24 May 2014

na dachach sewilli

Zanim zostawimy za sobą Kordobę, postanawiamy dopisać jeszcze jedno miłe wspomnienie z nią związane. Poranna wizyta w mercado wydaje się być najlepszym pomysłem.

Kordoba jeszcze śpi, wciąż zatrzaśnięte okna czuwają nad mieszkańcami, witryny sklepów pokazują swoją zamalowaną graffiti stronę. Jest cicho. Jeszcze. Tylko niedobitki turystów spokojnym krokiem łażą po ulicy. Nawet słońce, zawsze rumieniące twarze, teraz odpoczywa wśród chmur, przygotowywuje się na długi dzień.

Przechodzimy między zamkniętymi stoiskami, oglądamy przez szyby zamknięte solone ryby. Białe płaty, niczym nieprzypominające pływających w wodzie stworzeń. Czas mija leniwie, jest tu tak spokojnie, a wieczorem wciąż krzyk i zgiełk. Gdzie to się podziało?

W końcu wchodzimy do małej kawiarenki. Po kawie i ciastku, posiłek w cieniu palm, słońce już wyszło i grzeje coraz bardziej. Miasto zdążyło już wstać, już ludzie na nogach, już, już, zaraz się zacznie tradycyjny miejski zgiełk. Uciekajmy.

Więc jedziemy. Długa droga wiedzie przez niezagospodarowane tereny, słuchamy opowieści o smutnej historii Hiszpanii, ilość przejechanych kilometrów jest coraz większa. Czytam - Teoria Feministyczna bell hooks, książka pełna pozakreślancych ołówkiem fragmentów. Głowa pełna myśli, sprzyjające okoliczności do rozmyślań.

Wreszcie docieramy na miejsce, zostawiamy bagaże w pokoiku i idziemy... na dach. Mieszkańcy Sewilli bardzo chętnie przesiadują na dachach, są to ogrody, baseny czy po prostu miejsca do wypoczynku.


Ale na dachu jeszcze sobie posiedzimy, czas zobaczyć samo miasto!

Ponownie zachwycam się wyglądem kamieniczek w Andaluzji, tu się o to nprawdę dba - to sztuka. Murale znaleźliśmy... trzy. Niedużo, ale może źle szukaliśmy.


I Malaga, i Cordoba, i Sewilla mają wiele wspólnego - pięknie ozdobione bloki, wszędzie zielone drzewa na których rosną pomarańcze, ludzie na rowerach, skuterach, motorach. Aut nie brakuje, ale więcej jest wielbicieli wiatru we włosach i ciepłego powietrza.

Parki - to chyba najlepsza część miasta. Jest tu tak cicho i spokojnie, i zieleni dużo. Ludzie tak chodzą niespiesznie - bo po co się spieszyć. Jardin di Alcazar i Park Marii Luizy. Rosną tam ogromne fikusy. Ogromne. Jeśli ktoś nadal nie jest przekonany, warto dodać, że dają cień. I to w sumie w takie dni powinno wystarczyć.

Przy Parku Marii Luizy znajduje się pałac, wybudowany na wystawę światową w 1929 roku. Jest wielki, ale przecież tutaj ten przepych jest dostrzegalny wszędzie. Przy wejściu mała sadzawka, na niej łódki. Można popływać wśród kwiatów, pooglądać ludzi. Brat wodą obleje, słońce nieco skórę przyciemni.

Czy mi się podoba? Przytłacza. Za duże, za dużo ozdób, za bogate. Szukamy z bratem wśród wyłożonych ceramiką miast Barcelony. Jak pod Wieżą Eiffla w Paryżu, tu ci próbują wcisnąć jakąś bezużyteczną ozdóbkę, tu wachlarzyk, tam figurkę. Turyści z całego miasta zgromadzili się tu i teraz, jakby miało się zaraz coś wydarzyć.


Idziemy dalej, dalej - przez park.

Potem przerwa na lody  i robimy parę kroków, do długiej kolejki przed wejściem do Alcazar. Nie ciągnie mnie tam zupełnie, ale po wejściu do środka cieszę się, że nie powiedziałam tego głośno.

Miejscami jak wycinanka z papieru, gdzieniegdzie jak kalejdoskop, zachwyca dokładnością i dbałością o każdy szczegół. Kolory sprawiły, że całość nie przytłacza i sprawia wrażenie, mimo wszystko, delikatnej konstrukcji.

Gdy oniemiali wychodzimy, od razu trafiamy na rozgrzany słońcem plac. Jest tu mnóstwo ludzi, mnóstwo dorożek. Dorożkarze nakłaniają do przejażdżki mieszkanką hiszpańskiego i angielskiego, ze zdecydowaną przewagą tego pierwszego. Na razie decydujemy się przysiąść na chwilę i zjeść złożony z owoców tapas (tapas to po prostu coś w rodzaju przękąski, przystawki, którą można kupić wszędzie; mogą to być zarówno owoce, jak i na przykład małe kanapki).

Wracamy.

Błądzenie i gubienie się między wąskimi uliczkami to to, co lubię najbardziej w takich miejscach jak to. Najlepiej, gdy turystów już jest tu jak na lekarstwo, snują się tylko miejscowi. Tu ukrywa się to prawdziwe miasto (przynajmniej za dnia). Jest spokojnie, budynki dają cień.


Późne popołudnie spędzamy siedząc na dachu, czytając książki i wpatrując się w coraz ciemniejsze niebo. Oglądamy panoramę miasta i widzimy miejsca, które zostały nam jeszcze do zobaczenia.
Po krótkiej przerwie znów idziemy w miasto. Cel - zobaczyć Parasol i zjeść kolację.

Parasol, bo to właśnie widzicie na powyższym zdjęciu, wybudowany został w latach 2005 - 2011. Robi niesamowite wrażenie, jest naprawdę ogromny (na fotografii jedynie mała część). W górnej części znajdują się kawiarnie. Najważeniejszy jest tutaj jednak widok na miasto i oryginalny taras widokowy. {Tu wypada chyba przeprosić za jakość tych zdjęć, ale mój aparat średnio radzi sobie przy iso 800, a te robione były przy 1600, najwyższym}

Aby dostać się na najwyższy poziom, trzeba kupić bilet. Gdy kupujemy nasze, z portfela wypada moneta dwuzłotowa. Bileterka bardzo się nią zainteresowała i pyta, czy może ją wziąć zamiast reszty kwoty potrzebnej za wejściówki. Całe szczęście nie zna wartości złotówki względem euro, więc udaje nam się nawet przy okazji nieco zaoszczędzić :-)

Po przechadzce postanowiliśmy napić się coli w jednej z kawiarni (w cenie biletów).

Na kolację schodzimy na dół. Nie odchodzimy daleko, gdy w oczy rzuca się nam tabliczka "churros y chocolate". Nasłuchaliśmy się o nich z bratem, więc wcale się nie namyślając, siadamy przy stoliku i po chwili już zajadamy się pysznymi churrosami.


9 comments:

  1. Piękne zdjęcia :)
    Chętnie bym posiedziała na dachu o zachodzie słońca...

    ReplyDelete
  2. dachy rządzą. uważam że kazdy płaski dach, każdego bloku i budynku uzytecznosci publicznej powinno sie przeznaczyć na taras! ;d
    a jak churros? nigdy nie jadłam, a zawsze się zastanawiam jakie one sa. puste jak z ciasta ptysiowego? miekkie jak biszkopt? wilgotne?

    ReplyDelete
    Replies
    1. hmm, w sumie ciężko je do nich porównać, bo są bardzo tłuste, niezbyt słodkie.

      Delete
  3. ale piekne miasto :) nie bylam tam nigdy. super, ze jego mieszkancy uzielbiaja przesiadywac na dachach, bo ja tez! :D w tamte wakacje wlasnie skakalam po dachach.. w Paryzu prawie nigdzie nie da sie wejsc na dach. chce do Sewilli! :<

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ze wszystkich andaluzyjskich miast jest najlepsza.

      Delete
  4. "..zaraz się zacznie tradycyjny miejski zgiełk. Uciekajmy." haha dokładnie:) pałac mi się nie spodobał, ale w Alcazarze spędziliśmy miło czas, bardzo dobrze wspominam też tamtejsze kawiarnie

    https://farm6.staticflickr.com/5037/14266163283_53cf374cfa_b.jpg to zdjęcie fantastycznie oddaje klimat miasta

    ReplyDelete
    Replies
    1. I ten sok pomarańczowy dostępny wszędzie... dzięki!

      Delete
  5. piękne zdjęcia, a perspektywa z dachu jest zawsze inna, czarujaca, ogarniająca to czego z dołu nie widać.
    nie lubię zbyt turystycznych miejsc, bo wszędzie jak mówisz wciskają wszystko, pełno turystów i zero czaru chwili

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję.
      Zgadzam się z Tobą. Czasem będąc nawet w jednym państwie, w dwóch niezbyt oddalonych od siebie miejscach, nie można ich ze sobą porównać.

      Delete

Dziękuję!