ilość zakrętów. Oglądając graffitti zaczynam żałować, że nie znam wszystkich języków świata. Od strony graficznej, fakt, ładny, można się powoli domyśleć o czym traktuje, ale jednak przydałoby się przeczytać podpis, a nóż - widelec okazałoby się, że przewidywania są całkowicie błędne. Równie dobrze może być to przecież "A oto mieszkańcy naszego pieknego miasta", jak jakiś tekst z zastosowaniem ironii czy smutny wniosek na temat braku przyszłości, albo coś w tym stylu.




W Baunei idziemy na lody (w końcu temperatura wysoka, a Coca - Cola jest wszędzie taka sama), a potem skręcamy w jedną z uliczek pnących się pod górę. Bardzo podobają mi się tutejsze oznaczenia uliczek - są na białych, glinianych tabliczkach, na których na granatowo napisano "Via (jakaśtam)", a dookoła roślinny wzorek. Nie takie jednolite blaszki jak wszędzie. Inna sprawa, że nie ma tam zbyt wielu uliczek, to i tabliczek niedużo, a więc i pracy mniej.

Co mnie dziwi najbardziej w Baunei, to fakt, że 80% napotkanych aut, to stare, zielone fiaty panda. Wszędzie takie stały. Ale dlaczego akurat zielone? 

Zaraz po opuszczeniu mieścinki ponownie zatrzymujemy się w punkcie widokowym, gdzie obok zielonego fiata pandy podziwiamy kolejny etap naszej drogi. 


Włączamy ponownie płytę, słuchamy po tysiąckroć Egzaminu. Jedziemy wijącą się drogą do Grotta di Ispignoli, znaczy jaskini, która jest po drodze, a miejsca w przewodnikach poświęcono jej znacznie więcej niż Orgosolo, to może jednak zobaczyć warto. To zostawiamy auto, zamieniamy sandały na adidasy, tata wbiega po niekończących się schodach do informacji i kasy, kupuje bilety, ale dopiero za godzinę będzie wejście, samemu rzecz jasna nie można, ale w cenie jest przewodniczka. To idziemy na obiad. Tu jest tylko jedna możliwość i rzecz jasna tam kierujemy swoje kroki. Angielski nieco kulejący, ale udaje nam się bez trudu dogadać. Dla odmiany, zamiast pizzy ravioli z serem w sosie pomidorowym. Ze względu na to, że nie jem mięsa, a rybami, których nie lubię, a które są jedynym pożywieniem obok vaffli w norweskiej części Laponii, już się przejadłam na północy, mój jadłospis jest znacznie ograniczony, a tu nie mogłam się zdecydować, czy zupa, czy ravioli (pierożki), czy gnocchi (kopytka), w końcu zdecydowałam się na ravioli, ale pozostało jeszcze wybrać z czym, a to też nie lada problem, czy z grzybami, czy z serem, czy z pomidorami, a może i z serem, i z pomidorami... W każdym razie lepszych nie jadłam (w Pruszkowie na razie tylko pizzę jadłam) i była to znakomita decyzja, potem jeszcze wyjadałam mamie gnocchi z serem, też świetne. Udało nam się skończyć jeść i zapłacić za posiłek akurat na czas i z pełnymi brzuchami polecieliśmy po schodach na górę, gdzie po chwili przyszła przewodniczka. Nasza grupka, złożona zarówno z Włochów (licznych), jak i zagranicznych (nielicznych), jak i mnóstwa dzieciaków, których niesposób przyporządkować, schodzi po stopniach jaskini, wysłuchawszy wcześniej, że nie wolno stalaktytów (mogę się mylić, ale wydaje mi się, że to te na górze), stalagmitów (skoro stalaktyty są na górze, to stalagmity pewnie na dole), a już tym bardziej stalagnatów (więcej ich nie było? te, to wiem na pewno, od góry na dół, bez przerwy, połączony stalaktyt ze stalagmitem) dotykać nie wolno, zdjęć robić też nie wolno (cóż, jestem chyba jedyną osobą z tej wycieczki, która się zastosowała do tego zakazu, mając możliwość, czyli sprzęt, aby go złamać). Schodzimy i schodzimy, końca nie widać, w końcu zatrzymujemy się w ogromnej "sali", której strop podpiera 37 metrowy stalagnat, największy na kontynencie, jeden z większych na świecie. Przewodniczka opowiada o jaskini, szkoda, że po włosku. Mówi i mówi, a my powoli zaczynamy wątpić, że kiedykolwiek padnie pytanie, czy są tu jacyś ludzie niemówiący po włosku. Całe szczęście, po długim wykładzie nareszcie zaczyna się on ponownie, tyle, że w zrozumiałym dla nas języku. Przewodniczka opowiada o jaskini, o stalagnacie. Tłumaczę z niewielkim opóźnieniem bratu, który nie wszystko jeszcze rozumie. Grotts di Ispignoli jest jaskinią martwą, a przynajmniej ta część, do której można wejść bez spelologicznego przygotowania. To znaczy, że nie ma tu już wody, która mogłaby tworzyć nowe rzeźby. Jest za gorąco, wyparowała (znaczy w jaskini, w przeciwieństwie do tego co na zewnątrz, jest przyjemnie zimno, ale za to panuje tutaj stała temperatura, bodajże 17 stopni). Jeżeli gdzieś zachodzą zmiany jeszcze, to znacznie, znacznie głębiej, bo jaskinia ciągnie się jeszcze gdzieś tam daleko, wgłąb góry. Co ciekawe, ściany nie mają jednolitego koloru, są białe - wapienne, zielone (!) - wapienne z mikroalgami, czerwone - wapienne z jakimś metalem, gapa jestem, to zapomniałam jakim. W każdym razie, ogromna dziura w górze, jaką jest Grotta di Ispignoli (jak podała pani przewodniczka, jest to jedyna jaskinia na Sardynii, którą można oglądać z ziemi (nie ze statku) i bez sprzetu i przygotowania spelologicznego), warta jest na pewno zobaczenia.

Teraz jedziemy już prosto do Orgosolo, jednak słabo oznakowana droga nie ułatwia tego zadania. W pewnym momencie stajemy na środku skrzyżowania, na którym musimy skręcić w jedną z bardzo długich i bardzo krętych górskich dróg - nie będzie odwrotu, jak źle wybierzemy. Nie ma ludzi, to nie ma się kogo spytać, no i jest problem. Ale, jak to mawiał dobry wojak Szwejk, jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. W końcu decydujemy się i jedziemy dalej w niepewności. Gdy dojeżdżamy do jakiegoś miasteczka, naszym oczom ukazuje się kilkanaście nekrologów, a zaraz obok nich jest graffitti. Pierwsza myśl - Orgosolo. Ale nie ma tutaj tego przyjemnego zwyczaju, który mamy w Polsce, aby informować przyjezdnych tabliczką z nazwą miasta, więc nadal nie jesteśmy pewni. Dopiero "komisariat policji w ORGOSOLO" utwierdza nas w przekonaniu naszego położenia. 

Jest tak gorąco, że zanim pójdziemy szukać (co nie jest wcale trudne) murali, idziemy na lody :-) . Wchodzimy do małej kawiarenki, gdzie nie ma żywej duszy (ale jest otwarte!) i czekamy (heloł, heloł, is der anybody inder?). Po kilku minutach schodzi do nas niewysoki Sardyńczyk. I coś po włosku rzecze. Jako, że tacie udało się podstawowe słownictwo opanować w zatrważająco krótkim czasie, mówi: dos gusto prego. Ciociolato. E fragola. E dos gusto prego. I tak dalej i tak dalej. Siadamy sobie wystawiając mordy do słońca, przysłuchujemy się rozmowie czterech kobiet, po... sardyńsku. Nie, nie po włosku. Myślę, że różnica jest może jak pomiędzy polskim a kaszubskim czy śląskim, ale jednak jest i nietrudno ją wychwycić, nawet nie znając języka. 

Po posiłku idę szukać murali, nikt mi nie chce towarzyszyć, no trudno. Jest ich tu mnóstwo. Takie nagromadzenie to może tylko jeszcze w porcie, w Vardo. Tylko tutaj są w podobnym stylu, wszystkie; znowu żałuję, że nie znam włoskiego. Poruszają różne tematy: są pacyfistyczne, komunistyczne, o wsi i mieście, a nawet stosunkach międzynarodowych. Są tu zjawiskiem na tyle powszednim, że nie tylko są formą sztuki, ale i reklamy - zdobią kawiarnie i bary. Skupiają się grupkami, w niektórych miejscach są podobizny Lenina, Che Guevary i Marksa, fabryki samochodów i ich pracownicy gdzie indziej kilka pacyfistycznych - kobieta w czarnych szatach niosąca bombę w rękach krocząca wśród nagich trupów.











strajk w fabryce w Turynie w 1920



Gdy uda nam się to wszystko zobaczyć, wsiadamy ponownie do auta i wracamy. Krajobraz za oknem raz jest alpejski, raz finnmarkowy, raz podobny zupełnie do niczego. Jedno się nie zmienia - góry. Są cały czas i tak trwają, mimo zmian większych lub mniejszych, mimo różnic między poszczególnymi obszarami wyspy, one po prostu są. Tunele są rzadkie - tu raczej stawia się na podziwianie krajobrazu, który istonie jest świetny. Taka mała wyspa, a taka różnorodna! Cisza i spokój - nieco inne niż na dalekiej północy. Zaskakujące, że cisza, a więc brak jakiegokolwiek hałasu, może być tak różnorodna! Jest ta cisza dzwoniąca w uszach, której towarzyszy pustka i osamotnienie, cisza sztuczna, którą stworzyliśmy sami zamykając drzwi i okna, odgradzając się tym samym od całego świata. Cisza idealna, samotność, która nie doskwiera, książka, potulny szum niskich drzew i delikatny strumień płynący gdzieś w oddali, bliskość natury niepowstrzymana cywilizacją.

zdjęcie z serii: -Zuza, nie rób zdjęć przez okno, jak będzie można się zatrzymać, to wtedy zrobisz - To się zatrzymaj - Teraz nie mogę
PS. Historię murali w Orgosolo ciekawie opisują duze-podroze :-)

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!