30 August 2013

Z ziemi włoskiej do polskiej, czyli ostatnie chwile na Sardyni

Choć ilość ludzi na plaży nieporównywalnie mniejsza niż chociażby na wielbionych przez turystów nadbałtyckich plażach, to jednak trochę ludzi tam jest. A już w szczególności w rejonach bardziej turystycznych, tam to już właściwie tragedia. Tak z ciekawości pojechaliśmy do jednej takiej obok nas, ale przeraziło nas tak, to zobaczyliśmy, że ledwośmy wjechali, jużeśmy wyjechali. Przejechaliśmy kilka kilometrów i nagle skończył się asfalt - po raz pierwszy na tej wyspie. Zdziwiło nas to tym bardziej, że nieco dalej stało mnóstwo aut, wszystkie włoskie, zaparkowane na maleńkim parkingu 'dzikim'. Dookoła nie ma nigdzie żadnych atrakcji, miasteczko też kawałek stamtąd, to o co chodzi? Schodzimy za miejscowymi górską ścieżką trochę stromą nawet, w dół, dalej jest jeszcze bardziej strome zejście - raczej nie do zejścia w klapkach, prędzej w adidasach. A co jest na końcu? Plaża. Kilka parasoli, może kilkunastu smażących się ludzi tudzież pluskający się w ciepłym morzu. Nie ma "goootoooowanaaaa kuuukuuuryyydza", "wanna massage? massage?", "glaaaassseees! glaaaassseeees!", budek z lodami dla gości hotelu, można się ze znajomymi umówić, spokojnie. Nie zdradzę, gdzie znajduje się ten zakątek, zostawię go wtajemniczonym.



Wracając musimy chcąc nie chcąc musimy się zatrzymać w paskudnej mieścince, przez którą wcześniej przejeżdżaliśmy. Trzeba zatankować. Tata zostaje na stacji benzynowej, a my idziemy... na lody. W końcu w Warszawie ze świecą szukać ręcznie robionych lodów, które zawierają więcej naturalnych składników, niż jakichkolwiek innych (i nie kosztują przy tym fortuny) - tu malinowe smakują maliną, truskawkowe truskawką, czekoladowe są czekoladowe. Słynne włoskie lody.

Po powrocie tata zajmuje się biletami do Warszawy, a my gramy w karty. Gdy wraca do nas, minę ma nietęgą. Mam dla was złą wiadomość - mówi. Co to? Czyżby lot został odwołany?  - Ten samolot wcale nie odlatuje o 9.00. On odlatuje dwie i pół godziny wcześniej.

Ostatni zachód słońca postanowiliśmy obejrzeć z plaży przy Villasimius i prawie od razu tego pożałowaliśmy. Na początku pasek mojego aparatu, znaczy Katieńki (z bratem nazwaliśmy po czterech latach mojego canona :-)), postanowił się zemścić, że chciałam, by był jak najdłuższy i się wziął rozwiązał, przez co nietrzymany w ręku aparat wylądował w piasku. Wyciągnęłam go jak najszybciej, a potem zaczęłam się mocować z paskiem, co nie szło mi najlepiej. Wołam do reszty, aby zaczekali chwilę, za trzecim razem słuchają, mimo to za chwile wszyscy biegniemy co sił w nogach. Po raz pierwszy w takim gorącym kraju zaczęły nas dziobać komary. Całe szczęście nie takie wredne bestyjki jak w Karasjoku, ale co z tego, jak i tak mamy krótkie spodenki i podkoszulki. 


Po powrocie chowamy się przed małymi krwiopijcami i spokojnie oczekujemy przyjścia snu.

Okropnie wczesną godziną wstajemy i bez śniadania ruszamy na lotnisko. Po raz ostatni (spokojnie! tylko na Sardynii!) słuchamy wszystkich skeczy i piosenek. Po ok. godzinie jazdy w kompletnych ciemnościach dojeżdżamy na lotnisko. Zostawiamy auto, zostawiamy kluczyk, ruszamy odprawić bagaże do Warszawy i zjeść jakiekolwiek śniadanie. Po posiłku czekamy już tylko na odlot. Zagłębiam się w kolejnej książce, Dom Duchów Isabelle Allende, jednej z ulubionych pisarek mojej mamy. Przed wyjazdem, gdy pytałam jakie książki mam zabrać, odpowiadała po wielokroć bez zająknienia -'Dom Duchów' weź, spodoba ci się. -Coś mi mówi, że jednak nie, mamo. - Ale weź. To wzięłam. Niestety miałam rację, ale jak się powiedziało A to i B trzeba powiedzieć, więc biorę się za czytanie (tak, będzie post o tej książce).

W końcu ostatecznie, o godzinie 6:30 opuszczamy wyspę owiec i sera Pecorino. Samolot spokojnie przecina nieliczne chmury by odgrodzić się w końcu od świata, z którego uciekł. Gdy tak unosi się spokojnie nad ziemią, widok przez pokryte mrozem okna sprawia wrażenia pięknego, mocno podkoloryzowanego zdjęcia. Cichy wschód gorącego słońca zaczął się za horyzontem.


W Rzymie już nie nie musimy biec z samolotu do samolotu, spokojnie zmierzamy do odpowiedniego wyjścia. Ja siadam z bratem i czekamy z książkami na odlot, rodzice latają po lotnisku. Potem wsiadamy do samolotu i wracamy do domu. Na lotnisku czeka nas jeszcze długie oczekiwanie na bagaże, bo przy pasie z bagażami jesteśmy koło 12:30, tymczasem pasażerowie wciąż odbierali swoje torby w Liverpoolu, a o 12:17 miały się pojawić bagaże z Keflaviku, które jeszcze się nie pojawiły, czas przybycia naszych planowo była to 12:32, ale długo czekaliśmy jeszcze, zanim się pojawiły. Ale się pojawiły.

6 comments:

  1. Piękna plaża, mnóstwo pomysłów na zdjęcia!

    ReplyDelete
  2. Najważniejsze, że bagaże jednak się pojawiły :D Swoją drogą uwielbiam latać samolotem ;3
    A ten zakątek, który znaleźliście mnie urzekł - kocham tego typu miejsca!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Też lubię latać samolotem, ale teraz całe szczęście czeka mnie przerwa od latania, bo w wakacje byłam 8 razy na lotnisku i wystarczy mi to na dłuższy czas. Wolę chyba jednak jeździć samochodem na dłuższych dystansach (mimo wszystko), bo zawsze można się zatrzymać, na przykład na ciastko, jakiś lokalny przysmak czy po prostu na zdjęcia :-)

      Delete
  3. szkoda, ze juz wrocilas :) jej; tez ostatnio mialam samolot o 6, co za masakra :) mam nadzieje, ze pospalas w samolocie.
    uwielbiam te wloskie wakacyjne klimaty!

    ReplyDelete
    Replies
    1. ech, jakoś nie potrafię spać w samolocie, poza tym lecieliśmy tylko koło godziny i potem mieliśmy przesiadkę, i znowu godzinę, i koniec, więc zbytnio nie było czasu (to znaczy wszyscy spali poza mną) :-)

      Delete

Dziękuję!