11 August 2013

Tundra

Po śniadaniu przez chwilę robię zdjęcia okolicy kempingu, po czym ruszamy dalej. Pogoda niestety nie jest lepsza niż dnia poprzedniego, co więcej, pogorszyła się nieco. Chmury pokryły całe niebo i nie widać już błękitu nieba. Wsiadamy do samochodu i ruszamy dalej w drogę. Cały czas na północ. Droga jest tak fenomenalnie położona, że co chwilę zatrzymujemy się na zdjęcia. A to rzeczka w dole się wije, a to dolinka malownicza. A drzewa coraz rzadsze i niższe, coraz więcej fioletowo-różowych kwiatów. Góry coraz liczniejsze. 

Pierwszy dłuższy przystanek robimy w Lakselv. Zatrzymujemy się na vaffla z "serem karmelowym" (nie wiem co to jest w rzeczywistości, ale wygląda to jak ser, a smakuje jak ser z karmelem). A sam vaffel, czyli po prostu gofr, jest znacznie lepszy od gofra, którego można zjeść na przykład nad polskim morzem, bardziej płaski, jedzony jak kanapka, smaczny zarówno na słono jak i na słodko, wytrawny. Gofrownice są tu w każdej kawiarni i nie tylko: gdziekolwiek się człowiek nie zatrzyma, tam będzie mógł zjeść gofra. W Lakselv zjadam vaffla i wypijam herbatę - na zewnątrz panuje mniej więcej połowa wczorajszej temperatury. Znaczy jest zimno. Rodzice kupują banany na drogę i jedziemy dalej.

Zatrzymujemy się ponownie, gdy dojeżdżamy do fiordu, pierwszego na naszej trasie. Plaża ma co najmniej metr szerokości. Tata z bratem puszczają kaczki i zakładają się ile im się uda razy odbić. Kamieni jednak idealnym w tym właśnie celu nie jest zbyt dużo, więc porzucają po krótkim czasie to zajęcie. Woda jest czyściutka. W oddali rysują się delikatne, niebieskie zarysy gór. I, co najwspanialsze, nie ma komarów :-). 


Jedziemy dalej, cały czas na północ, aż naszymi sąsiadami na drodze zostaje nikt inny, jak renifery. Powinniśmy się już zacząć przyzwyczajać, ale to chyba nigdy nie nastąpi, bo w Polsce raczej trudno o taki widok. Pierwszy ma jeszcze okazalsze poroże od widzianych poprzednio. Jego futerko jest w ładniejszym stanie. Niestety człapie ze swoją gromadą dosyć szybko, więc nie mam czasu chociażby okna otworzyć (jest na korbkę, toteż trochę to trwa). Są na tyle blisko, że można im się dokładnie przyjrzeć. 


Dalej jedziemy cały czas wzdłuż fiordu, a im bardziej na północ, tym więcej ludzi zamieszkuje wybrzeże - co i rusz mijamy "suszarki" do ryb, na których jest mnóstwo porozwieszanych okazów i domy rybaków, którzy je złowili. Są głównie takie, jak większość domów Finnmarku położonych poza większymi miastami - czerwone deski, ciemny dach. Ciekawa jestem dlaczego właśnie te kolory zrobiły taką furorę w tej części świata. Może dlatego, że czerwonego nie ma tu wcale zbyt dużo. Jest niebieskie niebo i niebieski fiord, zielone krzewy, bo drzewa już nieliczne, srebrzyste łuski ryb, biel śniegu w zimie. Czerń niekończącej się nocy i biel niekończącego się dnia. 


Powoli zbliżamy się do wyspy Magerøya. Aby dostać się tamże, musimy przejechać przez tunel, znajdujący się pod wodą. Przed samym zjazdem czeka na nas nikt inny jak renifery. I w dodatku niebo niebieskie widać.  


Jazda podwodna nie trwa długo i już po chwili wyjeżdżamy na powierzchnię. Nie mija wiele czasu, kiedy to zatrzymujemy się, a jakże, nad fiordem. Najpierw wchodzimy na mostek, gdzie leżą rozłożone rybackie sieci. Na wodzie wyspa wyglądająca jak kapelusz. Na drugim brzegu domy wyglądające tak samo jak w całym Finnmarku. 


Schodzimy na kamienistą plażę. Poprzedniego dnia znalazłam w przewodniku informację o krabach królewskich - dochodzących do 12 kilo bestyjkach, które przywieźli Rosjanie z Kamczatki dla swoich, ale spodobało się im (tym krabom znaczy) w wodach okalających Finnmark, to i tu przylazły. I stały się prawdziwą plagą, bo zaczęły niszczyć lokalny ekosystem, co, rzecz jasna, nie spotkało się z miłym przyjęciem. Rybacy łowili na potęgę, a rząd, ku uciesze... ekologów, zaczął stopniowo podwyższać limit połowów. To znaczy tak było napisane, jak jest, zobaczymy w Kirkenes, które z tych stworów słynie. Na razie na plaży leżą ich wysuszone i pozbawione mięsa kończyny, leżą i straszą. I są OGROMNE. Jedno z odnalezionych odnóży było długości mojego przedramienia. Są czerwone, choć większość już mocno wyblakła. 


To teraz do Honnigsvåg, znaczy do miasteczka gdzie mamy nocleg. Tą białą noc mamy zamiar spędzić w Hi Hostelu, ale najpierw musimy go znaleźć. Jedziemy i jedziemy, w strachu, że Tallin się powtórzy. Coś jednak mówi nam, że szukamy po złej stronie fiordu, bo 'tam jest taki duży czerwony budynek i to może tam'. I znajdujemy nasz hostel. Wchodzimy do środka.
-Heloł. Łi hed a rezerwejszyn... - zaczyna tata, potem podaje nazwisko, dla obcokrajowców stosunkowo trudne do powtórzenia (Brzęczyszczykiewicz to to nie jest, ale jednak). Pani za komputerem, nie odrywając od niego oczu mówi je jeszcze raz. Bez trudu, zupełnie bez akcentu, bez zająknięcia się chociażby, bezbłędnie. Aby utwierdzić nas w podejrzeniach, dodaje:
-Dzień dobry.
Dalej rozmawiamy już po polsku. Rozmawiamy tak sobie, gdy dzwoni telefon. Pani Ela (tak chyba miała na imię, przynajmniej tak się podpisała na kartce z informacjami) rozmawia przezeń po polsku, a mówi o hostelu. Tłumaczy nam potem, bo zdziwieni tym faktem jesteśmy już wystarczająco, że właściwie prawie wszyscy pracownicy to Polacy. Przyznam, że wielu rzeczy się spodziewałam po Laponii, ale z pewnością nie mieszkających i pracujących w Honningsvåg rodaków. Rozmawiamy przez dłuższą chwilę o życiu na północy (Nie jest wcale wiele zimniej, tylko wiatr z nóg ścina w zimie, więc trzeba chodzić w grubych, puchowych kombinezonach. No, i cały czas jest ciemno, ale do tego się można przyzwyczaić.) 
- A jak daleko jest na Knivsjellodden?
Zawiało chłoden już na sam dźwięk nazwy. Pani krótko odpowiedziała gdzie jest rzeczony przylądek, a potem tonem jakby mówiła o ukrywaniu się czy skrajnym niebezpieczeństwie pouczyła:
- Weźcie kurtki przeciwdeszczowe i swetry, i rękawiczki, czapki, dobre buty. Zostawcie komuś wiadomość, że idziecie, kiedy planujecie wrócić i swoje numery telefonów. 
- A gdzie tu można zjeść obiad? - zupełnie beztrosko mama pyta gdy udzielona zostanie ostatnia rada.

Jedziemy we wskazane miejsce, tamże jemy obiad. I taka jedna uwaga - Finnmark nie jest regionem dla wegetarian. Jeżeli nie jesz ani mięsa ani ryb, najbardziej północy będziesz głodować. Chyba, że będziesz jeść kanapki lub vaffle cały czas. Wtedy może. 


Kvisjelodden - a cóż to właściwie jest? Przylądek na samiuśkim północnym końcu Magerøyi. Jak to - ktoś zapyta - przecież to jest Nordkapp. A tu niespodzianka. Osławiony Przylądek Północny jest całą minutę bardziej na południe i to mniej znany Knivsjellodden ma prawo dzierżyć palmę pierszeństwa w tej kategorii. Dlaczego w takim razie mało kto o nim słyszał? Problemem jest dotarcie tamże. 9 kilometrów pokrytych tundrą gór, brak możliwości dotarcia samochodem, brak ludzi. Cywilizacja jedynie mgnieniem, rzutem oka na drugą stronę fiordu, gdzie znajduje się 307-metrowy klif zwany Nordkappem. Może to właśnie pokazuje, że na coś, co zwiemy końcem świata, trzeba sobie zapracować. Sam na sam, jedynie we własnym towarzystwie. 

Zostawiamy samochód na parkingu, zabieramy polary, czapki, rękawiczki i kurtki. Rzut oka na mapę - ano faktycznie, 9 kilometrów, jak nic. Ładny kawałek. Podobno w jedną stronę 3 godziny. Powiedziało się "a", to mówi się "b", więc idziemy.


Ścieżka momentami znika zupełnie nam z oczu, zlewając się bez trudu z otoczeniem. Miejscami błoto i kałuże. Za jedyny drogowskaz służą kopczyki z większych kamieni. W sumie to najlepsze możliwe wyjście. Nie ma drzew, na których można by oznaczyć szlak, nie ma nawet krzaków wyższych. 


Gdy zobaczyliśmy po raz pierwszy na naszej trasie taki kopczyk ze strzałką, podobny do teg na zdjęciu, mój brat od razu wysunął teorię, że to jest ustawione na pamiątkę kogoś, kto został na szlaku. Całe szczęście szybko wpadliśmy na pomysł, że to drogowskazy i nie musieliśmy się męczyć takim twierdzeniem. Około 3-go kilometra brat z mamą odpadają, kontynuujemy wędrówkę sami. 



Idziemy tak i idziemy, właściwie bez końca. Za kolejnym pagórkiem kolejny pagórek, kolejny kopczyk, kolejny kopczyk, kolejny kopczyk! Wiatr gwiżdże, ludzie coraz rzadsi, bo na samym początku było do kogo hei powiedzieć, a teraz już ni ma. Idziemy w ciszy. No prawie. Nasz nowy towarzysz, bipacz, znaczy taki mały ptak, robi cały czas takie nostalgiczne bi... bi... bi... Tak mijaja nam te 9 kilometrów. Tam gdzieś biały kwiatek (tak, biały, nie różowo-fioletowy), gdzieniegdzie białe kamyki. Co chwilę zatrzymuję się zdjęcia zrobić, mimo że tata cały czas poucza idź, potem porobisz. Potem na karcie mam dziesiątki na pozór identycznych zdjęć i ani jednego nie mogę usunąć, bo wszystkie mi się podobają. Trudno.


Jak zapowiedziano w hostelu, choć w Honningsvåg jest koło 10 stopni, to na przylądku jest koło zera. Niech więc was nie myli strój na zdjęciu, kurtka leży obok. 

Na końcu kilka pamiątkowych zdjęć, banan, kilka łyków wody i wracamy. Droga dłuży się i dłuży, za każdym razem powtarzam sobie, że to już ostatnie podejście, ale wiem, że tak nie jest. Bipacz bipie i bipie, zastanawiam się do kogo, jak tu nie ma nikogo. Może miał tu kiedyś jakiegoś kumpla, który mimo wszystko wolał cywilizację i odleciał? Moja myśl potwierdza się przy parkingu. Kumpel samotnego bipacza siedzi na parkingu ze spuszczonym łepkiem i ponuro robi bi... bi... bi...


Na parkingu czekamy na mamę i brata, którzy w tym czasie zaliczyli Nordkapp. Aby wjechać na słynny przylądek należy zapłacić i to jak na Norwegię przystało. Wprawdzie można zakupić bilet zezwalający na wjazd po znacznie niższej cenie, ale obejmuje on tylko jeden wjazd, więc w naszym przypadku nie wchodził w grę i trzeba było kupić całodobowy. 

Na Przylądku Północnym znajduje się Visitor's Centre i metalowy globus. I mnóstwo ludzi ściśniętych na małej powierzchni. Samochodem można podjechać niemal do samej krawędzi. Pijemy herbatę, oglądamy globus, spadamy stąd. 


Powiem szczerze - nie ma po co przyjeżdżać na Nordkapp. Chyba, że ktoś całe życie marzył o dotknięciu globusa, może wtedy znajdzie się jakiś powód. No, może jeszcze ciepła herbata dla zmarzniętych zdobywców Knivsjelloddenu :-)

Wracamy powoli do hostelu, jednak po drodze widzimy znów renifery. Chyba nigdy nam się nie znudzą. 


Jedziemy dalej, gdy mama wpada na genialny pomysł zobaczenia ucha skalnego, które znajduje się nikt-nie-wie-gdzie. Jedziemy więc do miasteczka, przy którym zostało usytuowane i nie możemy go znaleźć. No to w góry. Idziemy i idziemy, drugi raz tego dnia niezliczone pagórki, do tego deszcz pada i nieco się już dziś nachodziliśmy, ale mama nie daje za wygraną. Nie mamy wyjścia i idziemy. 


Gdy jednak po dłuższym czasie nie widać niczego, wracamy do samochodu. Jak się okazało, wyszliśmy do góry koło 22.30. W Polsce takie coś by się nie udało. I to chyba najbardziej lubię w tej białej nocy - nie musisz patrzeć na zegarek (ja swojego nawet nie zabrałam), to nieważne, tak czy siak jest jasno i nie musisz się obawiać, że jak za późno wyjdziesz, to nie uda ci się dojść do celu przed zapadnięciem zmroku. A tu proszę - normalnie byłoby już zupełnie ciemno. 

W hostelu pytamy jeszcze, czy jest jutro jakiś prom na drugą stronę morza. Jest. Ale nie zabiera samochodów i odpływa o 6.00. To raczej się nie zabierzemy.

No comments:

Post a Comment

Dziękuję!