06 June 2014

ronda raz, chmury dwa

Poranek. Opuszczamy La Linneę i ruszamy w kierunku Rondy, o której przeczytać będziecie mogli poniżej. Zanim jednak trafimy w góry, jedziemy na wybrzeże. Odwiedzić kurort Marbella, który akurat teraz przygotowuje się do przyjęcia do siebie turystów. Miasteczko już tętni życiem, kawiarnie pełne są ludzi, a w lokalnym warzywniaku już ustawiła się kolejka. Mają truskawki, kiście rodzynek, znacznie tańsze niż w Polsce szparagi i wiele innych dobroci. Oczywiście wstępujemy, nie trzeba bardziej zachęcać. Już po chwili możemy zajadać się świeżymi owocami, popijając sok pomarańczowy w sąsiadującej ze sklepem kawiarni.




Potem - temperatura znacznie spada, już nie dwadzieścia, już nie osiemnaście, piętnaście [błagam, nie spadaj niżej!]. Ronda, mała, ale wypchana turystami w wieku starszym, głownie z krajów niemieckojęzycznych. W przewodniku była ładniej opisana, niż wyszło naprawdę. Ale przed zwiedzaniem należy się odpoczynek po męczącej przejażdżce, idziemy na obiad.

Najpierw jednak w pokoju zostawiamy plecaki. Moje wyczulone oko od razu dostrzega cudowną firankę. Każdy jest na swój sposób nienormalny, ja fotografuję firanki. Takie życie.

Na obiad tradycyjnie już zamawiam tortillę ziemniaczaną, ale pomimo godzinnego oczekiwania na posiłek, o zachwycie nie mogę powiedzieć. Za to widok jest świetny.

Obiad zaliczony, możemy zacząć zwiedzać. Najważniejszym punktem w mieście jest most Puente Nuevo. Architekt, który go zaprojektował, doszedł do wniosku, że nie jest w stanie stworzyć nic doskonalszego i popełnił samobójstwo. Słusznie, niesłusznie, most wrażenie robi, co do tego wątpliwości nie ma. Żeby oddać rozmiary faktyczne tej imponującej konstrukcji, należałoby użyć obiektywu typu "rybie oko".


Teraz? Teraz pora na miasto. Słuchając rozmów w języku raczej-nie-hiszpańskim przechodzimy z punktu widokowego do punktu widokowego. Przy jednym z nich siedzi mężczyna z gitarą, obok niego otwarty futerał, tam płyty i cennik. Jak u każdego. Profesjonalnie.

Nie udaje nam się przejść wielu metrów, gdy natrafiamy na spore zbiegowisko emerytów-turystów. Tym razem obiektem zainteresowania jest arena do corridy. Brat z mamą wchodzą, my z tatą czekamy przeglądając mapy z informacji turystycznej naprzeciwko. Nie będziemy finansowo pomagać w takim przypadku. Oglądanie w Cordobie telewizyjnej transmisji z corridy nie pozostawia złudzeń, jak to wszystko wygląda.

Gdy reszta skromnej grupy powróci zafascynowana, idziemy dalej przez miasteczko. Szukamy zacienionych uliczek, klimatu, czegokolwiek. Ciężko, ale znajdujemy. Na jednej z nich stoi zaparkowany stary mercedes. Jak na zawołanie, maszynki do pstrykania w dłoń, maszyna ma już sesję zdjęciową.

Przerwa na lody, idziemy dalej. Teraz... katedra zbudowana na fundamentach meczetu [a to nowość!]. Znów - na bogato, ale tym razem zupełnie bez smaku. Jakby nie potrafiono się zdecydować, w jakim stylu to wszystko, jak to ładnie poukładać. Nie wyszło, jest ciężko.

Następnym punktem jest muzeum, gdzie wystawiono stylizowane na ludzi figury z wosku, stare monety, ilustarcje i mapki. Chodzimy od sali do sali zupełnie bez zachwytu.

Powrót do pokoju, tam chwila przerwy, znów idziemy. Tym razem po głównej ulicy Rondy. Jeszcze więcej turystów niż wcześniej. Do tego co krok stoją ludzie sprzedający kupony na loterie. Klimat jest, ale raczej nie zachęcaja do spędzenia więcej czasu. Po krótkim spacerze zahaczamy jeszcze o sklepik dla początkujących hipsterów. Wychodzimy z rybą. Taką rybą.

zaopatrzyłam się w paczkę przeterminowanych filmów przed wyjazdem i jednego kodaka gold (nówka!). kodak poszedł do canona 300, a przeterminowana superia 200 do ryby. ryba czyli dokładniej lomo fisheye one, czarno - biały

Przerwa w zwiedzaniu krótka i na kolację. Ruszamy do upatrzonego wcześniej baru. W środku nie ma prawie miejsca, siadamy przy jednym z dwóch stolików i zamawiamy. Tradycyjnie tortilla i sok pomarańczowy. Gdy po 10 minutach jedzenia nie ma, przychodzą do nas i przepraszają (!) za zbyt długi czas oczekiwania. Potrawy są już kilka minut później. NAJLEPSZA TORTILLA ZIEMNIACZANA W CAŁEJ ANDALUZJI. Wszyscy są swoimi daniami zachwyceni.

Zresztą, następnego dnia rano też tu przychodzimy, na śniadanie. W środku tłumy, ale wśród ludzi nie ma ani jednego turysty-emeryta. Zaprzeczenie Rondy.

Podczas gdy rodzice kończą jeść, my z bratem idziemy pooglądać jeszcze wystawę sklepu dla początkujących hipsterów. Naszą uwagę przykuwają w szczególności kolorowe figurki.

Co teraz? Nic. Powrót do Malagi, stamtąd do Warszawy. I koniec. Przynajmniej na razie.

Gdy już siedzimy w samolocie i wznosimy się coraz wyżej i wyżej, słyszę płacz. To kobieta siedząca przede mną, przegląda zdjęcia z wyjazdu i wspomina.

A my już w chmurach:

{moje chmury wisza teraz na szkolnym korytarzu}

Lądowanie na Okęciu, pada deszcz, jest zimniej. Jakaś dziwna ulga powiązana ze smutkiem. Już nie jest gorąco, już nie jesteśmy w Hiszpanii, ale czeka mnie szkoła. A to nie cieszy.


18 comments:

  1. Ta wycieczka musiała być piękna, z tego co widzę na zdjęciach. Niestety.. szkoła nie cieszy, ale już tylko miesiąc, ba nawet tylko dwadzieścia dni. Nie mogę się doczekać. Nie wiem, czy masz też tak jak ja, ale po każdym wyjeździe dopada mnie szara rzeczywistość i to ze zdwojoną siłą.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tak, mnie niestety też. I to nie mija, niestety, tylko się pogłębia jeszcze bardziej.

      Delete
  2. co tam szkoła jeśli miałaś taką cudną wycieczkę! głowa do góry (:

    ReplyDelete
    Replies
    1. poczekaj, zaraz pojawią się posty z czymś nawet cudowniejszym :)

      Delete
  3. Zawsze czuję taki smutek podczas lądowania w Norwegii po wakacjach w Polsce...
    Świetne zdjęcia, jak zawsze zresztą :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuje :-) Najbardziej mnie smuci właściwie prawie odwrotna sytuacja, bo lądowanie w Polsce po czasie spędzonym na Północy...

      Delete
  4. Bardzo sentymentalna wycieczka, jak widzę.
    Czekam na fotografie ze Sztokholmu!

    ReplyDelete
    Replies
    1. już niedługo, pierwszy post napisany!

      Delete
  5. bardzo mi się podoba atmosfera, którą budują Twoje stonowane zdjęcia

    ReplyDelete
  6. To wszystko u mnie to Solec w Warszawie :)
    Genialna relacja, tyle pięknych zdjęć! :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję.
      Nie spodziewałam się, choć w sumie nie bywam w tych rejonach często :) dziękuję za odpowiedź, w wakacje będę musiała się teraz wybrać :)

      Delete
  7. Ojej. Twoje zdjęcia mają świetny klimat, jakby nostalgię w sobie. Pięknie to wszystko ujmujesz <3

    ReplyDelete
  8. ^^ Miesiąc temu też byłam w Andaluzji! ;-) Tylko, że nie udało się odwiedzić Rondy (czasu trochę za mało, wybraliśmy Granadę, Malagę i Nerję), ale długo żałowałam, bo w przewodnikach pisano, że to jedna z piękniejszych miejscowości na południu. W sumie to pokrzepiające, że jednak jest trochę przereklamowana :P

    Bardzo ładne zdjęcia chmur :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. My Granadę sobie odpuściliśmy, bo do najważniejszego zabytku była kilkumiesieczna kolejka do biletów w internecie (:

      Delete

Dziękuję!