15 June 2014

Tukholmassa {pierwsze wrażenie}



Słońce (ukryte za chmurami pełnymi deszczu) wstało wcześnie, wpadło przez okrągłe okno kajuty (wspominałam już, że mieszkamy na statku?). Wprawdzie widok mamy położoną przy brzegu ulicę, ale ze stołówki roztacza się już wspaniały widok na drugi brzeg.





Dzień zaczynamy od odprowadzenia taty na najbliższą stację metra - Mariatorget. [do przedostatniego dnia żyliśmy w błogiej nieświadomości prawidłowej wymowy tegoż słowa. potem postanowiliśmy wsłuchać się. to się nazywa kosmos.] Chwilę później zbieraliśmy szczęki z chodnika, gdy zobaczyliśmy nazwę najbliższej ulicy - Wollmar Yxkullsgatan. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy nazwę zaczynającą się na yx. [w zachwycie nad językiem szwedzkim pozostajemy do końca]


Po spokojnych jeszcze ulicach chodzą świetnie ubrane Szwedki, przy ogrodzeniach i ścianach budynków stoją miejskie rowery. Miejscami przypomina mi Nowy Jork (nigdy tam nie byłam, to może dlatego). Większość uliczek ma jednak swój własny klimat. Jest zielono (BARDZO ZIELONO), ludzi na razie niewiele, z wystaw sklepów zieje słynny skandynawski design – jest jasno i skromnie (a przy okazji wcale nie pusto). Mijamy antykwariat z albumami fotograficznymi, niestety jest jeszcze zamknięty.


Po krótkiej przechadzce dochodzimy wreszcie do hotelu, gdzie nocują znajomi z którymi to będziemy zwiedzać miasto. Dziś jeszcze na razie w planach tylko rozgrzewka – snucie się uliczkami starówki, próba uniknięcia deszczu, który zaraz spadnie, oglądanie maratonu. Zastajemy ich przy śniadaniu. Rozmawiamy przy słodkich gofrach o mieście.


Naszą wędrówkę zaczynamy od zobaczenia (z zewnątrz) restauracji, gdzie podobno Stieg Larsson umiejscowił część wydarzeń trylogii „Millennium”. Potem kierujemy się w stronę starszej części miasta. Wtedy konieczne jest wyciągnięcie parasoli. Błądzimy pomiędzy uliczkami, oglądamy wystawy sklepów. Do niektórych wchodzimy (w wielu jest tyle pięknych rzeczy…), ale zwykle wychodzimy z niczym. Zaryzykuję stwierdzenie, że Sztokholm to najdroższe miasto w jakim byłam.


Na środku uliczki jest wielka kałuża, obok niej skacze sobie dziewczynka i śmieje się głośno. Ojciec siedzi w kawiarni niedaleko i spokojnie pije kawę. Nagle – PLUM! – dziecko wraz z trzymanymi w rączce samochodzikami ląduje w kałuży, śmieje się głośno. Podnosi się, biega dookoła i znów - PLUM! - ląduje wraz z autkami w wodzie. A taką ma z tego radochę, a ojciec się nie drze jak ty wyglądasz?! co ty robisz?! przeziębisz się! Tylko głośny i szczery śmiech słychać.

Idziemy przed siebie, przez miasto, wychodzimy z gęsto zabuduowanej części miasta. Powoli zaczyna wychodzić słońce, po ulicy biegną maratończycy, a kierujemy się w stronę placu niedaleko Zamku Królewskiego, na którym za kilkanaście minut odbędzie się zmiana warty. Choć zostało jeszcze stosunkowo dużo czasu, na pustki nie można narzekać. Wszyscy stoją już przygotowani - orkiestra dęta, odpowiednia jednostka (co ciekawe, za każdym razem zmieniają się - raz są to np. lotnicy, innym razem piechota morska). Gdy wreszcie jest już 12.15, słychać pierwsze dźwięki orkiestry i zaczyna się przejście. Przechodzi orkiestra, przechodzą wojskowi, teraz i my musimy przejść. Znów stoimy i czekamy. W międzyczasie grają dłuższą wersję jakiegoś ważnego dla Szwedów marszu, następuje faktyczna zmiana warty na stanowiskach pod samym zamkiem. Pomiędzy obserwatorami chodzą żołnierze, co i rusz każą się cofać.

Z miejsca w którym stoję nie widać prawie nic, więc czekając aż przemaszerują (a robią to w bardzo zabawny sposób) obok robię zdjęcia ludziom dookoła.

Potem wracamy na poprzednie miejsce, gdzie ma miejsce zmiana na innym stanowisku. Tu już nie ma tak dużego zbiegowiska, zaledwie kilka osób przygląda się przychodzącym i odchodzącym. Wypatrzyłam wśród wartowników kobietę - w Londynie mi się to nie udało. [spostrzegawczość może być to spowodowane lekturą]

Kawałek dalej biegnie trasa sztokholmskiego maratonu. Mamy nadzieję, że uda nam się zobaczyć tatę, ale niestety trochę się spóźniliśmy. Mimo wszystko stoimy chwilę przy ulicy, na plakacie piszemy imię, robimy zdjęcia.

Chodzimy jeszcze przez chwilę po mieście, pogoda zmienia się co chwilę.

Postanawiamy pojechać już na Olympiastadion - stadion olimpijski. Został on wybudowany na igrzyska w 1912 roku i przypomina raczej twierdzę niż stadion. Jest murowany, ma cztery wieże i drewniane ławki. Najpierw jednak czeka nas przejażdżka jedną z wielu linii metra. Tutaj wszystkie stacje są ciekawie ozdobione i wyglądają bardzo ciekawie.

Przed stadionotwierdzą chodzą dziewczyny z różami - wiele partnerów biegaczy bierze je i wręcza po biegu.


Zajmujemy miejsce i przygladamy się wbiegającym na metę. Na ekranie wyświetla się kto dobiegł do końca - imię, nazwisko, kraj, czas. Najwięcej jest oczywiście Szwedów, na drugim miejscu są Finowie, dalej Norwedzy. Wielu jest także ludzi innych państw - przybiegło kilku Polaków, Portugalczyków, Hiszpanów. Udaje nam się obejrzeć także wręczenie medali za pierwsze trzy miejsca w czterech kategoriach - pań, panów, Szwedów i Szwedek. Większość miejsc w pierwszych dziesiątkach zajmują obywatele/obywatelki państw afrykańskich - Kenii, Etiopii czy nawet Erytrei - lub czarnoskórzy Szwedzi/Szwedki.

Gdy tata dobiega do mety, wychodzimy na zewnątrz i szukamy wyjścia - maratończycy nie wychodzą tym samym wyjściem co kibice. Wracamy metrem na statek, gdzie spędzamy trochę czasu.

Po przerwie znów ruszamy w miasto, tym razem sami. Teraz już nie pada, ale gdzieniegdzie wciąż są kałuże.

Na stacji Mariatorget wsiadamy do metra.

Wysiadamy w nieznanej nam jeszcze części miasta. Jest tu znacznie mniej ludzi niż wśród wąskich uliczek, ale nietrudno jest się domyśleć czemu - wszystko dookoła jest zamknięte.

Podczas spaceru naszym oczom ukazuje się niecodzienny widok - jest to centrum konferencyjne Waterfront.


Zatrzymujemy się na chwilę nad wodą. Są tu dwie ławki, ale jedna zajęta jest przez zakochaną parę. Nad brzegiem stoi dwóch Szwedów i spokojnie rozmawia. 

Teraz idziemy w kierunku Stadshuset - ratusza. Widać go jak na dłoni ze statku, więc oczywistością była chęć zobaczenia go z bliska. 

Nasze "zwiedzanie" ograniczamy jednak do przejścia przez dziedziniec i obejrzenia budynku z zewnątrz, za to nad brzegiem ponownie spędzamy chwilę. Tam siedzi już więcej osób, ale i widok roztacza się bardziej malowniczy. Powoli zachodzi słońce, które ciepło oświetla budynki i okręty po drugiej stronie. 

Gdy idziemy w kierunku metra, zauważam dwie dziewczynki spoglądające na ulicę z okien jednej z kamienic. Machają w moim kierunku. Robię im zdjęcie, a one zaczynają się śmiać. 

Gdy jesteśmy ponownie na statku, jest już dosyć ciemno. Idziemy spać, przygotowujemy się na kolejny dzień pełen zwiedzania. Dzień Dziecka. 


16 comments:

  1. zawsze kojarzyłam Szwecję z surowym, oziębłym klimatem [może dlatego że nigdy tam nie byłam;)] a szwedzki pewnie plasuję sie gdzież za językiem polskim jeżeli idzie o naukę;]

    ReplyDelete
    Replies
    1. Znając życie jest to pewnie nieskomplikowany język jeśli chodzi o gramatykę, ale wymowa to zupełnie inna sprawa. Chociaż na tym polu nic chyba nie pobije islandzkiego.

      Delete
  2. Bardzo przyjemna w lekturze relacja. Lubię Twoje zdjęcia, chętnie wróciłabym do Sztokholmu na kilka dni.
    Zachwyt językiem szwedzkim - znam to doskonale :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję. Podoba mi chyba każdy język z Północy, więc i szwedzki uważam za ciekawy. [Ale i tak pozostanę wierna fińskiemu]

      Delete
  3. Ech, zabierz mnie ze sobą następnym razem :3

    ReplyDelete
  4. Dziecko topiące w kałuży swoje samochody - bezcenne :)

    ReplyDelete
  5. zawsze się zastanawiam czy tzw. norweskie klimaty byłyby dla mnie, czy jednak nie. zawsze myślę, że dobiłby mnie brak słońca i zimno, ale jak oglądam krajobrazy albo czytam taką relację jak Twoja, to zaczynam sie wahać.
    nawet islandia, mimo że piekna, nie przekonala mnie na tyle żebym chciała tam zamieszkać.
    gratulacje dla taty! piękna rzecz, tak chcieć i móc.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Cóż, ja sama trochę bałam się kilku dni praktycznie bez słońca, ale okazało się to niczym przerażającym. A
      I to uczucie, gdy znów jest jasno! Myślę, że sama spokojnie wytrzymalabym w takich warunkach. Tacie gratulacje przekazałam, ucieszył się :-)

      Delete
  6. jejku. jejku. jejku jak tam pięknie. jakie piękne zdjęcia! jak pięknie napisane. zachwycam się, a moje serduszko rozpadło się na kawałeczki od tej pięknoty <3
    http://coeursdefoxes.blogspot.com/

    ReplyDelete
  7. Świetne zdjęcie. A jeszcze fajniej się to wszystko czytało. Chciałabym móc zobaczyć to wszystko na własne oczy ;)

    ReplyDelete
  8. Beautiful impression!
    Thank you very much, the picture were take in Schaffhausen, which is a city near the border between Germany and Switzerland. :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Thanks so much for the answer!

      Delete

Dziękuję!