11 November 2013

London, part 3

Tytuł może niezbyt adekwatny do treści, ale jak się już zaczęło te wszystkie angielskie posty tak nazywać, to trzeba tak do końca. No trudno. W każdym razie w tym poście nie będzie większej dawki Londynu.

przedmieścia Londynu
Śniadanie o 7.30 i wyjazd z miasta. Cel: Dover, a dokładniej Christ Church Academy, szkoła. 2 godziny rozmów po angielsku, wymiany słówek, poznawania nowych ludzi.

W drodze zaczęliśmy oglądać film o Henryku VIII. W końcu po wizycie w Dover zaplanowano odwiedzenie Canterbury, gdzie znajduje się wielka katedra anglikańska.

Gdy tylko przyjechaliśmy na miejsce, powitał nas jeden z nauczycieli (nie jestem pewna co do przedmiotu, być może był to również dyrektor). Zaprosił nas do pracowni komputerowej, gdzie pokazał nam krótki film o szkole, w którym grał on i jedna z klas, którą później poznaliśmy. Dziękował nam bardzo za odwiedziny i widać było, że bardzo się cieszył z powodu naszego przyjazdu. I nam udzielił się ten radosny nastrój. Podzielono nas na dwie grupy i po dzwonku (o ile można tak to nazwać, był to po prostu pojedynczy sygnał, trochę jak alarm, wydobywajacy się z urządzenia na suficie w każdej klasie) poszliśmy do klas.

Na pierwszą godzinę poszliśmy do klasy złożonej na oko z uczniów jedenastoletnich (znaczy trzy lata od nas młodszych). Przysiedliśmy się do nich. Ja i Weronika usiadłyśmy z czterema dziewczynami. Na początku zapytał uczniów, czy wiedzą skąd jesteśmy - from Krakał? Noł? From Łorsoł? Jeeees. Is Łorsoł a big siti? Jeees. Its a kapital siti? Jeeees.

Potem rozmawialiśmy, wymienialiśmy się słówkami i obserwacjami. Dziewczyny próbowały nas nauczyć cup song. Padały nie tylko typowe pytania, ale także np. czy u was w Polsce są mewy? Początkowo myślałyśmy, że się przesłyszałyśmy, ale wtedy pokazały nam białe ptaki latające na dworze. Padło również pytanie czy wam też tak dużo zadają pracy domowej? Zapytałam ile im zadają. Pokazała mi cienką książkę i zaznaczone zadania. Z zazdrością odpowiedziałyśmy, że o wiele więcej. Okazało się, że jedna z dziewczyn była Polką, więc łamaną polszczyzną niepozbawioną akcentu, ale zawsze po polsku, bardzo chętnie z nami rozmawiała. Wytłumaczyła mi jak dokładnie funkcjonuje ich szkoła i jak tutaj wyglądają normalne lekcje. Sylwia. Ładna była. Żałowałam (i nadal żałuję), że nie zrobiłam jej zdjęcia wtedy, byłoby to chyba najlepsze, jakie miałabym na karcie.

Po zakończonych rozmowach wysłuchaliśmy jeszcze cudownego śpiewu dziewczyny z innej klasy (Julka nagrała ją, potem wielokrotnie razem odsłuchiwałyśmy nagrania w autokarze) i całą grupą tańczyliśmy Gangam Style i próbowaliśmy zrobić Harlem Shake (bez skutku). Kilka osób nagrywało, co prawie wszyscy widzieli i nikt nie protestował.

Po krótkiej przerwie mieliśmy zajęcia z klasą o rok od nich starszą. Zdążyliśmy tylko podać sobie ręce na powitanie i przedstawić się, gdy nauczyciel powiedział, abyśmy razem przygotowali scenki na temat problemów współczesnej młodzieży. Byłam tym razem z Kasią i Oliwką w grupie z Shannon, Willow i Louise. Byłam tłumaczem pomiędzy grupami i gdy już miałyśmy prawie gotową scenkę, zdecydowałyśmy się ją zmienić. Ostateczna wersja przedstawiała się następująco: Angielki przyjaźnią się z Polkami, co nie podoba się złej Susie, która jest Polką mówiącą po angielsku i tłumaczy. Polki mówią miłe rzeczy o Angielkach, zła Susie tłumaczy Angielkom, że Polki mówią o nich źle. Akcja się zagęszcza, Polki nic nie rozumieją, Angielki też, w końcu zła Susie czuje się tak fatalnie z tym faktem, że wykrzykuje, jakim to jest okropnym kłamcą i tłumaczy obu stronom co zaszło. Mam nadzieję, że nie tylko nasza część publiczności zrozumiała o co chodzi. :-)

Przez ostatnie dziesięć minut zajęć z tą klasą robiliśmy sobie nawzajem zdjęcia telefonami, a na końcu nauczyciel zrobił nam wielkie, grupowe zdjęcie, na którym mieliśmy zrobić najbardziej głupie miny, jak tylko się dało. Po wyjściu uczniów i ponownym zgromadzeniu się z naszymi nauczycielkami z Polski w sali komputerowej, wręczono kilka paczek krówek. Mieliśmy plan, aby nauczyciela zabrać do Warszawy i zatrudnić go w naszej szkole, ale pomysł nie został ostatecznie wcielony w życie.

Pojechaliśmy następnie do miasteczka Canterbury. Zostawiliśmy autokar na parkingu i poszliśmy nieśpiesznie w kierunku katedry. Dostaliśmy zadania i ruszyliśmy na zwiedzanie sami.


Pytałyśmy się o odpowiedzi napotkanych po drodze ludzi. Było wśród nich mnóstwo turystów, więc raz udało nam się znaleźć przewodnika, jednak oprowadzał on wtedy wycieczkę angielskich emerytów, dlatego nie mogłyśmy zadać wielu pytań. Najwięcej powiedział nam sprzedawca książek w ksiegarni Oxfamu (fundacji, która prowadzi mnóstwo sklepów, z których dochód przechodzi na cele charytatywne), który był w stanie z głowy wymienić nawet jedno z miast partnerskich Canterbury.


Zwiedzanie z kartką zadań zakończyłyśmy po może 30 minutach. 2 godziny zostały na zobaczenie reszty w inny sposób. Na pierwszy ogień High Street, gdzie, jak się potem dowiedziałyśmy, grasował kieszonkowiec.


Canterbury oglądane właściwie po raz drugi i tym razem bez pośpiechu (bo z zadaniami, to cały czas było no szybciej, szybciej, to będziemy miały jeszcze czas), okazało się być spokojnym i pięknym miasteczkiem, gdzie każdy szczegół był dopracowany jak tylko się da. Piękne wystawy sklepowe, eleganckie menu na szybach kawiarni i restauracji, piękne ciasta i ciastka na półkach.


Jako, że chodziłam z samymi dziewczynami, nie mogło zabraknąć odwiedzenia kilku sklepów z ubraniami i akcesoriami. Szkoda, że Anglia do najtańszych nie należy, bo momentami stało się oczarowanym, a potem patrzyło się na metkę, mnożyło się razy pięć i z opuszczoną głową wychodziło ze sklepu. Ja miałam tak np. w Fat Face (1/2/3/4/5/6), chyba każda z nas w Cath Kidston. Koniecznie trzeba było zahaczyć też o księgarnię Oxfamu, gdzie tyle się dowiedziałyśmy, jednak niestety nie udało mi się tam nic znaleźć, reszcie chyba też.


Na powyższym zdjęciu widzicie krzywy domek, którego dotyczyło jedno z zadań. Trzeba było napisać co tam się mieściło, co jest tam teraz i jak się to nazywa. Nie mogąc się doczytać na budynku, poszłyśmy do najbliższego sklepu. Była to urocza cukiernia, gdzie pachniało prawdziwymi słodyczami (nie takimi gdzie są tylko substancje, które nic na myśl człowiekowi nie przywodzą). Starsza pani sprzedawczyni z uśmiechem wysłuchała naszego pytania i zaczęła nam opowiadać długą historię o kominku. Niestety niezbyt rozumiałyśmy o co chodzi (być może pani używała idiomów, bo choć całe słownictwo można było rozszyfrować, to zrozumienie było dosyć trudne). Jako, że przyszli do sklepu klienci, nie zadawałyśmy więcej pytań i grzecznie się wycofałyśmy, podziękowawszy uprzednio rzecz jasna. Obok stała wycieczka angielskich emerytów z przewodnikiem, to się dowiedziałyśmy.

Po dłuższym czasie spotkaliśmy się całą grupą ponownie przed katedrą. Od 17.00 można ją zwiedzać za darmo, dlatego nie zaczęliśmy wizyty w Canterbury właśnie tam.


Gdy tylko weszliśmy w delikatnym popołudniowym świetle w opuszczony, ogromny budynek, uderzyła w nas jego oszałamiająca pustka. O ile z zewnątrz zdobienia były głównie gotyckie, przerażające nieco, to w środku zastaliśmy gotową scenerię na horror. Nie było niczego na ścianach korytarzy. Trochę bałam się tego miejsca, z drugiej strony zdjęcia wychodziły dokładnie takie, jak chciałam. Oddawały to, co chciałam na nich przedstawić.


W milczeniu opuściliśmy świątynię i poszliśmy do autokaru, aby wrócić do Londynu. Katedra nie pasowała mi do tego miasteczka. Zdawało mi się ono być przyjaznym i spokojnym miejscem, gdzie wszędzie napotkać można było przyjaznych ludzi, a katedra wydała mi się być nawiedzonym, strasznym miejscem. Potem chłopcy jeszcze opowiadali nam o kieszonkowcu z High St, który pragnął, aby mit o pięknym Canterbury upadł.

śniadanie 7.30, obiadokolacja 21.00, wieczorne zajęcia z angielskiego 21.50

14 comments:

  1. jej, uwielbiam ten klimat :) fantastyczne przedmieścia, tam jest tak uroczo!
    śmieszny ten pomysł z głupimi minami haha

    ReplyDelete
    Replies
    1. nie widziałam jeszcze tego zdjęcia, ale musi być przerażające :P

      Delete
  2. Miałam identyczne odczucia w butiku Cath Kidston :)
    Londyn, jak i całą Brytanię, darzę wielką miłością. Te małe angielskie miasteczka są tak urocze, a angielski gotyk wcale nie wydaje mi się przerażajacy, chwilami mi przypomina pałace elfów :)
    Ja w Londynie nawet nie odwiedziłam Tower ;) Ale za to Muzeum Historii Naturalnej - polecam, koniecznie trzeba zobaczyć! Tu mam trochę fotek:
    http://angua-lair.blogspot.com/2013/09/londyn-czesc-druga-oraz-rozkminy-o.html
    pozdrawiam

    ReplyDelete
    Replies
    1. o, muzeum historii naturalnej jest genialne, będzie w następnym poście najprawdopodobniej. fotki u Ciebie już widziałam wcześniej :-) a miasteczka są bardzo urocze :-)

      Delete
  3. Na kilku pierwszych zdjęciach mogłabym zamieszkać, urokliwe miejsca.. :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. oj, piękne są jeszcze przedmieścia Edynburga!

      Delete
  4. Londyn na pewno zalicza sie do tych nielicznych miast, które MUSZĘ kiedyś odwiedzieć :D

    ReplyDelete
  5. Twoje zdjęcia są niesamowite :) Urokliwe i nastrojowe.

    ReplyDelete
  6. Niesamowite to wszystko. Ja również mam wycieczkę do Londynu, w marcu. Tam rzeczywiście jest pięknie. Nie mogę się doczekać. Dzisiaj zaczęłam blogowanie, także zapraszam. :) http://lainves.blogspot.com

    ReplyDelete
  7. Piękne zdjęcia! Rewelacyjna wycieczka, zazdroszczę ogromnie :)

    ReplyDelete

Dziękuję!