07 November 2013

London, part 2


Drugiego dnia na pierwszy ogień poszło Tower of London - twierdza, więzienie, skarbiec, zbrojownia, a nawet swego czasu i zoo (bo jak król dostawał prezenty od innych monarchów, to gdzieś musiał je przechowywać, takiego na przykład polarnego misia od norweskiego monarchy Haakona...). Dostaliśmy na wstępie kartkę z zadaniami, na których zrobienie mieliśmy 1,5 godziny. Szybko podzieliliśmy się na złożone z 2-4 osób grupki. Większość zadań zrobiłyśmy przy jednym z komputerów, na których znajdowała się baza danych o Tower, kilka zadań zrobiłyśmy na podstawie słów przewodnika - jak chociażby zadanie o krukach. W twierdzy nie jest trudnym zadaniem znalezienie takiego grubego, czarnego ptaka. Istnieje nawet legenda, że jeżeli znikną kruki, zniknie potęga Wielkiej Brytanii, czego oczywiście Anglicy nie chcą, więc krukom podcinane są skrzydełka, aby nie mogły zbyt daleko polecieć. Miałyśmy problem tylko z jednym zadaniem, ale w tym przypadku pomogło nam szczęście. 


Gdy tylko oddaliłyśmy się nieco, usłyszałyśmy polski język. Któraś z nas wpadła na pomysł, aby zapytać się któregoś z Polaków o odpowiedź. Podeszłyśmy przywitałyśmy się, powiedziałyśmy o co chodzi. Nie wiedzieli, ale rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Okazało się, że była to wycieczka klasy trzeciej z jednego ze śląskich gimnazjów. Po krótkiej chwili dołączyła do nich ich nauczycielka angielskiego, która zaproponowała nam pomoc. Poszliśmy razem do jednej z okazałych budowli, gdzie zapytaliśmy jołmena (będzie o nich później), czym jest ceremony of the keys, której dotyczyło pytanie. Okazało się, że jest to po prostu uroczyste zamknięcie twierdzy i tyle. Nauczycielka pomogła nam jako tako sformułować odpowiedź. Rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę. Bardzo spodobał jej się pomysł z zadaniami w zwiedzanych miejscach, co jednak nie przypadło do gustu jej uczniom (macie szczęście, że to już ostatnie dni ostatniej zagranicznej wycieczki...). Okazało się również, że uczniowie rzeczonego gimnazjum mają aż trzy zagraniczne wycieczki podczas nauki w gimnazjum, poza tym mieszkali u rodzin, a nie, tak jak my, w hostelu. Zapytałyśmy się o plany na następny dzień: mieli mieć ładnych parę godzin na Oxford St i wracać do Polski. Julka, dziewczyna z naszej grupy dała swój numer telefonu Bartkowi, jednemu z uczniów drugiego gimnazjum, na wszelki wypadek, gdybyśmy zostali w Londynie - następnego dnia mieliśmy mieć hospitację szkoły w Dover, a potem wizytę w Cantenbury, jednak nasze odwiedziny tamże stały cały czas pod znakiem zapytania. 


Wspominałam o jołmenach, to teraz wypadałoby wyjaśnić o co właściwie chodzi. Yeoman Warders (czyt. jołmen łorders) to stali mieszkańcy Tower. Do ich zadań należy oprowadzanie turystów, obrona twierdzy, jeżeli byłaby taka konieczność i wspominana już ceremonia zamknięcia Tower. Poza nimi, w dziwnych strojach chodzą jeszcze jedzący wołowinę (Beefeaters) - to ci w słynnych, włochatych czapach. Z Kasią stałyśmy i patrzyłyśmy na takiego jednego przez parę minut - najpierw szedł z lewo, przechodził kilka metrów, wykonywał ruch przypominający wchodzenie na konia i zsiadanie z niego, potem wracał do charakterystycznej 'budki', obracał się w prawo i robił dokładnie to samo - i tak w nieskończoność. 


Po zakończeniu zwiedzania czekaliśmy jeszcze na spóźnialskich robiąc sobie zdjęcia na tle Tower Bridge.


Potem ruszyliśmy ponownie do autokaru, bo mieliśmy bardzo mało czasu na przedostanie się do London Eye, zwanego również Millenium Wheel (koło milenijne). Chyba każdy miał okazję kiedyś je zobaczyć - wielkie koło z małymi (przynajmniej z daleka, w rzeczywistości do jednej wchodzi 25 osób i te 25 ma miejsca siedzące, jeśli byłby ścisk jak w godzinach szczytu w metrze, weszłoby na oko co najmniej dwa razy więcej) kapsułami. 


Z bliska konstrukcja robi jeszcze większe wrażenie niż z daleka. Jest po prostu ogromna. O ile z daleka może przypominać diabelskie młyny z różnych okazji ustawiane w miastach, to z bliska jest to budowa przypominająca jakąś z filmu, który dzieje się w przyszłości. Widząc je z bliska, trudno uwierzyć, że jest to ta sama konstrukcja, którą można oglądać na pocztówkach czy kubkach. 


Aby dostać się do jednej z kapsuł, należy najpierw zostać przeszukanym - nie trwa to długo, trzeba jedynie zaczekać na swoją kolej, co jednak trochę czasu zajmuje.

Gdy już udało nam się wejść do jednej z takich kapsuł, uderzyły nas ich rozmiary. Przewodnik mówił, że duże są, że wielu ludzi wejdzie do środka, ale żeby aż tak? Na środku znajdowała się duża ława, aby większość z tych ponad dwudziestu osób mogła sobie przysiąść - w końcu jeden pełen obrót trwa 30 minut. U nas jednak skończyło się na położeniu plecaków i kurtek, cały czas staliśmy z nosami (lub obiektywami) przyklejonymi do szyb. Widok na miasto z tej perpspetywy był naprawdę niesamowity. Każdy oczywiście chciał mieć jak najwięcej zdjęć Houses of Parliment i wieży z Big Benem, które można było uwiecznić na zdjęciach w pełnej okazałości.


Po wyjściu udaliśmy się do "kina 4D", gdzie zobaczyliśmy krótki (może 10-minutowy) film o Londynie i London Eye (bez zachwytów). Następnie ruszyliśmy w kierunku widocznego na zdjęciu powyżej mostu, aby przedostać się na drugą stronę Tamizy, przejść obok Houses of Parliment i zatrzymać się dopiero przy Opactwie Westminsterskim (Westminster Abbey), gdzie ślub brali księżna Kate i książe William. Katedra jest bardzo stara i prztłaczająca swoim rozmiarem. Ogromna.


Potem szliśmy przez długi czas w znanym tylko przewodnikowi kierunku. Pogoda zaczęła się zmieniać na naszą korzyść - robiło się coraz cieplej, chmury przerzedzały się, w końcu można było zdjąć kurtkę przeciwdeszczową i sweter. Niektórzy nawet wyciągnęli z plecaków okulary przeciwsłoneczne (jednak bardzo wielu uczniów ich nawet nie miało, w końcu stereotyp londyńskiej pogody to deszcz i niska temperatura). Minęliśmy zamkniętą od ataków terrorystycznych Downing Street (za to widzieliśmy wyjeżdżającego premiera Camerona ;)), straż konną, przeszliśmy przez park...


.... i w ten sposób doszliśmy do Buckingam Palace, gdzie akurat przebywała królowa Elżbieta II (poznać można po fladze: jest flaga rodziny królewskiej - jest królowa w pałacu, nie ma flagi - nie ma królowej w pałacu). Wszyscy wyciągnęli aparaty i telefony, coby tą budowlę uwiecznić na zdjęciach.


Jeszcze w hostelu, dnia poprzedniego na zajęciach wieczornych z angielskiego, przewodnik ostrzegał: nadziei sobie proszę z pałacem nie wiązać, rozczarowuje. A ja tymczasem dokładnie tak sobie go wyobrażałam. Duży pałac, a przed nim stoją jedzący wołowinę w tych swoich czapach. Do bramy przyklejeni turyści, bo przez bramę wejść nie wolno. Traktowane jest to jako poważna zorganizowana zbrodnia. Usłyszeliśmy, że kiedyś ktoś w nocy dostał się do królowej i zanim go zamknęli, zdążył zadać jej mnóstwo pytań.

chwila na schowanie okryć wierzchnich do plecaków/toreb

Przewodnik jeszcze przez chwilę mówił o pałacu, poczym ruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem Trafalgar Square, czyli do przejścia mieliśmy jeszcze ładny kawałek.


Znaczna część drogi prowadziła przez park. Słońce już się schowało, znowu zrobiło się chłodniej - ot, londyńska pogoda.

Gdy doszliśmy do Trafalgar Square z kolumną z Nelsonem na samej górze, naszą uwagę przykuł budynek National Gallery, do którego lada moment mieliśmy wejść, a dokładniej rzeźby przed nim stojące. Wśród nich znajdował się bowiem... olbrzymi niebieski kogut.


Przewodnik powiedział, że kogut zostanie za jakiś czas zdjęty, a na jego miejscu stanie znowu jakieś okazałe dzieło.


W National Gallery mieliśmy mieć zadania, ale całe szczęście pan ich zapomniał, więc mieliśmy mnóstwo czasu na zobaczenie tych wszystkich obrazów. Dziewczyny, z którymi chodziłam, za priorytet postawiły sobie zobaczenie Słoneczników Van Gogha, ja nie miałam konkretnych planów. Muzeum to jednak do małych nie należy, więc najpierw ruszyłyśmy w zupełnie przeciwnym kierunku - obejrzałyśmy sztukę znacznie wcześniejszą niż współczesną Van Goghowi. Udało nam się natrafić na kilka osób z naszej klasy, w tym chłopców, szukających sali, gdzie kręcono jedną ze scen najnowszego Bonda. Gdy pytałyśmy jednak o rzeczony obraz, wszystkie wskazówki przeczyły sobie. Po długich poszukiwaniach udało nam się wreszcie odnaleźć odpowiednie pomieszczenie, pojawiło się niedowierzanie: ej, to to są te słoneczniki? Takie ładniejsze były w podręczniku... Mi za to bardzo spodobały się wiszące niedaleko obrazy Turnera (1/2) i Akselego Gallen-Kalleli (1), którego wcześniej nie znałam (a jezioro na obrazie jest fińskie, a to już jest wystarczająco wspaniałe)). W salach poświęconych impresjonistom spędziłyśmy chyba najwięcej czasu. Wychodząc spotkałyśmy Weronikę, która spytała nas, czy byłyśmy już 'na tej wystawie, o tutaj'. No to poszłyśmy. Wystawą, o której mówiła, było kontrowerysjne Saints Alive Michaela Landy'ego. Wystawiono tam głównie instalacje, przypominające sceny z Biblii i rysunki. Dlaczego więc kontrowersyjne? Jedną z instalacji była dłoń na sprężynie z wyciągniętym palcem, a obok niej na sprężynie stał fragment ciała. Gdy nacisnęło się przycisk, palec uderzał w pierś, powiększając tym samym dziurę. Podpisane to było jako palec św. Tomasza i ciało Jezusa... Po zwiedzaniu poszliśmy do sklepiku z pamiątkami - mieli tam mnóstwo pocztówek z reprodukcjami obrazów, stałyśmy tam i zastanawiałyśmy się dosyć długo, ja w końcu wybrałam Jezioro Keitele Gallen-Kalleli (link powyżej) i Costal Scene Theo van Rysselbergha (nie mogłam znaleźć, jak nazywa sie po polsku ten obraz, w dosłowym tłumaczeniu będzie to "scena przybrzeżna").

Po wyjściu usiadłyśmy, jak naprawdę bardzo wielu ludzi o tej porze, na schodach przed galerią. Korzystając z wspaniałego światła, robiłam zdjęcia Kasi. Potem całą grupą ruszyliśmy ku China Town, barwnej dzielnicy chińskiej niedaleko.


Na ulicach był tak nieprawdopodobny tłum ludzi, że na możliwość zrobienia zdjęcia, na którym nie widać zbliżenia twarzy jakiegoś Chińczyka, musiałam się długo naczekać. Wszędzie mnóstwo było sklepików z rzeczami made in China oraz małych barów i restauracji.

Przez dzielnicę chińską przeszliśmy bardzo szybko, zatrzymaliśmy się na jej końcu. Dostaliśmy 40 minut i wybór: China Town czy M&M's World. Nie muszę chyba mówić, gdzie poszli właściwie wszyscy.

M&M's World to cztery poziomy czekoladowych cukierków, nie tylko w jadalnej postaci, ale także jako obrazy, pluszaki, poduszki, czy na koszulkach. Były tam we wszystkich możliwych kolorach - szare, czarne, żółte, pomarańczowe, niebieskie, różowe, brązowe.


Zasadniczy minus tego miejsca jest taki, że, jak na londyński sklep przystało, jest tam strasznie drogo. A kusiło, żeby wziąć wielką torbę i wypełnić ją po brzegi cukierkami... I ten zapach, w całym M&M's World pachnie czekoladą!

Gdy wyszłyśmy wreszczie, okazało się, że bardzo niedaleko jest kino Odeon, przed którym właśnie miejsce ma... uroczysta premiera Thora! I na czerwonym dywanie był i Hemsworth, i Natalie Portman, i mnóstwo innych ludzi, niestety mieliśmy bardzo mało czasu i tylko nielicznym udało się ich zobaczyć :-(


Koniec? Nie, jeszcze nie. A przynajmniej jeszcze nie miało go być. Poszliśmy na Picadilly Circus.
Kap, kap, kap i jak nie lunie! Wszyscy mokrzy byliśmy, zanim przybiegliśmy do autokaru, zaparkowanego może sto metrów dalej! Ot, Londyn!


10 comments:

  1. Uwielbiam Twoje zdjęcia!
    Bardzo ciekawa relacja z wycieczki. Popieram pomysły nauczycieli z zadaniami podczas wycieczek - w liceum zwiedzaliśmy z klasą Włochy, Hiszpanię i Francję i naszym zadaniem było wcielanie się na chwilę w przewodnika i zaprezentowanie zebranych wcześniej informacji o danym miejscu albo przedstawienie scenki z nim związanej (np. w Weronie). Najbardziej stresujące było, gdy wokół gromadzili się obcy turyści ;)

    Zazdroszczę Ci trochę tego Londynu, oczywiście w pozytywnym znaczeniu :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bardzo mi miło :-) choć mnóstwo osób narzekało na te zadania, to w gruncie rzeczy nie był to najgorszy pomysł, bo samemu łatwo było mnóstwo rzeczy po prostu przegapić, o wielu się nie dowiedzieć, a zrobienie wszystkich nie zajmuje wiele czasu.

      Delete
  2. Zazdroszczę przejażdżki London Eye. Jak byłam w Londynie i zobaczyłam kolejkę do kapsuł, dodatkowo cennik z dosyć wysokimi cenami, poddałam się. Niestety to nie był czas na płatne atrakcje. Obiecałam sobie, że kiedyś wrócę i nadrobię :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nam załatwili bilety z wyprzedzeniem, także na nie całe szczęście nie musieliśmy czekać. A zobaczyć warto :-)

      Delete
  3. ten niebieski kogucik owładnął me oko :D Świetne zdjęcia, zazdroszczę wycieczki :D

    ReplyDelete
  4. wow, your photos are absolutely amazing. i'm happy i found your blog - you're so talented.

    ReplyDelete
  5. Świetne kadry! Miło się spacerowało;)

    ReplyDelete

Dziękuję!