21 December 2014

FROM MĂMĂLIGĂ, THROUGH KÜRTŐSKALÁCS AND STUDENTSKÁ, TO THE END

Po śniadaniu złożonym z doskonałego kürtőskalács, ruszamy w drogę. Do Sybina, na drugi koniec drogi transfogarskiej. Powoli w stronę granicy. 
After a breakfest (perfect kürtőskalács), we continue our journey. To Sibiu, to the end of Transfăgărășan. Slowly to the border.









Jazda trwa tym razem krótko, w Sybinie lądujemy bardzo wcześnie. Mimo to słońce grzeje porządnie (a może tylko nam się tak wydaje, w końcu różnica wysokości między tym miastem a jeziorem Bâlea wynosi koło tysiąca pięciuset metrów), więc prawie na samym początku idziemy na lody. NAJLEPSZE LODY NA ŚWIECIE. Nie wiem, ile razy byłam we Włoszech, łącznie z wyspami będzie z pięć razy mniej więcej. Do tej pory najlepsze były w zeszłym roku na Sardynii, ale przy lodach z Sybina wymiękają. Całkowicie.
The drives takes not so much time as I expected and we're in Sibiu quite early. However, sun's shining and it's very hot (or maybe we just feel like that because we've just returned from a place located 1.5 km higher), so one of the first things we do in this place is buying ice cream. THE BEST ICE CREAM ON EARTH. I don't know how many times exactly I have visited Italy, including islands it'll be five times I think. Anyway, before visiting Sibiu, the best ones were from Sardinia, which I've been to last year, but compared to this...

Samo wiedzanie zaczynamy od Soboru Trójcy Świętej. W środku jest trochę ludzi i klimat trochę mniej niż w małych cerkiewkach, ale i tak jest ciekawie.
We start our tour from Holy Trinity Cathedral. There are some people inside and it's less 'mistic' than small orthodox churches, but it's interesting anyway. 


Po opuszczeniu soboru przechadzamy się jeszcze przez chwilę po miasteczku, ale nie przypada mi wyjątkowo do gustu i pewnie gdyby nie te lody (ach!), to musiałabym sprawdzić w notesie jak się nazywa. 
We leave the cathedral and stroll around for some time, but to be honest - I haven't fallen in love with Sibiu. Actually, if not those ice cream (oh!), I would probably have to check it's name in the diary.



Za to zdecydowanie bardziej spodobała mi się Alba Iulia, czyli po polsku dosłownie "Biała Julia". Zabytkowa zabudowa i socrealizm na horyzoncie, wymieszane kultury (bo po węgiersku i po rumuńsku) i cicho, i chmury, i mało ludzi, i zaraz będzie padać, i kolory (bo wszystko do siebie pasuje, porządek jest!). I słychać nadchodzącą burzę.
What place I liked more, was Alba Iulia (en. White Julie). Historic buildings and socialist realism on the horizon, mixed cultures (Hungarian, Romanian - they're both here) and clouds, and no so many people, and it's going to rain, and colours (beacuse everything matches everything). And we can hear coming storm. 

Zaczynamy zwiedzanie w sumie w sposób tradycyjny, bo od soboru. Potem spacerujemy po mieście, oglądamy cytadelę, pomnik Mihaia Viteazula (Michał Waleczny, król Siedmiogrodu), pomnik powstania chłopskiego w Siedmiogrodzie (przeciwko pańszczyźnie, zakończone klęską, przywódców chłopów Horeę i Cloșcę stracono, trzeci, Crișan, popełnił samobójstwo przed egzekucją).
We start sightseeing in quite way for us in Romania - from visiting an orthodox cathedral. Then we stroll around, see citadel, monument of Mihai Viteazul (Michael the Brave, king of Transilvania), monument of Revolt of Horea, Cloșca and Crișan (against feudalism, it ended with failure, two of the leaders were death sentenced and the third one commited suicide before execution).


Na zakończenie wchodzimy do katolickiej, węgierskiej katedry. Mocno węgierskiej, flagi, wieńce, wszystkie napisy - węgierskie.
For the end of our visit here, we go to catholic, Hungarian cathedral. Very Hungarian, flags, inscriptions, wreaths - Hungarian.


Dalej autostradą, mijamy pola smutnych słoneczników, aż stajemy w masakrycznie długim korku. Zastanawiamy się, co się stało, po długim czasie okazuje się, że to tir leży w poprzek drogi i czyni ją zupełnie nieprzejezdną. Mijają nas karetka i straż pożarna, samochody przed nami zjeżdżają na pobocze i cudem nie rozjeżdżając smutnych słoneczników, przedostają się na drugą stronę i jadą dalej na północny zachód. I my ruszamy za nimi. Przewrócony tir, przy nim ludzie, nikomu się chyba nic nie stało. Przynajmniej mam tak mi się wydaje, bo w mediach w Polsce nie pisali. A tir nasz był.
On the motorway we pass lots of sad sunflowers until we have to stop in awfully long traffic jam. We're wondering what happened there, after a long time we know finally it there's a long truck laying across the road, what makes it impassable. We see ambulance and fire brigade, when cars in front of us are on the roadside and then can go without bigger problems farther north - west. And we follow them. The truck, people near it, probably anyone's hurt. At least that's how it seems for us. In Polish media there's no information about it. And the truck was from our country. 

Trafiamy po przejechaniu paru ładnych kilometrów na oznaczenie drogi do naszego kolejnego celu - wąwozu Turdy (Cheille Turzii). I kolejne. I kolejne. A wąwozu jak nie było tak nie ma, zostawiamy więc auto na prowoizorycznym parkingu i idziemy. I idziemy, idziemy, idziemy i nic. W końcu, w gąszczu zielonych drzew o powyginanych na wszystkie strony, rozgałęziających się na dziwne sposoby, widzimy skały. Wreszcie - radość wielka i w sumie na tyle, bo zaczyna groźnie grzmieć i wypadałoby się powoli zmywać. Ale było, widzieliśmy.
After few kilometrers we find a sign showing us the way to our next destination - Turda gorge or Cheile Turzii. And next sign. And next. And as we haven't seen the gully before, now we also don't see it. So we leave the car on a provisional parking and go to fing it on foot. So we walk, we walk, we walk and nothing. Finally, we see some rocks through the trees. And that's the end, as we hear thunders.


Jedziemy dalej, mijamy kolejne smutne słoneczniki.
So we are, on the road again, passing next sad sunflowers. 

Czasem jest tak, że marzy mi się zobaczenie jakiegoś miejsca tylko i wyłącznie dlatego, że podoba mi się jego nazwa. Gdy nie mam zielonego pojęcia gdzie dokładnie jest, z czego słynie, jak wygląda, z reguły również jak się powinno wymawiać jego nazwę. Dokładnie tak miałam z Cluj - Napocą (powinno się wymawiać Kluż - Napoka, taka jest też poprawna polska nazwa miasta).Węgierski Cluj, rumuńska Napoca. I marudziłam przez parę dni, że bardzo chcę do Cluju - Napocy [nie Klużu - Napoki], i to moje marudzenie efekt pożądany przyniosło. Jesteśmy w Cluju - Napocy.
Sometimes I'm dreaming of visiting a place only because I like it's name. When I have no idea how it looks like, where exactly it is, how to pronounce it's name properly, what is it famous for. That's how it was with Cluj - Napoca. Hungarian "Cluj", Romanian "Napoca". And I've been telling for few days, that must visit Cluj - Napoca. And so we do. We're in Cluj - Napoca. 

Od samego początku nie żałowałam. Kluż - Napoka to Rumuński Wiedeń. Jednocześnie kolorowy i szarobury, pełen życia i opuszczony, gościnny i wyrzucający każdego przybysza, piękny i ponury. Wieczorem tylko przechadzamy się i jemy kolację w jednej z licznych knajpek w pobliżu pomnika Korwina (króla Węgier), a potem musimy już zakończyć zwiedzanie, bo leje deszcz.
There's no reason for me to regret this decision. Cluj - Napoca is Romanian Vienna. At the same time colorful and grey, full of life and empty, welcoming and inhospitable, beautiful and gloomy. In the evening we only go for a walk and eat something in a cafe near Corvinus' monument, because it starts to rain.


Wracamy następnego dnia po śniadaniu. Zatrzymujemy się na kawę/soczek przy Piaţa Unirii, czyli placu Unii - tam, gdzie Korwin (o ironio!). Tym razem jednak jest tu więcej ludzi, świeci słońce, jest znacznie cieplej i tylko dwie informacje są w stanie popsuć nasze humory - fakt, że dziś wracamy do domu i walkover dla Celtiku po wygranym przez Legię meczu [jak to dawno temu było!].
We come back on the following day. We stop for a coffee/juice by Piaţa Unirii (en. Union Square) - so where Corivinus' monument is [that's actually quite funny, as in Polish "Corvinus" is "Korwin" and there's an eurosceptic from Poland with the same surname]. But today there's a lot of people, sun's shining, temperature's high and only two information can destroy our mood today - fact, that today we will be back home and walkover for Cetic Glasgow after a match, that Legia Warsaw won [it was so long time ago!].

Ostatnim miastem w Rumunii, które odwiedzamy jest Oradea. Leży prawie przy samej granicy węgierskiej i jest kwintesencją secesji. Nawet nazwa brzmi jak secesyjne zdobienie.
The last city in Romania we go to is Oradea. It's located nearly on Hungarian border and it's a essence of art noveau. Even it's name sounds like an ornament.





Zachwycamy się krótko architekturą, jemy nasz ostatni rumuński obiad (pizza...) i już po chwili jesteśmy na granicy.
We're admiring the achitecture, eat our last Romanian lunch (pizza...) and after a while we're on the border.

I jak przyjechaliśmy tutaj w deszczu, tak w deszczu wyjeżdżamy 
And as we came here in the rain, we leave during the rain.

I wszystko z tej nowej perspektywy wydaje się jeszcze bardziej smutne niż było wcześniej.
And from that new perspective everything looks even more sad than  before.




Na Węgrzech jemy na parkingu pod supermarketem coś na kształt kolacji, na Słowacji, na stacji benzynowej kupujemy najdoskonalszą na świecie czekoladę Stundentską - moją najukochańszą. Jest już zupełnie ciemno, gdy dojeżdżamy do Polski. 
In Hungary we eat something dinner - alike near the supermarket, in Slovakia, on a petrol station we buy a bar of Studentska chocolate, my beloved, the best on Earth. It's completely dark, when we cross the Polish border.

10 comments:

  1. o, a mnie się z kolei bardziej Sibiu podobało od Alby. Tak architektonicznie, bo Alba dostarczyła mi większej ilości wrażeń :D Jak jeden facet w Oradea dowiedział się że jestem z Polski uparcie nie dał za wygraną i musiał mi milion razy powiedzieć że BYŁ. I to był w Warszawie i kupił sobie bluzę :D zabawne to było, nawet w okolicach 3 w nocy gdy czeka się na autobus do Budapesztu :D


    znów muszę to napisać - piękne są Twoje zdjęcia <3

    ReplyDelete
  2. kürtőskalács i studencka.. o taak;]
    nie potrafię sobie jednak nawet wyobrazić lodów lepszych niż we Włoszech, chociaż w zamierzchłej przeszłości w moim rodzinnym mieście, w niepozornej budce można było kupić najdoskonalsze śmietankowe i truskawkowe (od lat robione z naturalnych składników, według tych samych receptur)

    ReplyDelete
  3. Hah, my mieliśmy podobnie jak czekaliśmy na prom na drugą stronę Dunaju :D Też słuchaliśmy opowieści o podróży, tyle że do Krakowa :)

    Dziękuję!

    ReplyDelete
  4. Kurtoskalacs to moja nowa miłość, studentską uwielbiam chyba od zawsze, cudo! Uwierz, lody z Sybina są doskonałe!

    ReplyDelete
  5. wow, ale miejscaaaa! :O Zaniedbane, ale takie piękne!

    ReplyDelete
  6. Szczególnie Oradea - bo to taka perełka architektoniczna, ale jest zupełnie zaniedbana i przez to już nie wygląda tak powalająco :(

    ReplyDelete
  7. ałć, biedny tir.
    jeju, ale mi narobiłaś ochoty!! tak strasznie jestem ciekawa tych najlepszych lodów na świecie :D
    ale odjazdowe to secesyjne miasto!!

    ReplyDelete
  8. *biedni ludzie jadący tirem i autostradą :)
    Rumunię polecam!

    ReplyDelete
  9. ej właśnie, Ty masz całkiem długie archiwum, teraz się zorientowałam. będzie czytane i oglądane, co tam masz w zanadrzu.
    bardzo ładna relacja. to już koniec? powiem Ci, że nawet smuteczek mnie ogarnął trochę.

    ReplyDelete
  10. Nie smutaj, jutro ostatnie rumuńskie zdjęcia :D
    No, trochę się tego nazbierało, ale obiecuję, że po ogarnięciu jednego roku, maks. dwóch, odechce Ci się :P

    ReplyDelete

Dziękuję!