02 May 2014

Z MALAGI DO CORDOBY



Malaga. Nie wiedziałam właściwie czego się mogę spodziewać, zresztą jak po większości miejsc na trasie. I o ile zazwyczaj próbuję się dowiedzieć czegokolwiek na temat poszczególnych celów podróży, to w tym wypadku postanowiłam nie dać się rozczarować, choć to często nieuniknione.


Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, gdy tylko rzecz jasna wstało słońce, była architektura. Nie tylko w stricte turystycznych częściach miasta, ale gdzie nie spojrzeć można było znaleźć budynki o pięknych oknach, oryginalnych kształtach i eleganckich zdobieniach. Nie tylko miejsce do mieszkania, ale i ozdoba. Każda inna.


Na Malagę nie mamy dużo czasu, ale reszta za punkt honoru uznaje zobaczenie Alcazabu ("cytadela" po arabsku) wraz z oglądanie panoramy miasta z Gibralfaro (niewielkie wzniesienie, na którym usytuowany jest dany zabytek). Bez bicia przyznaję, że nie jest raczej moim powołaniem zwiedzanie takich miejsc i oglądanie miejskiego krajobrazu z wysokości. Co za dużo to niezdrowo. Najpierw stoimy w kolejce i czekamy, potem chodzimy pomiędzy starymi murami i turystami (całe szczęście nie jest ich tutaj zbyt dużo, ale pewnie jest to kwestia czasu – w końcu to jeszcze nie sezon). Potem gubimy się i w końcu idziemy bardzo długo pod górę. Całe szczęście nie jest jeszcze tak gorąco, ot, tylko 25 stopni. Miejscowi i tak chodzą w swetrach i kurtkach. 

Moim zdaniem miasta lepiej ogląda się z perspektywy człowieka, nie ptaka.

Na górze znajduje się kawiarnia, muzeum. W pierwszej wypijamy lemoniadę, w drugim oglądamy miniaturowych żołnierzy i miniaturowe pole bitwy. Potem jeszcze czas na kilka zdjęć miasta i morza, potem na dół.

Na dole już więcej turystów, ponownie zachwycająca architektura i tłumy ludzi.

Naszym kolejnym celem jest znajdująca się 170 km dalej Cordoba, więc nie mamy czasu do stracenia. Nie podoba mi się taki sposób podróżowania, zaliczania po łebkach kolejnych, obowiązkowych atrakcji bez czasu na namysł, ale nie ma co narzekać - jest mało czasu, więc i tak trzeba się cieszyć z każdej chwili poza domem.

Co krok stoją tutaj ludzie sprzedający solone migdały (proszę o poprawienie mnie, jeżeli się mylę). Kupujemy malutki rożek (sprzedawane są w papierowych rożkach). Znika w mgnieniu oka. Pycha.

170 kilometrów później

Kordoba ma znacznie więcej uroku niż Malaga. Większość czasu spędzamy klucząc pomiędzy uliczkami dzielnicy żydowskiej. Żydzi mieszkali w Hiszpanii razem z Arabami, gdy władzę przejęli katolicy kazali im zmienić wiarę lub opuścić kraj. Arabowie zamieszkiwali Andaluzję przez 700 lat, ostatnie miasto utracili w 1492 (Kolumb i Ameryka to ten sam rok) - była to Granada. Nie przypominał ten kraj dzisiejszego, stereotypowego wyobrażenia o muzułmańskim państwie - panowała tam względna wolność religijna, miał miejsce prawdziwy rozkwit kulturalny i naukowy. Gdy władza w kraju ponownie dostała się w ręce chrześcijan dokonali oni spustoszenia (zresztą nie tylko w Europie, ale i za oceanem), a Hiszpania wkrótce stała się jednym z najbardziej katolickich państw na Starym Kontynencie (m.in. dlatego). 



to ja, a zdjęcie robił mi brat 

Nie ograniczamy Cordoby do Juderii (wspominanej już dzielnicy żydowskiej) - zmierzamy do katedry. Ów zabytek ma wyjątkowo ineteresującą historię. Najpierw postawiono tam kościół, który Arabowie przerobili na meczet. Mimo to wyznawcy obu religii nie widzieli problemów w modlitwie ramię w ramię. Jednak gdy znacząco wzrosła liczba muzułmanów w regionie, władca odkupił świątynię i wydał w zamian pozwolenie na budowę kościoła. Da się? Ale potem nadszedł czas rządów katolickich królów, największy europejski meczet zamieniono w katedrę. Dobudowano do niej jeszcze stricte chrześcijańską część, ale wchodząc do niej trudno uniknąć wrażenia, że to jedynie przybudówka i patrzy się na nią z pogardą. A może tylko ja tak miałam.








Trzeba zacząć rozglądać się za miejscem, gdzie można coś zjeść. Mam ambitny plan jedzenia wszędzie tortilli ziemniaczanej. Wydaje mi się, że to jedno z tych podstawowych dań, coś jak "schabowy + ziemniaki". W Juderii wstępujemy do przytulnej knajpki, gdzie na ścianach wisi mnóstwo zdjęć z korridy - walki torreadora z bykiem. Znajduje się tam także telewizor, na którym oglądać można to 'widowisko'. Zgodnie dochodzimy do wniosku, że idea w najmniejszym nawet stopniu do nas nie przemawia i nie chcielibyśmy za nic oglądać tego na żywo.

Tutejsza tortilla jest pyszna, choć miejsce nie wygląda na restaurację z gwiazdkami Michelin. Ale jeść trzeba tam, gdzie jedzą miejscowi (moja mam kurczowo trzyma się tej zasady i na dobre nam to wychodzi). Choćby wyglądało miejsce średnio i niedoskonale - to jest to!

Tutejsza architektura to mieszanka wszelkich możliwych stylów z różnych rejonów i różnych okresów. Mamy tu zarówno arabskie zdobienia, zacienione uliczki często spotykane w miastach południowej Europy, a także pochodzący z czasów Rzymian most. Co ciekawe, spójrzcie jak wygląda rzeka Guadalquivir:

A oto i sam most:


Co dalej? Alcazar. Zamek Maurów (tutejszych Arabów) i ogrody. Nie idzcie, nie opłaca się, nie ma po co.


Idziemy odpocząć do pokoju.


Po pewnym czasie znów wychodzimy na dwór. Jest już znacznie chłodniej, ale do stwierdzenia 'zimno' jestem daleka. Idziemy coś zjeść na kolację. Po drodze zahaczamy o mały antykwariat, gdzie jest mnóstwo różnych cudownych rzeczy - na przykład cały stół zastawiony polaroidami i szafka z aparatami dalmierzowymi i analogowymi lustrzankami.


Kolację jemy w mercado. Słowo to oznacza to po hiszpańsku po prostu 'market' (więc 'supermercado' to supermarket). Czego tam nie ma... Można kupić ogromne solone ryby, świeże, owocowe soki, gofry z czekoladą, wiele rodzajów placków, wielkie talerze ostryg, hiszpański jamon, po prostu wszystko. Zamawiam boczniaki z pomidorami. Są przepyszne. Do tego jest to idealne miejsce na towarzyskie spotkania, do tego dzisiaj słychać ciągle krzyki komentatorów sportowych (zarówno profesjonalnych z głośników, jak i amatorów) - mecz Atletico przeciwko Chelsea.



16 comments:

  1. O Boże. Oglądam te fotografie i sobie umieram. Tak troszkę.
    Bo zdjęcia takie cudowne, z duszą, oddające klimat i atmosferę, uchwycone w perfekcyjnym momencie.
    Bo podróże dalekie, poznawanie, odkrywanie, smakowanie, doświadczanie.
    Bo wszystko jest tak niesamowicie piękne.
    Bo moja zazdrość nie ma granic :(

    ReplyDelete
  2. Podróże są wspaniałe, chociaż z drugiej strony za dużo zwiedzania też może się przejeść (albo ja jestem taka dziwna!)

    ReplyDelete
  3. Cordoba (jak i cała Hiszpania zresztą) nieszczególnie przypadła mi do gustu, pewnie dlatego, że moje serce zdecydowanie jest na północy no i podczas naszego pobytu było ekstremalnie gorąco;)

    mimo to, relacje z podróży zawsze oglądam z największą przyjemnością:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. dzięki Bogu nie było aż tak gorąco, jak się spodziewałam, ale i tak jestem za 'nieco' bardziej północnymi kierunkami :-)

      Delete
  4. to prawda, mimo wszystkich wad, Paryż zdecydowanie 'coś' w sobie ma

    ReplyDelete
    Replies
    1. niepodrabialne, niepowtarzalne 'coś'...

      Delete
  5. Człowiek gazeta do mnie przemówił. To odbicie w wodzie przepiękne. Chętnie bym się tam powłóczyła.

    ReplyDelete
  6. Dziękuję! Właśnie, dobre słowo, "powłóczyła"...

    ReplyDelete
  7. Such beautiful impression! Which city is this? Seems to be a place with beautiful architecture and art. :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Actually these are two cities - Malaga and Cordoba in southern Spain :-) Oh, the architecture in both is really nice!

      Delete
  8. jej, znalazłabym się teraz w takim ciepłym miejscu i wypiła ten pyszny koktajl z ostatniego zdjęcia :3 byłam tylko w Barcelonie, czyli niby nie Hiszpanii, ale jednak widzę sporo podobieństw :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Też byłam wcześniej w Katalonii, ale jednak jest pewna różnica pomiędzy tymi regionami. Niestety Barcelony nie udało mi się zwiedzić, ale z tego co widziałam na zdjęciach, to musi być bardzo ładne miasto. A koktajl był wyjątkowo pyszny, ogólnie bardzo mi się spodobało w Andaluzji, że wszędzie, choćby to była największa dziura, można było dostać sok ze świeżo wyciskanych owoców (zazwyczaj pomarańczy). Pycha!

      Delete
  9. Strasznie super zdjęcia :) Cordoba wygląda rewelacyjnie, po prostu muszę tam teraz pojechać :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki! Mi osobiście bardziej od Cordoby podobała się Sewilla, ale o niej będzie w następnym poście...

      Delete

Dziękuję!