08 September 2014

Czy to już koniec świata?

Witebski Wakzał idealnie zgrał się z pogodą. Szarości nieba, szarości dworca, szarości elektriczek, szarości zasłon w niebieskich pociągach. Wizyta celem przedostania się do drugiego rosyjskiego Wersalu skutkuje przeniesieniem się w czasie.



Pociąg podmiejski, zwany elektriczką, jest znacznie szerszy niż spotkać można w Polsce - to zasługa szerzej rozstawionych torów, było na geografii.  Wagon jest prawie pusty, na kilkadzisiąt miejsc nieco ponad dziesięciu ludzi i pociągowi sprzedawcy rzeczy niepotrzebnych, które schodzą bardzo elegancko. Siedzi pod oknem młody chłopak i przegląda zeszyt, na siedzeniach rodzice z wózkiem, w którym dziecko leży po królewsku, w czapce i kurtce, choć nie jest bardzo zimno, tylko trochę. Panuje cisza, skład stoi na peronie, na torze, zaraz odjedzie z peronu, z toru. I minie zaraz ponure bloki przyprawiające o delikatny smutek w cichym głosie w jeszcze cichszym wagonie. I zaprowadzi do miasteczka, miasteczka rosyjskiego, pełnego znacznie bardziej otwartego smutku, pozabawionego dumy znanej z mediów i miast. Duma jest niedaleko, pełna złota, bursztynów, obrazów i rzeźb.

Jesteśmy już w małym mieście o imieniu poety. Puszkin. Znaleźliśmy już wyjście z jedynego peronu dworca, teraz patrzymy na mapę i widzimy drogę. Stosunkowo długą i my nie stąd, to i skomplikowana, a zaraz obok stoi marszrutka, to haraszo, to marszrutka. Jedzie więc w stronę wielkiego pałacu z wielkim parkiem przez uliczki pełne bloków z płyty i ludzi z czarnymi parasolami.

I oto jest, wynurza się w deszczu zza drzew - Pałac Katarzyny. Widoczek pocztówkowy, widoczek do nabycia na Newskim i wysłania znajomym.

Deszcz przestaje padać, a my jesteśmy coraz bliżej złotych kopuł. Nie ma od tej strony ludzi i jest cicho, cisza dzwoni w uszach i zdaje się być ostatnim tchnieniem spokoju.

Udaje nam się znaleźć wejście, wschodzimy więc, zostawiamy mokre jeszcze kurtki w szatni, na buty zakładamy muzealne kapcie i ustawiamy się grzecznie w kolejce. Jedną z pierwszych oglądanych komnat jest sala balowa. Na każdej ze ścian znajdują się lustra, wydaje się przez to jeszcze większa. Gdzie nie ma luster, jest złoto. Albo okna, też wielkie i optycznie zwiększające salę.

Kolejne są bardzo podobne do siebie, ściany dosłownie zapchane obrazami (jedynymi miejscami bez nich są okna, wejście i piec kaflowy). Nie wiadomo na co patrzeć.

Najważniejsza jest jednak Bursztynowa Komnata. Stworzona z rozkazu Fryderyka I Hohenzollerna w 1701 roku, podarowana carowi przez jego następcę na tronie pruskim, Fryderyka Wilhelma. Początkowo w Pałacu Zimowym, potem przeniesiona do Carskiego Sioła. I istniała tam sobie spokojnie aż do II wojny światowej, a dokładniej do 1941 roku, kiedy to Niemcy wywieźli ją i słuch po niej zaginął. To, co możemy oglądać obecnie to rekonstrukcja zrobiona na trzechsetną rocznicę założenia Petersburga. Ale i tak robi wrażenie. Nie można w niej robić zdjęć, bardzo tego pilnują, więc spróbuję Wam ją opisać. Wyobraźcie sobie dosyć sporą salę, której ściany niczym tapetą, wyłożone są bursztynem - wyszlifowanymi kawałkami, w większości niewiele mniejszymi od pięści. Do tego białe rzeźby tudzież inne ozdoby oraz duże okna et voilà!

Potem już idziemy prosto do wyjścia, bo już oczy od tego wszystkiego bolą. A że do odjazdu pociągu do Petersburga zostało jeszcze całkiem sporo czasu, zwiedzamy park. I znów, młode pary, matki z dziećmi, wielu fotografów i bogato zdobionych budynków oraz ławek.

Wreszcie przychodzi moment na ucieczkę z zespołu parkowo - pałacowego. Wychodzimy, idziemy ponownie pocztówkową ulicą i czekamy na marszrutkę. Gdy przyjechała wreszcie, czasu do odjazdu pociągu jest już znacznie mniej. Jedziemy wśród różnych odcieni szarości, aż trafiamy na peron.

W Pitrze kilka znajomych stacji metra i jesteśmy na Newskim. I tu zaskoczenie - ruch samochodowy został wstrzymany, wszędzie dużo policji. Wyglądałoby nieco strasznie, gdyby nie wiszące wszędzie balony.

Na obiad ponownie czebureki. Jeżeli nie mieliście jeszcze ich okazji spróbować, a macie taką możliwość - szczerze polecam. Przed wyjazdem zastanawiałam się jak to będzie z wegetariańskim jedzeniem na wschodzie, ale w dużych miastach nie stanowi to zupełnie problemu.

Po posiłku zaczynamy to, na co czekałam z niecierpliwością właściwie od przyjazdu. Zwiedzanie miasta śladami najbardziej znanej ksiażki Dostojewskiego, Zbrodni i kary. Przejazd metrem i jesteśmy na Placu Siennym.

W czasach pisarza na Siennaja Plaszadz' znajdował się targ, w czerwcu dwa tysiące czternastego jest już tylko na mozaice na stacji metra.

Oglądamy miejsca, gdzie toczyła się akcja powieści i gdzie została napisana. Przechodzimy obok domów Rodiona Raskolnikowa, Dostojewskiego i Sonieczki.

pamiątkowa tablica na domu Raskolnikowa
Przy okazji przyglądam się uważnie ludziom, jakbym szukała bohaterów dla Dostojewskiego. Zauważam kilka par, za każdym razem moją uwagę przykuwa ten sam detal. Chłopak idący z dziewczyną zawsze niesie jej torebkę, niezależnie czy sam ma bagaż czy nie.

Wieczorem planujemy oglądać otwieranie mostu na Newie, które ma miejsce w kompletnie nieturystycznych godzinach, więc zachodzimy jeszcze tylko na Kroszki Kartoszki (spore ziemniaki z nadzieniem) i udajemy się ponownie do metra.

Mija trochę czasu, trochę wypitego kwasu i na zewnątrz jest już ciemniej. Wyruszamy więc w miasto.

Na stacji metra Baltijskij nie ma wielu ludzi choć to prawie ostatnia szansa na przemieszczanie się koleją podziemną tej nocy. Piekło zaczyna się na następnej stacji. Gdy na zatłoczony peron podjeżdża skład, tłum dosłownie wlewa się do środka. Jest tak ciasto, że nie ma możliwości jakiegokolwiek ruchu. Naprawdę. Jak na koncercie festiwalowym pod sama sceną. I potem to wszystko wtacza się na stację i dalej na schody, wszyscy na raz. Ostatnie metro, to dlatego - tak to sobie tłumaczymy. A potem wychodzimy na zewnątrz.


Tu policja, tam policja, z mundurowymi kłócą się petersburżanie, wszędzie leżą butelki, ludzie z wielkimi rosyjskimi flagami, jest strasznie głośno, mnóstwo ludzi, kotłuje się to wszystko. Tam coś rozlane, tam dresiarze. Kurczę, co się tutaj dzieje?! 


A im dalej Newy tym ludzi więcej, tym syf na aslfalcie większy. O co chodzi o co chodzi o co chodzi o co chodzi?! 


Zauważamy nagle plakat, na nim dzisiejsza data, niedaleka godzina i... sztuczne ognie. Czyli to pokaz sztucznych ogni, nic się nie dzieje, wszystko w porządku. Teraz już tylko próbujemy się nie zgubić. Od razu zrobiło się przyjaźniej.


Stoimy w tłumie nad rzeką i czekamy. I się zaczyna. Jest pięknie.

Jednak następnego dnia czeka nas poranny pociąg do Moskwy, więc nie możemy sobie pozwolić na obejrzenie całego pokazu. Metro już nie kursuje, zaczyna dopiero za kilka godzin, musimy więc złapać taksówkę. Na postoju stoi dwóch taksówkarzy. Jeden w szarym garniturze z mercedesem, drugi, z wyglądu przypominający raczej Kazacha czy Uzbeka niż rodowitego petersburżanina, stojący z ładą. Podchodzimy do pierwszego, podajemy lokalizację i pytamy: ile?
- 1200 rubli. - 120 złotych. Trochę za dużo, nawet jak na środek nocy i całkiem ładny kawał drogi.
Podchodzimy do drugiego, pytamy o to samo i słyszymy: 600 rubli. 60 złotych. Jest nas szóstka, do samochodu więcej niż cztery nie wejdzie i kierowca doskonale to widzi. Jak dacie 800 rubli, to się wszyscy zmieścicie. Dobra dobra, łada to łada i nie jest workiem bez dna. Jedziemy w czwórkę.

Ostatnie spojrzenie na fajerwerki, widać je znacznie lepiej niż nad Newą.

15 comments:

  1. Uwielbiam Twoje przemyślenia, uwielbiam Twoje kadry, uwielbiam wszystko co się tu znajduje.

    ReplyDelete
  2. Rosja nigdy mnie jakoś nie interesowała. Nawet nigdy jej nie brałam pod uwagę jako kraj, który w przyszłości chcę odwiedzić, ale dzięki tej notce dodałam ją na swoją ''listę'' :)
    A zdjęcia jak zwykle zachwycają.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bardzo mi miło i dziękuję Ci niezmiernie!

      Delete
  3. bardzo mi się podobają zdjęcia + sposób w jaki je obrabiasz, taki stonowany, oszczędny. cała relacja mi się podoba, będzie jeszcze dużo?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki! Niestety, w Rosji byłam tylko 5 dni, więc zostały już tylko dwa posty, ale za to z Moskwy :)

      Delete
  4. chłopak w pociągu - mistrzowskie zdjęcie

    ReplyDelete
  5. robisz przepiękne zdjęcia! Naprawdę mnie urzekły, bardzo fajny klimat :)
    creativamente.

    ReplyDelete
  6. lubię Twoje zdjęcia i relacje. widoczki pocztówkowe są fajne, bo przecież fajnie jest dostawać pocztówki. tego lata dostałam kilka i było to niezmiernie miłe.
    i fajnie Cię zobaczyć na jednym ze zdjęć w sali pełnej złota i luster.
    najbardziej klimatyczne zdjęcie to to z lampionem. bardzo mi się podoba!

    ReplyDelete
    Replies
    1. dzięki! haha, sala pełna złota i luster to kompletnie nie moje klimaty, ale miło usłyszeć :)

      Delete
  7. Czytam z wielką przyjemnością. Dawno już Rosja zwróciła moją uwagę jako państwo wschodnie tak rozległe i tak rozmaite, że aż nie do ogarnięia. Chciałabym ją poznać. Teraz, kiedy nasiliły się konflikty Rosji z Ukrainą i innymi państwami Europy coraz bardziej chciałabym się przekonać, jak wygląda ta Rosja, tak ogólnikowo wszędzie nazywana. Pozdrawiam :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Niewątpliwie Rosja, którą uwielbiamy sprowadzać do jednej osoby, jest wyjątkowo różnorodna i interesująca, z pewnością warta odwiedzenia.

      Delete

Dziękuję!