13 September 2013

Society, you're a crazy breed, hope you're not angry I disagree



Czas, spędzony w ciszy i spokoju, na łonie natury, (zazwyczaj) w samotności jest czasem najlepszym do czytania mądrych książek i rozmyślania na temat treści w nich zawartych. Czyta mi się wtedy jakoś najszybciej, ale i, jeżeli mogę się tak wyrazić, także najefektywniej - najwięcej zostaje w głowie, najwięcej nie pozwala zasnąć w nocy. Książki, które zdecydowałam się zabrać na północ w nadziei znalezienia takich miejsc, wybrałam nieprzypadkowo - na początek dwóch panów, którzy postanowili na moment uciec od społeczeństwa i pomyśleć trochę w domku nad jeziorem, potem niejeden pan i niejedna pani, a do tego wszystkiego jeszcze Rosja czasów niespokojnych, ale o tym innym razem, teraz skupię się na pierwszych dwóch, na domkach w lesie nad jeziorem.


Po pierwsze: Walden (Henry David Thoreau) wyd. Rebis

Wpadłam na pomysł przeczytania książki pana Thoreau, gdy gdzieś w internecie znalazłam kadr z filmu "Wszystko za Życie" (albo zdjęcie zrobione pod wpływem filmu, nie jestem co do tego pewna), a na nim znalazła się właśnie ta pozycja (i między innymi książka pana Pasternaka, ale o tym, jak już wspominałam, innym razem). Było tam też wiele innych książek, ale jakoś właśnie ta najbardziej utkwiła mi w pamięci. Udało mi się ją znaleźć na kilka tygodni przed wyjazdem i muszę przyznać, że kusiło mnie, aby zacząć czytać. Zabrałam się za lekturę w samolocie odlatującym do Helsinek i już wtedy zrozumiałam, że nie jest to książka należąca go gatunku nieskomplikowanych i krótkich, prędzej takich, w których prawie każdy akapit wymaga głębszej refleksji, podkreślenia i komentarza na marginesie. Podczas lotu przeczytałam bardzo mało, ale za to w dzienniku rozpisałam się na parę ładnych stron. Wiele cytatów z Waldenu warto przytoczyć:

Człowiek nie został stworzony na tyle postawny i silny, aby dążyć do zawężenia świata i zamurowywać się w ograniczonej do swoich rozmiarów przestrzeni.

Ale o co chodzi? Otóż Henry David Thoreau, obywatel XIX-wiecznych Stanów Zjednoczonych, postanowił w roku 1845 na czas dłuższy (dwa lata z kawałkiem) przenieść się do zbudowanego przez siebie domu nad jeziorem, tytułowym Walden. Efektem tego osamotnienia jest rzeczona książka i wiele innych esejów.
  
Ludzie, którzy cieszą się zbytkiem i bogactwem, nie zachowują po prostu niezbędnego ciepła, ale żyją w nienaturalnym upale (...) większość i tak zwanych wygód życiowych jest nie tylko zbędne, lecz stanowi niewątpliwie przeszkodę w rozwoju duchowym ludzkości (...) Starożytni filozofowie w Chinach, Indiach i Grecji tworzyli klasę tak biedną, jeśli idzie o zasoby materialne, ale też i bogatszą, jeśli idzie o bogactwo duchowe.

(czy tylko mi się ten cytat skojarzył z Winnetou Karola Maya?)

Podoba mi się w tej książce to, że myśli Thoreau są dosyć oryginalne - to znaczy nie są to proste twierdzenia "kasa to zło, rzućmy wszystko, bo kasa to zło" a bardziej rozbudowane myśli, po z którymi można się na początku nie zgadzać, ale potem, po dłuższym namyśle, przychodzi chwila, w której dochodzi się do wniosku, że to wszystko, to jednak prawda i wcale mądrze człowiek napisał. Niektóre spostrzeżenia są szczególnie ciekawe:

Niewielu znamy mężczyzn, wiele zaś surdutów i spodni.

Książka bardzo mnie zainteresowała, to muszę przyznać, a do tego przyniosła ze sobą długie godziny rozmyślań nad treścią. Jest to raczej pozycja ciężka, co nie znaczy, że czytanie było męczące i nie cieszyłam się z rozpoczęcia każdego kolejnego rozdziału, wręcz przeciwnie. Tylko nie jest to propozycja do czytania w mieście, na ławce w parku czy pomiędzy lekcjami, lepiej zagłębić się w lekturze w samotności, ciszy i w otoczeniu natury.

Opinia publiczna to żaden tyran w porównaniu z własnym mniemaniem o sobie. To co człowiek myśli na swój temat decyduje o jego losie, czy raczej go określa.

I tym akcentem płynnie przechodzimy do drugiej ksiażki, którą w całości pochłonęłam na cichej i spokojnej ziemi lapońskiej:

W syberyjskich lasach (Sylvain Tesson) Oficyna Literacka Noir Sur Blanc.

Obecność innych sprawuje kontrolę nad naszym działaniem (…) bez spojrzenia sąsiadów zachowywalibyśmy się mniej elegancko.

(połączymy obu panów opinie i będzie świetnie).

Będąc w warszawskim Trafficu (jakoś trudno będzie mi sie przyzwyczaić do faktu, że teraz, jak Traffic zamknęli, trzeba będzie książek szukać gdzieś indziej i tyle wspaniałości człowieka ominie...), znalazłam na szafce przy samych schodach tę oto książkę i nazwisko wydało mi się dziwnie znajome. Już sam tytuł wystarczająco mnie zachęcił, o opisie już nie wspominając, ale to nazwisko, już je gdzieś widziałam - rzut oka na notkę "o autorze" i wszystko staje się jasne, bo o Tessonie wspominał Alexandre Poussin w "Afryka Trek", który to z kolei był towarzyszem w jednej z niesamowitych podróży Tessona. W każdym razie książka wylądowała w plecaku razem z Waldenem i Doktorem Żywago pozostało jej jedynie czekać na swoją kolej. Nadeszła ona w smutnym mieście Vardø, na północy Norwegii, o którym pisałam już wcześniej. Zamiast po raz kolejny przegrać w karty (jestem największym znanym mi pechowcem, jeśli chodzi o grę w karty, jakąkolwiek grę), wolałam poczytać książkę. Jeszcze w Warszawie wiele o niej słyszałam i były to głosy skrajne - wspaniałe dzieło albo pseudorefleksyjny gniot - nie mogłam się więc doczekać momentu, kiedy sama wreszcie będę mogła wyrazić moją opinię na ten temat. Będę może wyjątkiem w skali kraju, ale nie popadnę w żadą skrajność - nie jest to arcydzieło i nawet się do Thoreau nie umywa, trochę za dużo "zachodniego myślenia", ale nie jest to zła książka. Ba, momentami się nawet bardzo podobało, również w ruch poszedł ołówek, pisząc mnóstwo na marginesach i podreślając wiele linijek. Wbrew temu, co często znajdowało się na innych blogach, wmieszanych w słowa negatywnej recenzji, nie wszystkie zdania z tejże książki są nic nie warte i powszechnie znane. Spodobała mi się porównanie bani z życiem:

Bania, alegoria naszego życia w nieustannej pogoni za czymś lepszym. Popychamy drzwi, sądząc, że za nimi czeka na nas szczęście. Wkrótce wycofujemy się, dążąc do czegoś, co wkrótce też nam zacznie ciążyć.

Tak mi się to od razu skojarzyło z tym, co sama napisałam, będąc pod wpływem Wszystko za życie. Niestety, nie mogę przytoczyć w oryginale, bo zeszyt gdzieś mi się zapodział i za nic nie mogę go znaleźć, tom drugi i trzeci dziennika leżą na szafce nocnej, a pierwszy zaginął, musze go koniecznie znaleźć, jest w sumie najważniejszy, bo dokumentuje to, co się ze mną działo przed i po Wszystko za Życie i wszystkie nadzieje związane z Północą. W każdym razie, chodziło z grubsza o to, że na chemii (rzecz dzieje się w klasie I gimnazjum, w lutym), mówiliśmy akurat o elektronach walencyjnych*. Pozwólcie, że przytoczę dialog, który miał miejsce tego dnia:

Pani od chemii: (...) atomy pierwiastków łączą się ze sobą, aby mieć liczbę elektronów walencyjnych osiem.

Jeden z chłopców z klasy: Proszę pani, ale dlaczego one chcą mieć najwięcej tych elektronów? 

Pani od chemii: … Aby potem nie musiały do tego dążyć.


Pomyślałam wtedy, że właściwie te atomy są jak my, ludzie. Biegniemy przed siebie, w tylko nam wiadomym celu, potem zatrzymujemy się za metą, tylko dlatego, że nie możemy już biec dalej. Dążymy do celu, tylko dlatego, abyśmy nie musieli już więcej do niego zmierzać, nasza zachłanność nie pozwala nam się zatrzymać. Nie mówię tutaj oczywiście o wszystkich ludziach, tylko o znacznym procencie ogółu.


W każdym razie, wracając do ksiażki, przepiszę z niej jeszcze jeden cytat:

Zawsze ta pokusa, by zawrócić, kiedy upragniona rzecz jest w zasięgu ręki.

(zawsze podkreślone potrójną linią)

Ileż to razy zdażało mi się w noc poprzedzającą spełnienie snu mieć czarne myśli a co jeśli... Jeśli nie będzie tak jak chciałam? Jeśli się nie uda? Przecież nie ma prawa się udać! Tak często przecież widziałam oczami wyobraźni przyszłość w nazbyt różowych barwach, a później wracały szare odcienie codzienności? Zachwycałam się tym, co miało nadejść, a to nie nadchodziło?
Nie, ta książka wcale nie jest głupia i prosta, napisana przez bardzo zachodniego Europejczyka, który niczego nie wie. Nie zgodzę się z taką opinią. Może wersów jego wierszy nie jestem w stanie zrozumieć (ale założę się, że moja polonistka zrozumie), ale prozę jestem jeszcze w stanie w głowie przemyśleć. Chociaż w sumie na Północy i w samotności wszystko jakoś tak inaczej mi zapada w pamięć. Gdy przeglądałam moje zapiski na marginesach i podkreślenia w tekście, niejednokrotnie zastanawiałam się, dlaczego akurat tą linijkę zaznaczyłam.

W każdym razie, obie książki warte są przeczytania.
________
* dla tych którzy niezbyt ogarniają o co chodzi: atom pierwiastka ma protony i neutrony w jądrze, a elektrony na powłokach. Na każdej powłoce jest określona liczba elektronów, na ostatniej zaś znajdują się elektrony walencyjne, których liczba nie jest taka sama na atomie każdego pierwiastka z daną ilością powłok, to one decydują o takich cechach jak wartościowość pierwiastka - wiem, to może brzmi nieco kosmicznie - jeśli jakiś błąd zrobiłam, to proszę uprzejmie o poprawienie w komentarzu, będę wdzięczna.

14 comments:

  1. Zuziu, muzyka, którą wybrałaś doskonale pokazuje jak jest usiąść na skałach, patrzeć przed siebie na przejrzyste jezioro i zagłębiać się w książkę... Dzięki niej wyobraziłam sobie jak tam musiało być pięknie! Dziękuję :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Proszę bardzo :-) Dziękuję za miłe słowa.

      Delete
  2. Część tych cytatów aż muszę sobie gdzieś zapisać, bo są niesamowite.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oj, zgadzam się z Tobą, sama siedziałam długo i przepisywałam, a i tak nie przytoczyłam tutaj nawet połowy przepisanych, a co dopiero zaznaczonych w książkach!

      Delete
  3. Nie, cisza na łonie natury nie jest odpowiednia jak dla mnie do czytania książek. Ja wtedy cieszę się chwilą i obserwuję przyrodę. Ale już Jesiennie wieczory są jak najbardziej odpowiednie do czytania książek !;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oczywiście, samo czytanie książek by nie przeszło, w końcu taka cisza nie codziennie się zdarza, poza tym ważny jest dobór książek - scince fiction itp. nie przejdą :-) I zgadzam się z Tobą, w jesienne wieczory pięknie się czyta :-)

      Delete
  4. "Into the wild" jest moją obsesją, a w szczególności "Society" Eddiego. Rok temu, siedząc w schronisku na Ornaku, pewien nieznajomy przysiadł się do naszego stolika i zaczął to grać. Parę osób zaczęło śpiewać. Słowa tak adekwatne do tamtej tatrzańskiej ucieczki i stanu błogiego spokoju na łonie natury. Nigdzie nie myśli się tak czysto, nie marzy tak intensywnie, nie posiada się tylu pomysłów, jak tam. I oczywiście, najlepiej czyta się książki :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. O rany, ale cudnie! Into the wild jest uzależniające :-)

      Delete
  5. wow, bardzo lubie takie wpisy. najbardziej podoba mi sie pierwszy cytat! najciekawsze jest to, ze ludzie naprawde maja tendencje do zamurowywania sie w granicach wlasnego umyslu, to jest przykre..
    pozdrawiam :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zgadzam się, co do zamurowywania. Thoreau miał jeszcze więcej ciekawych, niestety prawdziwych koncepcji, ale już nie chciałam ich tu wszystkich wypisywać ;-)

      Delete
  6. świetny blog!
    ps: zależy mi na współpracy z jedną firmą, wejdziesz na link do ich firmy z mojego ostatniego postu? będę wdzięczna + odwdzięczę się :) pozdrawiam!

    ReplyDelete

Dziękuję!