19 September 2014

mir (?) - drużba (?) - barszcz (!)

W siódemkę, bo doszedł do nas jeszcze Wołodia, kolega G., idziemy na śniadanie - do Tarasa Bulby, ukraińskiej knajpki pośród socrealistycznej zabudowy, 10 minut nieśpiesznego spaceru od najbliższego pałacu, opisywanego w poprzednim poście. W środku jest wyjątkowo ładnie, przytulnie - można spokojnie zapomnieć gdzie się jest. Menu jest po rosyjsku i angielsku, a także w innych, mniej popularnych językach. Wzięliśmy po polsku i z coraz większym uśmiechem na twarzy próbowaliśmy je przeczytać. Poza cudownościami znanymi każdemu, kto kiedykolwiek miał styczność z narzędziem "google translate", były na przykład braki spacji na całej stronie. W końcu skorzystaliśmy z podstawowych wersji.
Zamówiłam syrniczki i kwas chlebowy - najlepszy w mieście (subiektywnie, to nie jest reklama). Co do syrniczków, to wprawdzie G., E. i Wołodia próbowali mniej więcej wytłumaczyć co to, ale udało im się tylko mnie zachęcić do spróbowania. I była to dobra, bardzo dobra decyzja. Są to niewielki placuszki z białego sera, podawane z kwaśną śmietaną. Przepyszne.


Chwilę jeszcze siedzimy pijąc resztki kwasu i z żalem patrząc na pusty talerz po syrniczkach. Zanim jednak ruszymy odkrywać Moskwę, robimy zdjęcia tablicy stojącej przed budynkiem. Dla nieznających cyrylicy i rosyjskiego: pokój - przyjaźń - barszcz. Przypominam, że knajpka ukraińska, a my jesteśmy w Rosji.


Jedziemy razem przez Moskwę, tym razem wyjątkowo nie metrem, co akurat wychodzi nam na dobre - możemy podziwiać przez przednią szybę samochodu moskiewski Manhattan. Spróbujcie to sobie wyobrazić - jedziecie otoczeni przez groźnie wyglądające konstrucje, wszystkie wyglądające niemalże tak samo i nagle wyłania się niepasujący element układanki, który nie mógł być położony nigdzie indziej. Rząd ogromnych niebieskich wieżowców, część jeszcze w trakcie budowy. Kopiujwklej do Moskwy. Odcinający się od ponurej szarości dnia codziennego, jednocześnie jakby nieobecny, jak przeniesiony z innej rzeczywistości, innego wymiaru. Nietutejszy. Mikroświat w wielkim mieście.

Oficjalnie nazywa się Moskowskij Mieżdunarodnyj Diełowoj Centr, Moskiewskie Międzynarodowe Centrum Biznesowe czy też Moskwa City. Znajduje się tutaj m.in. niecałkowicie widoczny na zdjęciu Mercury City Tower (pomarańczowe coś po prawej, częściowo za innym budynkiem), od listopada 2012 najwyższy (338.8 m) budynek w Europie. Pałac Kultury jest ok. 100 m niższy.

Zostawiamy za sobą błękit odbity w szklanych wieżowcach i jedziemy dalej, słuchając opowieści o mieście. Przejeżdżamy obok Bramy Triumfalnej, która została wybudowana by upamiętnić zwycięstwo wojsk carskich nad Napoleonem w 1812. W 1936 został zliwkwidowany, a w 1968 odtworzony.

Łuk znajduje się w pobliżu Pokłonnajej Gory, stanowiącej część Parku Zwycięstwa, upamiętniającego Wielką Wojnę Ojczyźnianą. Znajduje się tutaj m.in. muzeum tejże i pomnik upamiętniający zwycięstwa Armii Czerwonej.

Co jednak zwraca naszą uwagę, to ogromna ilość weteranów obwieszonych medalami, ludzi w mudurach, świeżych kwiatów.... Dlaczego? Tutaj tak zawsze? Coś się stało? No przecież dzisiaj 22. czerwca - tłumaczy Wołodia. No i? Rocznica napaści wojsk hitlerowskich na Związek Radziecki, dwudziesty drugi czerwca 1941. To wprawdzie nie jest święto narodowe, ale i tak trzeba to upamiętnić.

Przyszły dzieci w eleganckich strojach, przyszli żołnierze, przyszli weterani. Na wietrze powiewają czerwone flagi. Ci, którzy nie mają orderów, mają pomarańczowo - czarne wstążki, które symbolizują zwycięstwo w 1945 oraz upamiętniają wszystkich tych, którzy walczyli a orderów nie dostali.

Zmęczeni tym wszystkim oddalamy się w kierunku Arbatu. Tym razem jest już trochę więcej ludzi, ale i ciepło, i miło, i mimo wszystko jakoś lepiej niż w Parku Zwycięstwa - mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć. Zachodzimy do sklepu z pamiątkami, który jednocześnie jest antykwariatem (co w Moskwie nie jest częste - antykwariat ciężko jest znaleźć, stare przedmioty prędzej w lombardach). Znajdujemy, a dokładniej mój brat znajduje, Lubitela. Starego, dobrego Lubitela (ukłony w stronę E.). Kupujemy mnóstwo pocztówek, najdłużej stoimy przy tych propagandowych. Jest ich mnóstwo, są wyjątkowo różnorodne.

Na krótki odpoczynek udajemy się do Szokoładziarni. Po drodze mijamy rozmawiających sobie na ławeczce Lenina i Stalina.

Zatrzymujemy się w Szokoładziarni, zamawiamy po czekoladzie i czekamy. Niektórym przynoszą od razu zbyt słodką by wypić za jednym razem (coś pomiędzy czekoladą w tabliczce a pitną - bardzo gęste), inni czekają. Czekają. Czekają. Czekają. Pojawia się w końcu inicjatywa, żeby pójść powiedzieć kelnerowi, co się o nim myśli, ale zostaje zduszona w zarodku - zgłupieliście?! chcecie żeby wam do kubków napluli?

Przechadzamy się jeszcze przez chwilę po Arbacie. Mnóstwo tutaj różowych/niebieskich/czerwonych puchatych czapek z sierpem, młotem i czerwoną gwiazdą, takich jak tutaj. Są też plastikowi, czołgający się żołnierze zamiast trzesących się piesków, surrealistyczne mieszaniny nielogiczne połączenia socrealizm car wiek obecny. Moskwa w miniaturze.

Wracamy do samochodu i jedziemy w kierunku Placu Czerwonego. Mijamy bibliotekę im. Lenina, pomnik Dostojewskiego. Wysiadamy i idziemy zobaczyć na własne oczy najbardziej rozpowszechniony wizerunek miasta.

Pod kolejnym związanym z Leninem miejscem czekamy na możliwość dojścia do Placu Czerwonego, po przedostaniu się na drugą stronę bezskutecznie próbujemy znaleźć wejście. To wcale nie jest takie łatwe, uwierzcie.

W końcu jesteśmy, obeserwuję Rosjan robiących sobie dziesiątki zdjęć na tle Soboru Wasyla Błogosławionego czy mauzoleum Lenina. 

Aha. Czyli to wszystko tak wygląda. No ładnie.

Stoimy przez chwilę w tłumie, a potem ruszamy w kierunku metra.

Jeszcze w Petersburgu G. opowiadał nam dowcip, który miał pokazać naturę mieszkańców byłej i obecnej stolicy. Wchodzi do metra starsza kobieta, a chłopak, który siedział przy wejściu od razu wstaje. "Pan z Petersburga?" pyta kobieta, on odpowiada "skąd pani wie?". "Ustąpił mi pan miejsce". "Pani z Moskwy?", "a skąd pan wie?. "Nie powiedziała pani dziękuję". 

Do metra wchodzą dwie kobiety, dwóch chłopaków natychmiast się podnosi, kobiety dziękują. 

Albo wszyscy z Petersburga, albo stereotyp nie działa.

Wracamy do samochodu i jeszcze przez chwilę oglądamy Moskwę.

Wpatruje się w krajobraz miejski po raz ostatni. Smutno, ale ostatnie chwile w podróży zawsze takie są.

Zajeżdżamy jeszcze po bagaże i jedziemy na Dworzec Białoruski (Bielaruskij Wakzal'). Stojąc w otoczeniu czerwonych gwiazd i czerwonych flag kupujemy bilety na pociąg na lotnisko Szeremietiewo, żegnamy się z Wołodią i znikamy z nosami przyklejonymi do szyby.

Szybko jesteśmy na miejscu i szybko znajdujemy Kroszki Kartoszki na lotnisku. Punkt obowiązkowy. Kartoszek z serem + kwas chlebowy na pożegnanie z Rosją. 

Szybko przechodzimy przez wszelkie kontrole, dostajemy pieczątki wyjazdowe w paszportach. Czekamy na samolot do Rygi, gdzie czeka nas przesiadka. Siedzimy wraz z innymi pasażerami, kończymy rosyjską wycieczkę.

Jako że jedziemy z państwa spoza Unii, musimy przejść przez kontrolę w Rydze jeszcze raz. Wychodzi na jaw, że próbowałam nielegalnie przemycić jedną butelkę coca - coli. Kupionej w Moskwie, jeszcze przed przyjazdem na Szeremietiewo. Czyżby Rosjanie nie dokładnie sprawdzili mój bagaż....?

W Rydze, pomijając przylot, byłam ostatni raz nieco ponad rok wcześniej i miałam ogromną ochotę jeszcze raz powłóczyć się po uliczkach starówki, zjeść chleba łotewskiego z miodem, posłuchać grających i śpiewających pod pomnikiem wolności... tym razem jednak stoimy już w kolejce z biletami, po chwili jesteśmy już na pokładzie i jesteśmy w drodze do Warszawy. 

I koniec.

PS. Wyprawa ta pewnie nigdy by się nie odbyła, gdyby nie G. i E.. Należą im się za to tony kroszków kartoszków i hektolitry kwasu chlebowego!

PPS. Jeżeli jeszcze nie zauważyliście, pod nagłówkiem pojawił się link do "portfolio". To tam teraz wrzucam zdjęcia z wszelkich sesji, nie tutaj.

26 comments:

  1. Zupełnie inny świat w tym poście niż w poprzednim i inny niż ten świat, do którego ja zazwyczaj podróżuję.
    Bardzo to dla mnie ciekawe.

    ReplyDelete
    Replies
    1. I to jest właśnie w Moskwie najlepsze, z turystycznego punktu widzenia - ona jest zupełnie inna od wszystkich miast europejskich.

      Delete
  2. Jak zawsze jestem pod wrażeniem tego, jak patrzysz na świat i jak potrafisz to w niestandardowy sposób zaprezentować. Piękna relacja!
    Rosja mnie szczególnie nie kusi jeśli chodzi o cel podróżniczy, ale mimo wszystko chciałabym kiedyś poczuć i zobaczyć tą "inność", o której wspominasz i jestem przekonana, że masz rację.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki! Tak, Rosja jest zupełnie inna od czegokolwiek, nawet w znacznym procencie jeśli chodzi o nasze wyobrażenie o niej (-:

      Delete
  3. Nie wiem dlaczego ale ciągnie mnie żeby zobaczyć Moskwę - ona ma to coś w sobie. I zdjęcie z wieżowcami - super :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jakby się dobrze zastanowić, to w każdym mieście się "coś" znajdzie :D
      Dzięki! Do Moskwy pojechać warto, w każdym razie moim zdaniem.

      Delete
  4. Moskwa wygląda fascynująco, przeglądanie Twoich zdjęć było dla mnie fajnym przeżyciem!:(

    ReplyDelete
  5. Robisz tak cudowne zdjęcia, że czułam jakbym tam była. :) Piękne miasto.

    xxtinaaaxx.blogspot.com

    ReplyDelete
  6. Bardzo ciekawy wpis i piękne zdjęcia Zuziu :)))

    ReplyDelete
  7. Rzeczywiście wieżowce doklejone niczym Tatry w plakacie Krakowa z okazji Igrzysk Zimowych :)

    ReplyDelete
  8. jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do Rosji... ale po Twoim poście muszę przyznać, że trochę zaciekawił mnie ten kraj i może kiedyś będę chciała go zwiedzić. mam nadzieję, że wtedy mi się to uda :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. o, bardzo mi miło z tego powodu :) powodzenia - naprawdę warto!

      Delete
  9. cała relacja z wyjazdu bardzo udana, czekamy na kolejne z następnych podróży:)

    ReplyDelete
  10. piękne zdjęcia i piekne miejsca :) dodałem plusika

    ReplyDelete
  11. Zmieniam zdanie o Rosji, po czytaniu Twoich postów. Może nawet pojawi się na mojej liście miejsc do odwiedzenia.
    A.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bardzo mnie to cieszy, Rosja jest wyjątkowo interesującym krajem, historycznie, artystycznie, w każdą możliwą stronę. A Rosjanie to nie tylko nieprzyjaźni politycy i "zielone ludziki z bronią z supermarketu" :)

      Delete
  12. właśnie się zorientowałam, że jeszcze nigdy nie piłam kwasu chlebowego.
    podoba mi się Twoja relacja. tak naprawdę bardzo mało blogów czytam, ale Twojego zawsze jak się pojawi w czytniku. i podoba mi się że wszystko jest u Ciebie takie spójne i konsekwentne.

    ReplyDelete
    Replies
    1. <3
      kwas chlebowy jest przepyszny, musisz koniecznie!

      Delete

Dziękuję!