25 May 2014

koniec południowy


Poranek w Sewilli. Przed nami długa droga. Do tego jeszcze zobaczyć katedrę, której nie zobaczyliśmy poprzedniego dnia. Ale najpierw - śniadanie.


Bardzo szybko udaje nam się znaleźć piekarnię w naszej dzielnicy. Oprócz różnych rodzajów pieczywa, można kupić tu też świeży sok pomarańczowy (ale w Andaluzji to już raczej standard). Postanawiam zjeść tradycyjną tutejszą bułkę z  czarnymi oliwkami i pomidorami, za 50 centów. Jest pyszna.


Po posiłku idziemy w kierunku katedry. Mimo wczesnej godziny, koniec kolejki znika gdzieś za zakrętem. Czekamy.

Wchodzimy - łaaał, na bogato. Znów ten cały przepych, w środku mnóstwo złota, im więcej sal się zobaczy, tym więcej, do tego obrazy malarzy z podręczników od plastyki. I najpierw jest zachwyt, a potem człowiek zdaje sobie sprawę, skąd Hiszpanie wzięli na to pieniądze. I skąd jest to całe złoto. Bo przecież nie stąd. To nie jest jedyny taki budynek w Andaluzji.

Wchodzimy jeszcze na wieżę, by spróbować zobaczyć panoramę z nieco znaczniejszej wysokości. Jest ciężko, bo wszędzie jest mnóstwo Japończyków. W życiu ich tylu w jednym miejscu nie widziałam. Ale za to widok jest bardzo ładny.

Katedra w Sewilli znajduje się na liście rekordów Guinessa - swoimi 126 metrami 18 centymetrami długości, 82 metrami 60 centymetrami szerokości i 30 metrami 48 centymetrami zasłużyła na miano największej na świecie.

*200 kilometrów dalej*

Biegniemy przed siebie w stronę morza. Nie minął rok, a już jesteśmy na drugim końcu Starego Kontynentu - Europa Point, Gibraltar. Zanim znajdziemy się przy barierkach zabezpieczających przez upadkiem z wysokiego klifu, naszym oczom ukazuje się pomnik. Pomnik z białym orłem i napisami po polsku.

Cóż to? Skąd to tutaj? Dlaczego?

{A na pomniku:

 a gdy dzieci zapomną/że mieszkały w schronach/że widziały dni straszne/ponure i krwawe/niechaj tylko to jedno/pamiętają o nas/żeśmy walczyli o wolność/żeby była prawem [Ryszard Kiersnowski, "Testament Poległych", Londyn 1942]

Chcemy pokoju opartego na sile prawa, a nie na prawie siły. Nie tylko dla siebie, ale i dla całego świata. [Prezydent RP na uchodźstwie Władysław Raczkiewicz, przemówienie radiowe]

Polegli w katastrofie lotniczej GIBRALTAR, 4 LIPCA 1943/Fallen in a plane crash GIBRALTAR, 4 JULY 1943

Po angielsku trzy słowa o Sikorskim. Polacy, skoro tu już są, powinny wiedzieć.

Smutny opis dziejów Polski w czasie II WŚ i po niej. Po polsku i po angielsku. Jacy byliśmy dzielni i jak nas potem urządzili.<< piosenka>>}

A morze tylko o skały uderza, u nas i w Ceucie, u nas - w Europie, w Ceucie - to już Afryka. I wiatr wieje, i mewy krzyczą, ludzie stoją i czytają. Polacy są, ale nie tylko oni zatrzymują się przy pomniku. Nie tylko oni czytają.

Na północnym spotkaliśmy naszych i na południowym z nami są.

Zaraz obok jest plac zabaw, plac zabaw na końcu Europy. Fajnie.

Teraz - do góry. Osiemset metrów kolejką linową.

Na górze witają nas tabliczki o krwiożerczych małpach, które gryzą i których dokarmiać nie wolno. Dlaczego? Po pierwsze, kary są bardzo wysokie. Bardzo. Po drugie, jeśli małpy z Gibraltaru (jedyne małpy na tym kontynencie!) wymrą, Brytyjczycy nie będą już tu panować. Podobnie jak z krukami w Tower.

Gdy tylko wychodzimy z kolejki, widzimy te "bestyjki". Jedna siedzi i żre pringlesy z puszki, druga próbuje jej bezskutecznie zabrać. Jak ludzie...

Robimy magotowi (to taka odmiana makaków) profesjonalną sesję zdjęciową i idziemy dalej. Nie udaje nam się przejść wielu metrów, gdy inna groźna małpa kradnie banana i dzieli się ze swoimi kumplami. Mają różne strategie na pożeranie bezbronnego - jedna kładzie go na ziemi i wciąga, druga wydłubuje ze skórki, trzecia przed każdym kęsem staje przed moralnym dylematem i zastanawią się nad sensem życia.

(Nie) dajemy się zwięść urokowi tych stworzonek i idziemy dalej. Ale one też tam są. Pierwsza obdziera żółty kwiatek z płatków, jakby sprawdzała kocha czy nie kocha. I chyba wyszło, że nie kocha, bo na końcu wpakowała pozostałości do mordki i z wyjątkowo głupim wyrazem odwróciła się na pięcie.


Gdy wreszcie wydostajemy się z małpiego gaju, droga zaczyna wieść znacznie pod górkę. Szczyt zwie się Apes' Dune (Małpie Wzgórze w wolnym tłumaczeniu). Jest gorąco. Chcemy dojść do St Michaels Cave, ale jakoś nam to nie idzie. W pewnym momencie droga się kończy. Widać tylko otwartą bramę, w bramie auto i wielkie, białe działo gdzieś wysoko. Jest otwarte jeszcze pięć minut, jak chcecie, to możecie za darmo zobaczyć - po angielsku rzecze dżentelmen stojący za samochodem. No to idziemy. Oglądamy przez chwilę i zaraz schodzimy. Pytamy pana, gdzie nasza jaskinia, on na to, że trzeba było ładny kawałek wcześniej skręcić i czy nas nie podwieść. Prosimy. Po chwili siedzimy w samochodzie, a pan opowiada: tym działem opiekuje się grupa historyczna. Skąd jesteście? Z Polski? No tak, Polaków trochę tu przyjeżdża. Sikorski, pewnie już widzieliście. Czy tu się rozbił? Nie, po drugiej stronie, ale to ciągłe tłumaczenie było wyjątkowo męczące, więc przenieśliśmy. Do tego więcej osób jest teraz w stanie zobaczyć kim był i trochę o Polsce się dowiedzieć. Słyszeliście o teoriach katastrofy? Podobno był tam rosyjski szpieg, a może to sam Churchill za tym stoi, ale tego się już nigdy raczej nie dowiemy. O, tutaj teraz skręcicie, a potem prosto. Traficie na pewno, cześć.


No fakt, niedaleko. Wchodzimy do jaskini i stajemy jak wryci. W okazałej sali pełnej stalagmitów i stalaktytów gra głośna muzyka i latają kolorowe światełka. Jesteśmy sami, ale gdyby byli tu jeszcze jacyś turyści, daję głowę, że błyskali by fleszami gdzie popadnie i nikogo by to jakoś specjalnie nie ruszało. 


Całe szczęście po krótkiej chwili jest cicho, a światło nie zmienia się co chwilę.

Teraz dopiero widać jakie to duże. Słychać głos, opowiadający z głośników o jaskini. Dużo fachowego słownictwa, chyba sami Anglicy i mieszkańcy Gibraltaru tu przyjeżdżają.

W każdym razie wracamy do kolejki, po drodze mijając kolejne magoty...

Na dole dochodzimy do wniosku, że wszystkie angielskie miasteczka są do siebie podobne, nieważne czy na Wyspach, czy tu. Czerwone budki telefoniczne, Royal Mail, nawet budynki podobne. Potem na własnych żołądkach przekonujemy się, że jedzenie też (NIGDY WIĘCEJ). Jedyną różnicą są chyba ceny, bo cały Gibraltar to strefa bezcłowa. Więc gdzie nie spojrzeć sklepy z drogą biżuterią, sprzętem elektronicznym i profesjonalnymi aparatami (w przeliczeniu z funtów na złotówki wychodzi znacznie taniej). Co parę metrów diamenty, iPady czy canony 5d mark III.

Robi się później, więc przekraczamy ponownie granicę z Hiszpanią. Noc spędzimy w miasteczku La Linnea de la Conception. Mniej ludzi niż w Gibraltarze, znacznie spokojniej, do tego jeszcze mają dobrą kawę i sok pomarańczowy. Zatrzymujemy się na lody w kawiarni.


16 comments:

  1. oh te słynne małpki, buła pysznie wygląda aż pójdę coś zjeść!
    a nawet nie wiedziałam, że w Sewilli jest najwyższa katedra!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie tyle najwyższa, co największa. A małpiszony rządzą :-)

      Delete
  2. dzisiaj same znajome miejsca, obejrzałam i czytałam z szerokim uśmiechem:)
    na Gibraltarze widziałam jak niektórzy karmili małpki bimbając na zakaz, pamiętam też, że jedna niedelikatnie przebiegła mi po plecach

    ReplyDelete
    Replies
    1. i tak by im zabrały, więc w sumie bez różnicy :P

      Delete
  3. Ta bułeczka będzie śnić mi się po nocach!

    ReplyDelete
  4. Absolutnie urzekł mnie magot wpatrujący się melancholijnie w horyzont.
    Swoją drogą, blog bardzo mi się podoba, będę zaglądać.

    ReplyDelete
    Replies
    1. przez pewien odcinek wszystkie takie były, a potem nagle zaczęły się iskać nawzajem, co wyglądało dosyć zabawnie i melancholijny nastrój prysł!

      Delete
  5. cudne zdjęcia i miło czytało się opisy. widać, że wojaże udane (:

    ReplyDelete
    Replies
    1. miło mi :-) a w piątek zaczyna się kolejny!

      Delete
  6. Tak to już jest z powrotami do burej rzeczywistości...

    ReplyDelete
  7. Ech, nie dość, że te małpki to jeszcze takie widoki mmm :3

    ReplyDelete
    Replies
    1. A jak to cudnie współgra na żywo!

      Delete

Dziękuję!