12 August 2014

Петербург

Są takie miejsca na świecie, do których ciągnie człowieka i nie wie sam nawet dlaczego, dopóki tam nie pojedzie (a zdarza się, że nawet wtedy nie potrafi tego wyjaśnić). Po prostu.

Tak miałam z Rosją. Zawsze chciałam tam pojechać, zaczytywałam (i nadal się zaczytuję) książkami o niej, ale na pytanie po co? miałam mętlik w głowie i zaczynałam wymieniać, co chciałabym zobaczyć - choć wiedziałam, że nie chodzi wyłącznie o Bajkał, Plac Czerwony czy Prospekt Newski. Tylko magiczny moment wyjazdu nigdy nie nadchodził - rodzice już byli, wystarczy im, a to problem, bo wizy i tyle zachodu z tym wszystkim, a przecież sprawa z Ukrainą, nie możemy zignorować i tak dalej. Aż padła propozycja od znajomych (jeszcze raz wielkie dzięki!) - jedziemy do Petersburga i Moskwy za parę miesięcy, zabieracie się z nami? Nie można było odmówić. Ruszyła wielka machina wizowa, ja sama spędziłam mnóstwo czasu na przeglądaniu stron internetowych i zapisywaniu na długiej liście miejsc, które koniecznie muszę zobaczyć, przypominaniu sobie alfabetu. Dokumenty zostały złożone, pozostało czekać. Każdego dnia po powrocie ze szkoły padało pytanie są już te wizy? i każdego dnia odpowiedź była negatywna. Wyobraźcie sobie te czarne myśli kłębiące się w mojej głowie - na pewno ich nie dostaniemy, niemożliwe, nie będzie ich.

Pewnego ciepłego, słonecznego popołudnia usłyszałam w słuchawce telefonu głos mamy są wizy. Miałam ochotę skakać pod niebo z radości, pochwalić się tym każdemu spoconemu pasażerowi warszwskiego tramwaju w godzinach szczytu, którym właśnie jechałam  (ostatecznie oszczędziłam im tego). Zaczęło się  odliczanie, jeszcze trzy... dwa... jeden...

***

Czemu jeszcze nie oddali nam paszportów, dlaczego ona jeszcze je trzyma i znowu przegląda, przecież wszyscy tak szybko przechodzą i po strachu... Kurczę, pewnie coś nie tak, pewnie nie te wizy, bywa i tak... Pażauste, pażauste, oddaj już te paszporty, przecież wszystko jest dobrze...

Stoimy i czekamy przy okienku kontroli paszportowej w Petersburgu. Kobieta w mundurze już chwilę ogląda uważnie wklejone wizy, porównuje nasze twarze ze zdjęciami w dokumentach. A może to tylko czas się tak dłuży.

Jest. Możemy już wychodzić. Czytam szeptem rosyjskie dookoła. Warto w tym momencie napisać, że rosyjskie dzieci dopiero rozpoczynające edukację sklejają litery rosyjskie szybciej ode mnie, więc każde odczytane słowo, już nie wspominając o zrozumianych, sprawia, że na mojej twarzy pojawia się jeszcze większy uśmiech.

Zajmujemy miejsce w jednym z autobusów, obserwuję ludzi dookoła. To jest Rosja. To są Rosjanie. To jest rosyjski aftobus. Aftobus to jedno z nielicznych [eufemizm] słów, które znałam przed przyjazdem po rosyjsku. Siedzimy więc w aftobusie, nagle słychać charakterystyczny komunikat, który przewijać się będzie w najbliższych dniach, aż stanie się niezauważalny. Astarożnaja, dweri zakrewajutse. Sljeduszczaja stacja...

Mijamy kolejne budynki, ciągle próbuję nieco zwięszyć prędkość mojego odszyfrowywania, ale jest ciężko.

Od razu po wyjściu przesiadamy się do metra. Ooo. Metro w Paryżu, Sztokholmie (Warszawę, przynajmniej na razie, pomijam w tej wyliczance specjalnie) - to jedynie dziecinna zabawa. Schody pędzą tak szybko, że trzeba skakać przy wejściu i zejściu, a jedzie się na tyle długo, że chciałoby się usiąść. Stacja jest dziełem sztuki (socrealistycznej, tak dla jasności). Robi wrażenie.

Kilka stacji później jesteśmy wreszcie niedaleko miejsca, gdzie spędzimy kilka następnych nocy i gdzie zostawimy wszystkie tobołki. To znaczy tak nam się wydaje. Idziemy, idziemy, idziemy i nic. Rzut oka na mapę, to już blisko, idziemy, idziemy, idziemy i ... nic. Wreszcie, po dłuższym błądzeniu po Petersburgu, wreszcie trafiamy gdzie trzeba. Chwila przerwy i ruszamy na obiad.

Zdesperowany z głodu podróżny nie szuka najlepszego miejsca, szuka najbliższego. I tak oto trafiamy do małej knajpki pełnej ludzi - właśnie trwa mecz, wprawdzie nie gra w nim reprezentacja Federacji Rosyjskiej, ale i tak to dobry pretekst do zatrzymania się.

Następnie idziemy w kierunku Muzeum Arktyki i Antarktyki. Po drodze mijamy pierwszego podczas wyjazdu Lenina. Powstaje w mojej głowie plan - będę ich wypatrywać i uwieczniać, zobaczymy, ile wypatrzę.

Pierwszym zwiedzonym przez nas muzeum jest więc Muzeum Arktyki i Antarktyki. Jest ono nieduże (przynajmniej w porównaniu z Ermitażem...), ale bardzo interesujące, nie do końca ze względu na eksponaty (choć jest co oglądać), ale na upolitycznienie wystawy. Lenin po raz drugi. Nie wiedziałam, że tak się da. Nawet jest pokazane, jak bohaterski, radziecki polarnik operuje... sam siebie (dla osób o mocnych nerwach!). Poza tym - jacy radzieccy odkrywcy byli wspaniali, odważni, wytrzymali, niesamowici. Jest drobna wzmianka o przedstawicielach innych państw, ale nie są oni przedstawieni tak jak radzieccy/rosyjski. Bilet nie jest drogi, ale trzeba dopłacić za robienie zdjęć (czego nie zrobiłam, dlatego nie możecie zobaczyć tutaj ani jednego obrazka z muzeum). Moim zdaniem warto, tak subiektywne przedstawienie historii jest swoistą ciekawostką kulturową, dla której warto wyciągnąć te parę rubli z kieszeni.

Następnie udajemy się na Dworzec Moskiewski, gdzie kupujemy bilety na pociąg do Moskwy. Brzmi łatwo, ale trwa niesłychanie długo. Nie wiem, ile czasu tam spędziliśmy, ale już nigdy nie będę narzekać na biletomaty, nawet jak znowu ukradną mi parę złotych czy nie będzie w nich biletów na ulgę szkolną, przysięgam!

Kupujemy butelkę kwasu chlebowego i wracamy metrem. Już pewnie wspominałam, że to mój ulubiony sposób na poruszanie się po mieście. Nawet te długie schody szybko polubiłam, bo lubię obserwować ludzi, tak bez wtrącania się i komentarzy, tak po prostu.

W rosyjskim metrze co i rusz słychać jakieś komunikaty i o ile astarożnaja, dweri zakrewajutse, sljeduszczaja stacja: baltijskaja jeszcze zrozumiem, to już cała reszta równie dobrze mogłaby być po chińsku. W takich wypadkach przydają się ludzie, którzy rosyjskiego uczyli się obowiązkowo w szkole i potrafią coś w tym języku powiedzieć. Więc gdy słyszałam inny komunikat, prosiłam o przetłumaczenie rodziców. Jedną z informacji, które padały prawie za każdym razem, gdy jechaliśmy, był nakaz ustąpienia miejsca kobietom, chorym i starszym.

Zaczyna coraz bardziej wiać, chmurzy się. Chowamy się przed nadciągającym deszczem, a potem przez okna oglądamy podwójną tęczę nad Petersburgiem.

Zanim będzie (prawie) zupełnie ciemno, wyruszamy jeszcze na krótki spacer.

Jednym z powodów, dla których ludzie odwiedzają Petersburg w lecie, są białe noce. Oczywiście, to nie spodziewajcie się 24-godzinnego dnia, jak w najbardziej północnych częściach kontynentu, ale i tak - zwiedzanie można tu zakończyć znacznie później niż na przykład w Warszawie.


15 comments:

  1. Cieszę się, że udało Ci się odwiedzić miejsce, o którym marzyłaś :)
    Ja mam tak samo: ciągnie mnie do Meksyku i też nie potrafię powiedzieć dlaczego.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mam nadzieję, że uda Ci się tam pojechać, bo bywa, że to wszystko wyjaśnia (:

      Delete
  2. thank you for your comment. i am a big fan of your pictures, too :) we have a different style, but i really like how you catch the little moments in life and document them!

    maria

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oh,thank you so much Maria! Your comment really means a lot for me (:

      Delete
  3. Nie wiem dlaczego ale też chcę zobaczyć Rosję, ona ma coś w sobie !! Czekam na kolejną relację ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. No ma... Uzbrój się w cierpliwość :P

      Delete
  4. Ale super że byłaś w Petersburgu, już od wielu lat planuję się wybrać, ale ciągle nie wychodzi... Byłam w Moskwie i nad morzem czarnym, ale Peterburg jest 100 razy lepszy :D Miłego wyjazdu!

    ReplyDelete
  5. są takie miejsca, które nas przyciągają
    bardzo ciekawie opowiedziana i pokazana relacja

    (mypuffs)

    ReplyDelete
  6. I kolejny raz świetne zdjęcia ;D

    ReplyDelete
  7. Nigdy nie miałam okazji być w Rosji, ale kto wie, może kiedyś :).

    ReplyDelete
  8. dlatego nie lubię oglądać filmu tuż po przeczytaniu książki, książka będzie dla mnie interesująca nawet jeśli znam już losy bohaterów
    w drugiej części filmu przede wszystkim zabrakło mi specyficznego humoru

    zegarek kilka lat temu kupiłam na wyprzedaży w reserved

    ReplyDelete
  9. cudownie, że jednak udało Ci się pojechac i zobaczyć wszystko to o czym marzyłaś! (:

    ReplyDelete
  10. zazdroszczę Ci wyjazdu. ze zdjęć i filmów uważam, że to piękny kraj. fajnie, że twoje marzenie się spełniło. serio, podziwiam :) !

    a zdjęcia jak zawsze przepiękne!

    ReplyDelete

Dziękuję!