14 August 2013

The End of the Road

Gdy tylko opuściliśmy Tana Bru, widok z okna stał się taki "alaskański". Jakoś tak mi się to skojarzyło. Zielono, góry, czerwony samochód jadący przed nami. Jak z filmu. 



Wracamy nad fiordy. Naszym oczom ukazują się ponownie jasne wody i białe brzegi. Góry na drugim brzegu rozmywają się we mgle. Na zielonej wyspie stoi biały, ledwodostrzegalny z drogi kościół. Jego niepozorna konstrukcja zlewa się z niewyraźnym tłem.


Ceavccageađge/Mortensens. "Obszar kulturalny". Várjjat Sámi Musea. Oddział Muzeum Saamów Półwyspu Varanger. Miejsca pochówku Saamów, zanim postanowiono ich nawrócić na chrześcijaństwo. Teren ich domów. Popularne miejsce do wędkowania. Saamowie mieszkali tutaj, chowali swoich zmarłych, dziś to miejsce stanowi atrakcję turystyczną. Ustawiono budynek pokryty tym samym drewnem, co parlament Saamów, zresztą jak każda instytucja związana z autochtonami Laponii. Idziemy szukać tego wszystkiego, ale droga do tego daleka, do tego trudno to wszystko znaleźć. Gdy wśród krzyku mew przejdziemy ładny kawałek, nie mogąc się nadziwić tym mewom, wracamy w kierunku muzeum. Mewy te nie krzyczą w tak dobrze znany nam sposób, a wydają jakiś bliżej nieokreślony dźwięk, gdy latają po jedzenie dla młodych.

W budynku muzeum... jemy po vafflu z dżemem i pijemy herbatę. Potem, rzecz jasna przystępujemy do zwiedzania. Dużo tam tego nie ma, ale za to forma przedstawienia bardzo mi się podoba. Na ścianach wiersze lapońskiego poety:

Czy słyszysz dźwięki natury
W szumie potoku
W szumie wiatru

To wszystko, co chcę powiedzieć
To wszystko*

Właściwie lapońscy poeci zazwyczaj poruszają temat przyrody. W sumie to nie dziwne. 

W muzeum niewielka wystawa dokształca w temacie podstawowych pojęć związanych z Saamami. Za przykład dajmy joik - w teorii tradycyjny, zazwyczaj religijny śpiew. Tu został opisany: joik jest potężny;/ daje rozmawiać z bogami (...)/ przywołuje wspomnienia o ludziach i wydarzeniach. I do tego dookoła rysunki i bębny, gdzieniegdzie sztuczne rośliny. Mało, ale za to ładnie. Wprowadza w ten tajemniczy, mistyczny klimat jakiejś ceremonii. 



Teraz jedziemy na kolejny koniec, tym razem koniec drogi. Znaczy do Hamningberg. Jest to wioska rybacka, z której wszyscy mieszkańcy wyprowadzili się do lat 60. ubiegłego wieku, a na początku tego stulecia przypomnieli sobie o niej i wrócili. Dlaczego właściwie porzucili swoje domy i jakby ktoś ich gonił uciekli z własnej wioski, tego do końca nikt nie wie. Są przypuszczenia, że ludzie wyjeżdżali masowo z wioski, bo nie było tam portu, ani nawet miejsca na port, gdzie mogłyby cumować nowoczesne łodzie z silnikiem. Albo było tam dla nowoczesnych łodzi zbyt niebezpiecznie, bo kamieni dużo i morze wzburzone czas cały. W każdym razie Hamningberg to miejscami wioska pełna nowych, świeżo pomalowanych domów z mieszkańcami w środku, a gdzieniegdzie strasząca przypadkowych przechodniów wioska widmo, z domami ze spróchniałego drewna z porośniętymi trawą dachami. Trafiamy jeszcze na wspaniałą pogodę, idealną do takich miejsc. Wieje wiatr, pada deszcz, wściekłe fale uderzają o kamienie. 



Betonowy most wcina się głęboko w morze. Rozszalałe fale uderzają w jego boki. Idzie przed siebie, sam nie wie czemu, ale mu dziś ta wiedza to niczego nie potrzebna. Smutny relikt, pamiątka, która leży w szafie i pokrywa się kurzem walcząc z nacierającą starością. Nikt o nim nie pamięta, nikt nie chce o nim wiedzieć. Oddalony od ludzi, oddalony od świata, sam, samotny jak palec.



Dalej kamienna droga. Nazywam ją w myślach Via Appia, jak ta w Starożytnym Rzymie. Kto ją zbudował? Po co? Wymagało to z pewnością ogromnego wysiłku i nie było to rozrywką po pracy. 




Idąc jedyną ulicą napotykamy na swojej drodze namiot, szleszczący na wietrze. W środku trzech chłopaków, na oko w moim wieku, sprzedaje vaffle, herbatę, kawę i ryby. I koszulki z jednym nadrukiem Hamningberg. The End of the Road. Choć nie ma tu ludzi, a już tym bardziej zagranicznicznych turystów, wszyscy mówią płynnie po angielsku. Bez akcentu norweskiego. Jemy po vafflu z hojną porcją sera karmelowego i po vafflu z... dżemem z malin nordyckich! Kwaśne, zupełnie nieprzypominające w smaku zwykłych, o znacznie większych pestkach. Pyszne. 




Opuszczamy to ponure miejsce w nieco refleksyjnym nastroju. Jedziemy teraz wzdłuż kamienistego brzegu. Droga jest tak wąska, że gdy przejeżdża drugi samochód, jednymi połowami oba mogą być na drodze, a drugimi na trawie. 



Do Vardø.

Vardø jest to miasto, które w przewodniku zostało określone mianem niby jest tam fort i instalacja, ale poza tym to lepiej sobie odpuścić (przytoczone rzecz jasna nie słowo w słowo, ale sens myśli zachowany). Zwiedzanie zaczynamy od fortu. Fort ów jest stary jak świat i brał udział we wszystkich wojnach, w których mógł, a najciekawsze jest to, że działa nadal. Działa, znaczy jest dowódca, który tam mieszka, bo poza tym wszystko można zwiedzać. Nie jest to coś ogromnego, coś powalającego, coś wspaniałego, niewiele tam do zobaczenia, raczej do zobaczenia 'przy okazji', aniżeli aby fatygować się tam specjalnie dlań.



Miejscami fort nie różni się wiele od zabudowań wiejskich - ot, małe domki z trawiastymi dachami, tylko po armatach można poznać, że to element fortu, nie wioski. Wszędzie dookoła norweskie flagi. W budynkach pamiątki, głównie po II wojnie światowej. 

Potem idziemy zobaczyć instalację ku pamięci domniemanych czarownic. Cóż, przyznam, że gdybym nie wiedziała, że to jest to co jest, to prędzej by mi niebo spadło na głowę, niżbym się domyśliła. Brat wpadł na pomysł, że to nic innego jak sterowiec Amundsena. 




Wchodzimy do środka tego domniemanego sterowca, a tam ciemność roświetla jedynie kilkadziesiąt żarówek, po jednej na czarownicę. Przy każdej duży kawałek materiału z informacjami (po norwesku). 

 Po wyjściu z tej dziwnej instalacji, przechodzimy do... następnej. Najpierw czarny labirynt luster weneckich, w sercu zaś płonące nieprzerwanie krzesło, u sufitu lustra, które go odbijają. Przyznam, zdziwiło mnie to, ale szkoda, że nigdzie nie było po angielsku informacji, ba, po norwesku w tym korytarzu nie było, toteż trudno było zgadnąć o co tak właściwie chodzi. Ale poza tym to mi się podoba. 

Idziemy do samochodu i szukamy noclegu. Gdy uda nam się go znaleźć, zostawiamy bagaże i auto, po czym idziemy zobaczyć miasto, bo to, co widziałam przez okna, bardzo mnie zaintrygowało. 

W zasadzie Vardø jest zaprzeczeniem tej Norwegii, o której tyle się mówi. Zwykło się utrzymywać w przekonaniu, jaka to ona jest piękna, jaka bogata, jaka mlekiem i miodem płynąca, jacy ludzie bogaci i tak dalej, i tak dalej. 

Vardø to mocno podniszczone miasto, którego mieszkańcy bynajmniej nie są milionerami spędzającymi wakacje na Seszelach. To raczej miasto portowe, którego mieszkańcy stracili wiarę w cokolwiek, snują się po brudnych ulicach niczym duchy, którym ktoś odebrał życie i nadzieję. Łatwo tu też spotkać przedstawicieli różnych subkultur, chociażby punków. Port nad Morzem Barentsza jest też swoistym Orgosolo północy, jeżeli chodzi o nagromadzenie graffitti. Vardø było kiedyś ważnym miastem na handlowym szlaku  pomiedzy Rosją a Norwegią. Mieszkało tutaj przed laty wielu Rosjan, zwanych Pomorcami


Nie będę ostatnim
Nie będę pierwszym
Znajdującym drogę do miejsca, gdzie Niebo spotyka się z Ziemią
Wszystko jest dobrze i wszystko jest źle
Dla mnie, to zaczyna się na końcu drogi.
Przychodzimy i odchodzimy...

(Eddie Vedder, THE END OF THE ROAD)

_________________________
* Nils Aslak - Valkeappӓӓ Trek Ways of the Wind (1994), tłumaczenie na angielski Ralph Salisbury, Harald Gaski, Lars Nordstrom, a na polski ja

2 comments:

  1. Pierwszy kadr rzeczywiście filmowy! xD I także się zgadzam na podstawie wniosków ze zdjęć, ze ponuro troszeczkę, odrobinke...

    Na moim blogu oczekuje już na opinię nowy post (pt.SPLIN). Jedno pytanie - masz jakieś życzenia odnośnie postów - powiedz mi czy chciałabyś coś przeczytać konkretnego np. o mnie? Odpowiedz u mnie :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Miło, że komuś też się tak skojarzyło, bo do tej pory byłam osamotniona w tej kwestii ;-) Na pytanie już odpowiedziałam :-)

      Delete

Dziękuję!