12 July 2014

Tukholmassa {Dzień Dziecka}

Poranek nad brzegiem, schodzimy na ląd, idziemy na przystanek autobusowy. Chodnikiem idą rodzice z dziećmi. Tak się złożyło (a złożyć się nie miało, lenistwo wygrało z ambicjami), że akurat w Sztokholmie czytam Gender (a wcześniej kilka o feminizmie). I wyczulone oko zauważa ojców z wózkami, brak reklam z kobietami w bieliźnie/koszulce z dużym dekoltem/mini, wiszące gnieniegdzie tęczowe flagi (a nie opalone szczątki, choć od początku chodzi o symbol). Przypominają mi się chłopcy z klasy twierdzący, że się nie da. [a potem wracam do Warszawy]




Najlepszą porą na zwiedzanie są poranek i późny wieczór. Wtedy nie ma dzikich tłumów na ulicach, łatwiej za to o to prawdziwe oblicze, bez warstwy pudru i dokładnego makijażu. Nie do końca jeszcze w idealnym stanie, czasem nieco zmęczone. W większości miast tak jest, w południe, po południu, wszyscy na nogach, na ustach uśmiech i jest pięknie. Aby wypaść najlepiej.

Zwiedzanie zaczynamy od kilku przejazdów autobusami (choć można było raz metrem, ale w tym wypadku nie ma czego żałować, zobaczyliśmy większą część miasta). Pierwszym celem jest muzeum fotografii - Fotografiska. Wejściówki są drogie jak... nie, nie mam w sumie porównania. Są szwedzkie po prostu. Ale Dzień Dziecka jest raz w roku, a do biletu dodają wybrany plakat.

Fotografiska jest świetne. W środku jest wiele wystaw, ale nie ma miejsca na jakąkolwiek niedoskonałość - wszystko dopięte na ostatni guzik: Living shrines Lisy Ross, Dana Aid Dany Sederowsky, Roger Ballen, Melancholia Lu Kowskiego, galeria reportażu, galeria portretu i The red thread Sarah Moon - moim zdaniem najlepsza. [nie udało mi się jednak znaleźć miejsca w sieci, które byłoby pod takim samym wrażeniem co ja i umieściłoby więcej niż pięć zdjęć, chociaż tu chodzi też o przejmującą historię...].Niesamowite. A jak kogoś świetne zdjęcia nie ruszają, to w kawiarni na samej górze, obok portretów, mają dobre ciastka.

Jak już wspominałam, nagrodą za iście szwedzką cenę jest możliwość wybrania plakatu z dowolnej wystawy - jedej z obecnie wywieszonych lub tych, których podziwiać już nie możemy. Pada na Anny Clarén Close to Home. Przeglądanie albumów z pewnością nie miałoby końca, gdyby nie czekający na nas statek. Wychodzimy, zapłaciwszy uprzednio za pocztówki z fotografiami Vee Speers i Heleny Blomqvist.

Podróż trwa dosyć długo, ale za to udaje nam się zobaczyć z innego punktu widzenia miasto - zawsze coś.

Niedaleko brzegu znajduje się Gröna Lund, park rozrywki, który widzieliście już kilka zdjęć wcześniej - jest on dokładnie naprzeciwko Fotografiski. Przechodzimy przez niego szybko, bo dalej jest Skansen.

Kolejka po bilety jest dosyć długa, całe szczęście dla grup jest oddzielne wejście. Gdy w końcu udaje nam się doliczyć ile musimy zapłacić i kupić bilety, wchodzimy na teren skansenu.

Najważniejsze punkty na mapie Skansenu znajdują się na wzgórzu. Można dostać się na nie drewnianymi schodami, popularniejsze są jednak ruchome. Przez całą drogę na górę (a jest to długa droga, bo schody wolno jadą) podziwiać można fotografie z organizowanych tutaj ślubów.

Po wyjściu na świeże powietrze, wchodzimy do małej, szwedzkiej mieścinki - czerwone domki z trawą na dachach, mnóstwo kaczek (i kaczątek), ludzie w staromodnych strojach, zapach świeżych bułeczek... Idylliczny obrazek psują jedynie turyści, ale i tak jest fajnie. Dzieci dużo, ale nie ma co narzekać - mali Szwedzi i małe Szwedki mają cudowne włosy (:


Zwiedzanie Skansenu zaczynamy od posiłku. Pachnące bułeczki i lukrecjowe cukierki (na Dzień Dziecka).

Przypominać ma to wszystko życie w Szwecji pozbawionej prądu, bieżącej wody i wszelkich udogodnień, które dziś wydają się być najbardziej oczywiste. W czerwonych, drewnianych domkach pośród drzew. Czy wyszło? Niestety, mamy tutaj też dinozaury (trochę za bardzo w przeszłość...), papugi i całą masę nie do końca pasujących rzeczy.

Po wyjściu ze skansenu poszukujemy miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść obiad. W Sztokholmie bardzo mi się podoba to, że chociaż w karcie jedynymi niemięsnymi/nierybnymi pozycjami są napoje, to zawsze można poprosić o danie wegetariańskie. I nie będzie to wcale jajko sadzone + ziemniaki + surówka. Szwedzi są mistrzami w robieniu roślinnych kotletów - dyniowych, sojowych, jaglanych. Nie ma ich w karcie, kosztują z reguły tyle samo co pozostałe dania i są doskonałe.

Po posiłku żegnamy część grupy i idziemy w kierunku Muzeum Vasa. Najpierw jednak idę z bratem do Aquaria Vattenmuseum - czyli do akwarium. Podzielone jest ono na dwie części - żyjątka wód tropików i żyjątka morskie. Moim zdaniem bardzo ładnie i profesjonalnie (w części tropikalnej jest gorąco i duszno...), tylko małe to trochę.

.  Następnie idziemy w stronę Muzeum Vasa. Znajduje się tam statek, który zatonął niedaleko szwedzkiego wybrzeża w okresie potopu szwedzkiego (miał płynąć do Polski). W latach 60. XX wieku został wydobyty (proces ten jest tu dokładnie opisany). Robi wrażenie, bez wątpienia. Jest ciemno, a żółte światło pada na monumentalne dzieło. Dookoła przedstawiono, jak powstał, jak wyglądałoby życie na nim, gdyby nie zatonął i o jak wyglądał potop. Śmiesznie się złożyło - w poniedziełek, następnego dnia, moja klasa na lekcji historii omawia właśnie to zagadnienie.
Monumentalny. Ciekawe, jak Szwedzi klęskę - najpiękniejszy, największy okręt, ozdoba szwedzkiej floty, tonie zaraz przy brzegu - potrafią przerobić w ogromny sukces. Statek jest wymienianą w każdym przewodniku atrakcją, a ceny za bilet szwedzkie. Bardzo szwedzkie.

Zmęczeni zwiedzaniem siadamy na trawie przed budynkiem i wpatrujemy się w niebo. Chumry leniwie przesuwają się po błękicie, czas stoi w miejscu.


W drodze powrotnej natrfiamy na grupę ludzi w niebieskich workach (?), leżących na jedym z placów w pobliżu stacji metra.

Tak swoją drogą, to komunikacja miejska jest najlepszym sposobem na poruszanie się po mieście (gdy na spacer za daleko/za późno). Uwielbiam obserwować ludzi. Siedzą, stoją, czytają prasę, książki, reklamy na ścianach, słuchają muzyki przez małe słuchawki, wpatrują się w widok za szybą i odbicia współpasażerów w oknie. W metrze zawsze panuje taki specyficzny nastrój, może właśnie przez ciemność oświetlaną jedynie sztucznym światłem i charakterystyczny świst podczas jazdy.

Zajeżdżamy jeszcze raz do Fotografiska, na spokojnie pooglądać albumy. Wychodzimy z niczym, ale obejrzanych było wiele.

Miasto odpoczywa. Silne światło słońca z uporem wciska się do ukrytych za szłami okularów oczu.

Wchodzimy ponownie na zacumowany na brzegu statek, zostawiamy rzeczy w kajucie i idziemy na górny pokład. Zachód, rozciągająca się przed nami panorama Sztokholmu, ciepły koc i wygodny fotel.

Przy ostatnich promieniach schodzimy na stały ląd i nieśpiesznie spacerujemy nad wodą.


PS. Regularność pojawiania się postów na tym blogu nie powala. Wiem. Ponad miesięczny poślizg chyba najlepiej o tym świadczy. A będzie na razie tylko gorzej w tym temacie.W niedzielę jadę w Góry Stołowe, po powrocie Rumunia, potem skałki. A co działo się do tej pory? Pod koniec czerwca spełniło się jedno z moich wielkich podróżniczych marzeń i odwiedziłam Rosję. Spędziłam kilka dni w Petersburgu i nieco ponad jeden w Moskwie. Bez obaw, na sto procent napiszę. Muszę napisać, poskromię lenia i brak twórczej weny! Pierwsze dni lipca to Open'er Festival w Gdyni i kolejny punkt z listy do wykreślenia - widziałam na żywo Pearl Jam, a także Jacka White'a, Artura Rojka i Daughter. Było świetnie. Co jeszcze? Na mojej fotograficznej półce stoi od niedawna nowy przyjaciel - średnioformatowy Lubitel. Pierwszy film wyszedł idealnie, kolejne już czekają. Postaram się jeszcze przed wyjazdem zapisać kilka zdjęciowych postów - z analogami z ostatnich wypraw, ale nie tylko. Opublikują się automatycznie, kiedy mnie nie będzie.

PPS. Jeśli chcecie być jako-tako na bieżąco, zachęcam do zaobserwowania na instagramie - @polnocnywschod.

14 comments:

  1. Podpisuję się pod wieloma rzeczami, jakie piszesz o Sztokholmie i Szwecji, pod Twoimi spostrzeżeniami. Przeglądając Twoje zdjęcia mogłam miło powspominać swój pobyt w Sztokholmie sprzed kilku lat.
    Udanych wakacji!

    ReplyDelete
  2. Czuję, jakbym była tam z wami..

    ReplyDelete
  3. średni format! ajjj! czekam na zdjęcia.
    i rumunii zazdroszczę, marzy mi się bardzo.
    odpoczywaj pięknie!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki! Podzielę się pierwszymi zdjęciami już wkrótce :-)

      Delete
  4. Zaczynam czuć, że sama tam byłam :3 Oby więcej takich relacji, haha.

    ReplyDelete
  5. Jak tylko będę miała czas, to dokończę Sztokholm, opiszę Petersburg i Moskwę, a czeka mnie jeszcze Rumunia!

    ReplyDelete
  6. Ciągle wzdycham i zazdroszczę... miłych wakacji :))

    ReplyDelete
  7. Rumunia, zaczarowana kraina, nie mogę się doczekać, żeby spojrzeć na nią Twoim okiem :-)

    ReplyDelete
  8. No proszę - jaka frajda dla dzieciaków ;)

    ReplyDelete
  9. Włosy małej szwedki są piękne! Koniecznie, koniecznie, koniecznie dodaj zdjęcia z Rosji! Jeszcze nie miałam okazji jej odwiedzić i z chęcią przeczytam Twoją relację :)
    A.

    ReplyDelete
  10. Sztokholm jest moim marzeniem, chciałabym tam spędzić z 2 tygodnie. Ale muszę poczekać do 18-tki :p Piękne zdjęcia, przez nie chcę jeszcze bardziej odwiedzić Sztokholm :)
    No i czekam na zdjęcia z Rosji!!!

    ReplyDelete

Dziękuję!