18 October 2014

drum bun!


Maramuresz. Góry, zielono dookoła, wsie same, na razie ani jednego miasta od wyjazdu z Satmaru.

Rumunia, dzień drugi, przystanek pierwszy: Săpânța, Cimitrul Vesel. Pierwsi i jedyni turyści tego dnia napotkani w trasie. Pierwsze i ostatnie tego dnia stoiska z kiczowatymi pamiątkami. Ale to nie o turystów i pamiątki tu chodzi. Wesoły cmentarz, a więc przewaga szczęśliwego życia nad ponurą śmiercią. Na pomalowanych na niebiesko drewnianych nagrobkach lokalny artysta pisał epitafia z humorem, malował kolorowe portrety czy ilustrował zmarłego życie lub śmierć. Nazywał się Ioan Stan Patraş, to jemu marmaroski cmentarz zawdzięcza ową wesołość mimo wszystko, uśmiech przez łzy.





Wychodzimy z cmentarza, idziemy coś zjeść (ach, te przyziemne potrzeby!). Gdy przed wyjazdem czytałam o kuchni rumuńskiej, trochę się przestraszyłam. Na miejscu okazuje się jednak, że mamałyga z warzywami dla niejedzących mięsa zawsze się znajdzie. Mamałyga to narodowy dodatek do potraw i potrawa w jednym. Robi się ją z mąki kukurydzianej i może przypominać nieco polentę, ale różni się po przyjrzeniu się i spróbowaniu - moim zdaniem w tej kwestii Rumunia bije Włochy na głowę. Popularna jest tutaj szczególnie mămăliguţă cu brânză şi smântână, czyli mamałyga z kwaśną śmietaną i białym serem, której jednak nie polecam. W  Săpâncie jadłam ją z papryką i grzybami. Do papryki mam stosunek obojętny - ani jej nie uwielbiam, ani nie nienawidzę - jak jest to zjem, nie ma to nie rozpaczam. O mamo, jaką tam mieli przepyszną, słodziutką paprykę!

Dalej jest Sighetu Marmației (po polsku Syhot Marmaroski). Jak tu cicho... Pusto trochę, trochę zniszczone, trochę wszystkiego, podwórka ukryte za bramami, gdzieś w tle góry.

Nie zatrzymujemy się dłużej w miasteczku, jedziemy dalej przez góry. Mijamy małe wsie, gdzie przed domami stoją ławeczki, a na nich siedzą ludzie, głównie starsi i rozmawiają. Gdy zabudowa się kończy, przejeżdżamy przez okazałą, drewnianą bramę z napisem DRUM BUN - dobrej drogi!

I faktycznie, droga jest dobra. Śmiejemy się nawet, że lepsza niż u nas (pod Warszawą, to właściwie prawda i nie ma co się śmiać). Jedziemy przez góry, niskie wprawdzie, ale i tak bardzo ładne. Czasem gdzieś mignie za oknem krzyż, dookoła którego rosą kwiaty, taki na przykład jak ten:

Krótki odcinek drogi spędziłam na czytaniu przewodnika, w nim o historii, mieszkańcach i języku (bună ziua - dzień dobry; muțumesc/merci - dziękuję; scuzați - przepraszam; după - po/za/według). I bądź tu optymistą, bądź tu patrzącym z uśmiechem w przyszłość człowiekiem, kiedy w Twoim języku "po" to już jest "dupa"!

Jeśli ktoś kiedyś miał możliwość odwiedzenia któregoś z południowoeuropejskich państw, na przykład Włoch, chyba najbardziej popularnych, wie doskonale, jacy tam mieszkają ludzie - na pewno nie cisi i wiecznie ponurzy, nawet we wsiach. Tak natomiast było w Maramureszu. I siedzący przy drewnianych ławkach i pod drewnianymi bramami rozmawiali bez wyczuwalnego w głosach entuzjazmu. O ile rozmawiali, bo częściej widziałam Rumunów, którzy po prostu trwali w tej gorącej rzeczywistości bez tchienia i głośniej wyrażonej wątpliwości.

 Zatrzymaliśmy się przed niewysokim wzniesieniem, na którym stał monastyr, Mănăstirea Bârsana. Wyszliśmy z auta, podeszliśmy kawałek, zapłaciliśmy za bilety, zaczęliśmy zwiedzanie. Muszę napisać na początku, że nie lubię zwiedzać kościołów rzymskokatolickich. Na początku fakt, są ładne, ale ile można? Po jakimś czasie jest już przesyt, za dużo tego wszystkiego. Kilka kościołów odwiedzonych w ciągu tygodniowej wycieczki? Za to cerkwie i kościoły grekokatolickie mogłabym oglądać i oglądać. Jest w nich jakaś mistyka, której brakuje tym rzymskokatolickim. Zapach, mnogość ikon, zupełnie inne od środka Wyglądają bardziej przekonująco, ma się w nich poczucie uczestniczenia w czymś wyższym, większym, niż cokolwiek, co możemy pojąć. I nie trzeba być wierzącym, żeby to coś poczuć.

W monastyrze nie można robić zdjęć i moim zdaniem to słuszny zakaz. Słuchanie przenikającej ciszy jest znacznie bardziej odpowiednie w takim miejscu niż ciągłe "pikanie" czy błyskanie flesza (bo w środku nie jest tak jasno jak na zewnątrz).

Dookoła monastyru są tylko góry i łąki, dopiero niżej znajduje się wioska.  Na ogrodzonym terenie można spotkać zwiedzających, zakonnice i dzieci pomagające przy sprzedaży biletów i pamiątek.

Po zakończeniu oglądania ruszamy w kierunku Bogdan Voda (pl Wojewoda Bogdan), małej wsi, która nie została przez autorów przewodnika pominięta tylko ze względu na skansen. Prywatny warto dodać. Należy znaleźć zapytać stojące obok panie, czy można i wtedy jedna z nich wyjdzie i opowie.



Pięknie wygląda jej starsza już twarz, delikatne ręce dotykają nieidealnej nici, przędą najidealniejsze ozdoby. Bez trudu przeciąga niczym smyczkiem po czymś, co kiedyś może zawiśnie na ścianie. Uśmiecha się, ale tylko gdy czuje na sobie nasz wzrok. Wytłumaczy, jak to było (a może jest? poza terenem skansenu spotykamy niejednokrotnie kobiety zręcznymi, choć zmęczonymi dłońmi przędące na gankach), dlaczego przed chatką rośną konopie (tak, te konopie, ale ona nie widzi w tym nic dziwnego), co ona tak właściwie robi. Wytłumaczy po rumuńsku, a zrozumiemy się bez słów.

Skoro już o języku wspomniałam, warto byłoby pociągnąć dalej ten wątek. Otóż na pierwszy rzut oka przywędrował on tutaj z kosmosu, w końcu okolica iście słowiańska, najbliższe niesłowiańskie państwo to Węgry, a nieco dalej Grecja. A tylko z tym pierwszym ma wspólnego nieco, niewiele. Uczę się już całe dwa lata francuskiego (mimo to cały czas potrafię właściwie bardzo niewiele), uczyłam się niemieckiego, byłam nie raz we Włoszech, a językiem z grupy słowiańskich posługuję się na codzień. Dlatego dla mnie rumuński bardzo szybko przestał być dziwny i całkowicie niezrozumiały. Czytałam gdzieś, chyba u Wilka, że w języku zapisane są dzieje narodu. I rumuński pięknie to prezentuje. Mamy tu bowiem łacinę - rzymskie legiony, które tu przebywały. Krótko, bo krótko, ale Rumunom się tego faktu już nie odbierze. Wiele słów brzmi dokładnie tak samo jak w tych językach, które się opierają na łacinie. Do tego jeszcze dochodzą naleciałości z Węgier, ale nikt z nas nie zna ni słowa po węgiersku. No, może poza tytułem piosenki o dziewczynie o perłowych włosach, ale nie jestem go nawet w stanie powtórzyć.

Zostawiamy za sobą bramy wsi, zostawiamy drewniane domy. Na chmurzącym się niebie ostatnie promienie zachodzącego słońca zdają się nostalgicznie wyciągać palce w kierunku, z którego wyruszyliśmy o poranku.

A my zatrzymujemy się w Vișeu de Sus, jednocześnie z czytanym przez Mamę Stasiukiem. Zarówno on jak i my jedziemy w końcu w stronę Babadag, więc nasze drogi niejednokrotnie się krzyżują. Szkoda, że tylko na papierze.

W małym miasteczku jemy skromną obiadokolację, zamiast mamałygi dostaję naleśniki i w perspektywie nieprędkiego powtórzenia się takiej sytuacji, cieszę się jak dziecko. Są przepyszne, bardzo słodkie i kosztują równowartość sześciu złotych, jakby tego było mało.

Noc spędzamy w pociągu stojącym u podnóży gór.


32 comments:

  1. jesteś świetna i chciałabym z tobą gdzieś pojechać! a szóste zdjęcie-wspaniała reporterka.

    ReplyDelete
    Replies
    1. dziękuję Ci bardzo! do zobaczenia w drodze!

      Delete
  2. Już czeka na kolejną relację ! Świetnie opowiadasz i robisz dobre zdjęcia. ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. dziękuję! postaram się na za tydzień coś napisać, ale wolę nie obiecywać :)

      Delete
  3. a ciało po rumuńsku to trup ... kiedyś pisałam pracę z językoznawstwa na temat języka rumuńskiego, zresztą byłam rok na tej filologii. Zawsze jak ktoś się mnie pyta dlaczego wybrałam rumuński mówię właśnie o niezwykłości tego języka - o włoskiej melodii, która przeplatana jest słowiańskimi i tureckimi słowami. I o tym że ten romański język był jeszcze do połowy XIX wieku zapisywany cyrylicą. Ewenement. Szkoda mi ile zapomniałam przez czas, ale po moim pobycie w Rumunii zaczęłam na nowo go rozumieć, niestety obecne studia nie umożliwiły mi lektoratu z rumuna. Będzie trzeba się uczyć na własną rękę :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. łał, nie wiedziałam. rumuński to jest niesamowity język. powodzenia w samodzielnej nauce!

      Delete
  4. Chciałabym tam pojechać. Wszystko wydaje się tam takie spokojne. No i chciałabym usłyszeć ich język ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. tak, tak, tam jest (w Maramureszu najbardziej) jakaś taka wbudowana cisza. ale to zupełnie inna cisza niż na Północy, tu jest coś w rodzaju ciszy przed nienadchodzącą burzą.

      Delete
  5. Pięknie tam jest. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zwiedzić Rumunię.

    ReplyDelete
    Replies
    1. życzę najszczerzej zrealizowania życzenia :)

      Delete
  6. pomyśleć że nie dłam rady przeczytać "jadąc do babadag", a Twoje posty bardzo mi się podobają.
    wow, jestem z siebie dumna, akurat wiedziałam i o wesołym cmentarzu i o języku rumuńskim.bardzo jestem ciekaw: ile jeszcze odcinków i co więcej zobaczymy?

    ReplyDelete
    Replies
    1. No, trochę jeszcze tego będzie :) dalej góry, nadmorze, inne góry, więcej nie zdradzę :P

      Delete
  7. ale czad.. super wioseczki, piękne widoki.. coraz bardziej żałuję, że tego lata nie zahaczyłam o Rumunię :3

    ReplyDelete
    Replies
    1. oj, no piękne, piękne... masz czego żałować, polecam wrócić :)

      Delete
  8. ja już mówiłam, że Rumunia jest piękna, ale w życiu nie wybrałabym się tam na wakacje. nie mogłabym się przełamać, nie pytaj dlaczego :O

    ReplyDelete
    Replies
    1. kurczę, zżera mnie teraz ciekawość .... :(

      Delete
  9. pierwszy raz trafiam na cmentarz w takiej formie
    podobają mi się te ze skromnymi nagrobkami z kamienia porozrzucanymi pośród bujnej zieleni, ale ten tutaj ma również swój specyficzny klimat

    ReplyDelete
    Replies
    1. cóż, chociaż cmentarz w Sapancie jest bardzo ciekawy i ładny, nie zmienia to faktu, że najładniejszy był w Laponii, przy jednej z cerkwii: http://bosagory.blogspot.com/2013/08/bo-renifery-wejda-na-cmentarz.html

      Delete
  10. Wow, ale miejsce... Bardzo chciałabym pojechać do Rumunii, ale do tej pory było mi nie po drodze ;) Mam nadzieję, że jeszcze się uda.

    ReplyDelete
  11. Jak tam pięknie! <3
    Niestety nie, taki skaner to droga rzecz, na razie robię to w labie :)

    ReplyDelete
  12. Piękne zdjęcia i super relacja. Swego czasu znałam kilka pojedynczych słówek i zwrotów po rumuńsku (koleżanka z pracy mnie uczyła) i przyswajanie ich przychodziło mi z łatwością... jednak po zmianie pracy kontakt zanikł a i słówka jakimś cudem wyparowały.... A tymczasem czekam na więcej, bo bardzo mi się podobają Twoje wpisy :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. dziękuję :) rumuński to wcale ciekawy język!

      Delete
  13. Miałem też okazję jechać do Rumuni , ale niestety nie udało się brak czasu. Góry tam są piękne. Fajny wpis.Pozdrawiam

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ano piękne... Dzięki! Życzę w takim razie czasu :)

      Delete
  14. Tej bramy 'Drum Bun' to nie wiem, czy sam nie minąłem (http://zamiedzaidalej.blogspot.com/2014/09/przez-rumunskie-wioski-i-z-krowami-na-drodze.html) ;)

    ReplyDelete
  15. Nie, to raczej nie jest ta sama. Sprawdziłam odległości na mapie i wychodzi 300 km od Sigisoary, a u Ciebie na blogu jest mniej niż 250. Ale takich bram to w Maramureszu mnóstwo :)

    ReplyDelete
  16. Zgodzę się, szukałem Twojej bramy w Street View i jakieś 40-50 km dzieli obie :)

    ReplyDelete
  17. ło, podziwiam zaangażowanie! ja sprawdziłam po prostu odległości i wyszło podobnie, ale no, szacunek!

    ReplyDelete

Dziękuję!