04 April 2014

a kiedy trzeba - na śmierć idą po kolei

Jest piękny, słoneczny dzień, choć rankiem w parze ze światłem idzie chłód. Prawie całą klasą czekamy przed szkołą, przychodzi wychowawczyni, przychodzi przewodnik, przychodzą spóźnieni, idziemy w stronę Zachęty. Stamtąd Rudy zrywał flagi hitlerowskie podczas okupacji, przed siedemdziesięcioma laty.





Wsiadamy do autokaru, jedziemy przez miasto. Czy wiecie, co to za miejsce? Plac Piłusdzkiego, to oczywiste. W czasie okupacji nosił nazwę Adolf Hitler Platz. Cisza. 

Łazienkowska, przez okna widać okazały stadion Legii. Mam tak samo jak ty/miasto moje a w nim/najpiękniejszy mój świat/najpiękniejsze sny - chłopcy siedzący z tyłu zaczynają śpiewać. Może lepiej "Hej chłopcy"? - pyta przewodnik. Cisza.

Wysiadamy, nasze kroki zatrzymuje czerwone światło, po drugiej stronie Batory, elitarne liceum, szkoła Alka, Rudego, Zośki, Baczyńskiego... W środku dostajemy ochraniacze na buty, chłopcy od razu zaczynają udawać łyżwiaży, ślizgają się w szatni. Piękny budynek! Przestronne korytarze, duże okna. W roli przewodnika uczennica. Nieśpiesznie przechadzamy się po szkole, słuchamy opowieści o dawnych czasach. Oglądamy zdjęcia auli, która zniknęła przed latu wśród gruzów. Wchodzimy do sali muzealnej, gdzie wystawiono historię szkoły. 


Teraz znów słońce świeci w oczy, spokojny chłód w cieniu, pada tak dobrze mi znane Zuziu, czy mogłabyś zrobić nam zdjęcie? Wychodzą w liczbie mnogiej.


Powrót do autokaru, przejazd Piękną, wśród ambasad, kolejny przystanek przy Ministerstwie Edukacji, aleja Szucha, wtedy Policyjna, siedziba gestapo.


Wchodzimy do muzeum. Krótka prezentacja o terrorze, o śmierci, o odwadze! Przejście do ciemnego, ciasnego korytarza. Przy nim cele, małe pokoiki, w nich metalowe ramy łóżek, na ścianach napisy.

 I to minie.

Łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować, jeszcze trudniej umrzeć, a najtrudniej cierpieć.

Strasznie tu biją!

Słychać jęki, słychać krzyki, niemiecka muzyka, która ma je zagłuszać. Przeraźliwa cisza, przerywana słowami, uderzeniem i jego następstwem. Na końcu korytarza szarawa ściana, na niej kraty, rzucony obraz człowieka, cienia człowieka. Słania się na nogach, zaraz upadnie, już, leży na ziemi, już, już koniec (?), nie, wstaje, próbuje przynajmniej, idzie ciężko, słabe ciało nie do podniesienia nawet przez odważny umysł, czy to prawda, czy to się działo, wstaje, wstaje (!), stoi, chwiejne nogi zdają się nie móc utrzymać cienia, znów pokłada się na ziemi...

Oddech wstrzymany na chwilę, w głowie zbyt wiele myśli. Bezimienny żywy trup też pewnie zginął, też go bili, też nie znali litości, zgubili ludzkie uczucia. W imię czego? 

Nie widać jego twarzy, nagranie jest niewyraźne, ale wbija się w pamięć, dostaje się do najbardziej wewnętrznych części człowieka. Miałam go przed oczyma, gdy w nocy po wycieczce nie potrafiłam zasnąć. 

Skręcamy, ściany są czarne, nie ma już celi, są ekrany. Zatrzymujemy się przy jednym, przewodnik opowiada. 26 marca 1943, godzina 17.00, pada SŁOWO. Trzaskać. Kiwerski do Floriana Marciniaka, przekazują dalej, idzie rozkaz, jedzie z Szucha na Pawiak więźniarka, TA więźniarka. Na zakręcie pod arsenałem czekają chłopcy, mają butelki i granaty, są słabo uzbrojeni, ale silni duchem, wierzą w sens akcji, wiedzą co robić. Nawet gdy policjant, polski policjant, nie chce ustąpić. Pada strzał, kierowca więźniarki słyszy, nie skręca, jedzie prosto, trafiają pierwsze butelki, bucha płomień, wyskakują w palących się mundurach na ulicę, giną. Akcja trwa 15 minut, długo, zbyt długo, 20 więźniów wychodzi, 21. to Rudy, sam nie wyjdzie, jest zbyt słaby, skatowany, ranny, ciało ciemne od zaschniętej krwi. Wynoszą go, po chwili jest w samochodzie. Niedługo później ranny zostaje Alek. Historia znana z filmów, znana z książki, lektury obowiązkowej. 


Z obolałymi, ciężkimi od nadmiaru ludzkiego cierpienia sercami wychodzimy, opuszczamy miejsce śmierci i tortur tylu ludzi. 

Jedziemy teraz w stronę Muzeum Archeologicznego, w stronę miejsca akcji pod arsenałem.

Stoimy w słońcu, co chwilę ściągamy i zakładamy kurtki, przewodnik opowiada. Tędy biegła ulica, tej jeszcze wtedy nie było. Co się działo z chłopcami, dlaczego to nie Zośka dowodził. Obok nas głaz, na nim kotwica, jak na pomniku lotnika, jak na wielu budynkach warszawskich, przy niej harcerska lilijka, tablica z informacją, wieńce i znicze. Od szkół, od urzędów, od pani prezydent miasta. Pamiętają.

Przewodnik mówi - Alek i Rudy zmarli tego samego dnia, 30 marca 1943 roku. Buzdygan zmarł 2 kwietnia. Ktoś przerywa, proszę pana, dzisiaj mamy drugiego kwietnia! Przewodnik wraca do monologu. Tak? Faktycznie, dzisiaj mamy 71. rocznicę śmierci Buzdygana.



Idziemy przez miasto, mijamy mieszkańców stolicy, zatrzymujemy się co i rusz. Tu padł strzał w brzuch Alka, tu niemiecki snajper w sierpniu '44 zastrzelił żołnierza - poetę. Tu został pochowany, tu był kiedyś ratusz, zniszczyli go, po wojnie odbudowany. I teatru też dosięgły pociski niemieckie, wyżłobiły dziurę ogromną w dachu.


Czas jest nieubłagany, biegnie szybciej niż my, Pawiak więc musimy zostawić na inną okazję. O ile nadejdzie. Przejeżdżamy tylko obok niego, mijamy drzewo z brązu, na którym przybito świadectwo życia - śmierci. 


Przejeżdżamy przez kolejne ulice, następną jest Powązkowska, długi korek nas unieruchamia, daje możliwość przemowy przewodnikowi. Zaraz zamknie się droga, droga od młodości do śmierci, śmierci, która przyszła zbyt wcześnie. Byliśmy świadkami ich matury i ostatnich dni w Batorym, cierpienia podczas okupacji, chwili radości z bycia razem, teraz jesteśmy świadkami ich śmierci.


Dla mnie wizyta na Cmentarzu Powązkowskim była urzeczywistnieniem ich istnienia. Zdawać sobie sprawę i faktycznie czuć prawdę w słowach, to nie musi być para. Gdy zobaczyłam skromne brzozowe krzyże, na których harcerze zawiesili swoje chusty, gdzieś w środku poczułam, że to wszystko, co opisywał Aleksander Kamiński było prawdą, choć nigdy w to nie wątpiliśmy, nawet wtedy, gdy czytałam po raz pierwszy, gdy miałam 10 lat i jeszcze nie wszystko rozumiałam. 



Na małych grobach wielkich ludzi rosną kwiaty, płoną znicze, od nas też. Szukamy znanych nam nazwisk. Zuziu, widzisz? Przecież to prawie dzieci, oni walczyli i ginęli, gdy byli niewiele starsi od nas... A niektórzy nawet w naszym wieku, 16, 17, 18 lat w czterdziestym trzecim, czterdziestym czwartym, a ile, gdy to piekło się zaczęło?

Tak jak to opisywał Słowacki: 
Lecz zaklinam - niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba - na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!...





21 comments:

  1. Mam ciarki, świeczki w oczach i czytam jeszcze raz.

    ReplyDelete
  2. bardzo dobrze mi się czytało ten post.

    ReplyDelete
  3. Piękny opis. Generalnie jestem bardzo mile zaskoczona, że mieliście takie wyjście. Powinniśmy doceniać to, że my dzisiaj nie musimy podejmować takich trudnych decyzji, że nie mamy w tej chwili wojny i udaje nam się bez niej przebrnąć przez naszą młodość. "Kamienie na szaniec" to jedna z lepszych lektur. Niektórzy zarzucają jej, że uczy martyrologii, umierania, etc. Jednak dobrze wyłożona i przeanalizowana, kiedy po prostu zauważyły, że "takie były czasy", bo była wojna - widzimy, że dla zwykłych chłopaków, to był straszny okres, który zmuszał ich do stania się niezwykłymi. Niezależnie od poglądów trzeba pamiętać o takich bohaterach.

    ReplyDelete
  4. odbyłam kiedyś dokładnie taką samą wycieczkę.. historia jest wyczuwalna wędrując po Warszawie, ale zazwyczaj po prostu jej nie zauważamy

    ReplyDelete
  5. Pięknie to opisałas. Przyznam szczerze, że czytając to miałam łzy w oczach...

    ReplyDelete
  6. w miarę czytania pogłębiający się ucisk w gardle.. pewnie zabrzmi to dziwnie, ale zazdroszczę możliwości odbycia tej wycieczki

    ReplyDelete
  7. Świetnie piszesz! Masz talent ;)

    ReplyDelete
  8. Doskonale napisane. W oczach kręcą się łzy, gdy się to czyta... Dziękuję, że swoimi zdjęciami i słowami zabrałaś i mnie na tą wycieczkę!

    ReplyDelete
  9. To są emocje, żywa historia, prawdziwa.
    Któregoś lata wybrałam się z przyjaciółkę na naszą własną wycieczkę śladami powstania. Mieszkam w Warszawie, więc było nam łatwiej, ale po odwiedzeniu Mauzoleum Walki i Męczeństwa nie dałyśmy rady dojść na Pawiak. Dlatego czekam do następnego lata i chcę skończyć to, co zaczęłyśmy.

    ReplyDelete
  10. Historia jest wszędzie, a na co dzień po prostu to ignorujemy, szczególnie kiedy nie mamy przed sobą pomników poległych. Smutne, prawda?

    ReplyDelete
  11. Wspaniałe zdjęcia, bardzo klimatyczne.

    ReplyDelete
  12. piękne zdjęcia, masz talent!

    ReplyDelete
  13. Bardzo miło mi czytać Wasze miłe słowa.

    ReplyDelete
  14. Trzecie zdjęcie najbardziej przypadło mi do gustu, sama nie wiem dlaczego. Pięknie.

    ReplyDelete
  15. Ale klimat. Jestem pod wrażeniem!

    ReplyDelete
  16. Fantastycznie czytało się post. Wytworzyłaś niesamowity klimat. Czułam się tak, jakbym tam była razem z wami... Razem z nimi. Szacun dziewczyno!

    ReplyDelete
  17. Uwielbiam spacerować z moim tatą po Warszawie.. ma historię wojny w jednym paluszki, szczególnie Powstania.. jeden członek naszej rodziny brał w Powstaniu udział..także spacery są zawsze przepełnione emocjami.

    ReplyDelete
  18. Taka wycieczka na pewno jest świetnym dopełnienie książki. W tym momencie wszystko staje się prawdziwe, ulice, kamienice, budynki. I już nie masz wrażenia, że czytałeś historię papierowych postaci, lecz prawdziwych ludzi. To jest ważne. Zdjęcia robią dobry klimat i pokazują te ciekawe punkty.
    Cóż, osobiście nie jestem fanką "Kamieni na szaniec". Przeczytałam, bo musiałam. Nie przepadam za tego typu książkami. Dobrze jest wiedzieć, owszem. Ale czczenie tego typu historii. Bez przesady. To niczym kult katastrofy Smoleńskiej. Pamięć jest ważna, ale bez popadania w paranoję.
    I dziękuję za komentarz! Również używam Opery, nie mam problemu ze znakami polskimi. Hm... Może to być spowodowane tym, że font który wprowadziłam z Googli nie ma polskich znaków, ech... Podeślij mi proszę screen ekranu, jak to u Ciebie wygląda. Aż tak razi w oczy? Mój mail: aiwlys93@gmail.com.

    ReplyDelete

Dziękuję!