13 December 2014

TRANSFĂGĂRĂȘAN

Ładnie zaczął się dzień, pierwszy dzień znów w górach. A taki dzień nie może być zły.
Perfect beginning of a day, first day back in the mountains. And a day like this can't be bad.

Poranny spacer po słonecznym Braszowie. Na chodniku rozlane mleko, po drugiej stronie ulicy cmentarz. Na rynku kolorowy niedźwiedź i dziewczyna, której robiono z nim dziesiątki zdjęć. Oglądamy kościół i cerkiew, spacerujemy pełnymi ludzi uliczkami, robiąc sobie dwa przystanki - na czekoladę i na lody.
A morning wak in sunny Brașov. Spilled milk on the pavement, cemetery on the other side of the street. On a square in the Old Town there's a colorful bear and a girl, who gets pictures taken with it. We visit a catholic and orthodox church, stroll on streets full of people and make two breaks - for hot chocolate and ice cream.



Zanim opuścimy miasto, wjeżdżamy jeszcze kolejką na wzgórze. Po podjechaniu podchodzimy trochę, mijamy Cyganów (chyba?) sprzedających maliny, jeżyny i jagody i już możemy podziwiać miasto z perspektywy ptaka. Nie byłam nigdy w Bolonii, ale zawsze ją sobie tak wyobrażałam. Jedyne co może nieco przeszkadzać (albo uatrakcyjniać) pobyt tutaj, to wielki, przypominający ten w Hollywood napis "Brașov". Wracając nie wytrzymujemy i kupujemy kubeczek jeżyn. Jedne z moich ulubionych owoców.
Before we leave the city, we get up the hill by cable-railway. As soon as we're there, we walk up, pass gypsies (I think?) selling raspberries, blackberries and berries, and finally we can see the city from bird's perspective. I've never been to Bologna, but I've always imagined it to look like that. The only thing that may disturb a little bit (or make being here more attractive) is a huge inscription "Brașov", that looks like the one in Hollywood. Coming back, we can't help buying a cup of blackberries. They're one of my favourite fruits.


Opuszczamy Braszów, mija trochę czasu, kilka stron książki (świetny Blaszany Bębenek Grassa) i naszym oczom ukazuje się (w oddali, w oddali) Râşnov. Zamek, trochę ruina, ale zawsze (ja tam wolę te zamczyska w gorszym stanie, zdecydowanie). Poza tym, wiecie, zamek zamkiem, ale trzeba się wdrapać na piękny pagórek i z niego widać pięknie góry. I o ile nie lubię włazić po schodkach "bo miasto z góry", to lubię popatrzeć po prostu  "bo góry są".
We leave Brașov, some time passes, few pages of a book (great The Tin Drum by Günter Grass) and we can see (somewhere in front of us, still away) Râşnov. Castle, ruin, but still a castle (anyway, I still prefer ruins rather than perfect, beautiful, clean and ideal constructions). Beside the castle, we have to climb a nice hill and there's a beautiful view at the mountains. And although I can't stand climbing hundreds/thousands of stairs "because above city", I like just to look simply "because mountains are".





Zamczysko miało być jedynie przygrywką, preludium, bo w końcu Bran - to Bran. Drakula czy Wład Palownik, mieszkał czy raz odwiedził, tysięcy turystów to nie obchodzi. Nie obchodzi też licznych sprzedawców plastikowych suwenirów z dalekiego wschodu - paskudnych masek wampirów, różnorakich demonów. Planuję sobie znaleźć pluszankę Vlada Țepeșa, ale w końcu jest tłum w pamiątkarni i odechciewa mi się nawet przyglądać. Ale badziew można na kilogramy skupować.
This castle had to be only a prelude, an introduction, as Bran - is Bran. Dracule or Vlad the Impaler, was living or had visited once, there's no difference for thousands of tourists. It has no meaning for people selling plastic souvernirs made in China - awful vampire/devil/demon masks. I'm planning to get a plush Vlad, but the shop in Bran is crowded and now I've lost all my interest in it. But if you want to, in Bran you can buy kilograms of rubbish.

Myślę jednak mimo wszystko, że Bran jest punktem prawie obowiązkowym. Może w mniej turystycznym sezonie jest lepiej. Bo mimo drakulowatego zakochania ludu, warto tu zajrzeć.
But I think, that despite everything, Bran's still a obligatory point. Maybe in less touristic season it's better. Because despite Dracule-loving people, it's worth paying a visit.

Szkoda dnia, jedziemy dalej przez góry, zatrzymujemy się tylko na mamałygę, to znaczy Zu. na mamałygę, reszta na więcej, tradycyjnie.  [a teraz to mi nawet tęskno do tej papki]
So, we're going now through the mountains, with only one stop for a mămăligă. Mămăligă for Zu., more for the rest, as usual. [and now I'm even missing this porridge]



Noc spędzamy w Curtea de Argeș. Z miasteczkiem tym i znajdującą się w nim cerkwią metropolitalną wiąże się smutna historia o mistrzu Manolo, który, by wybudować świątynię, musiał zamurować w niej pierwszą osobę, którą zobaczył - a była to jego własna żona. Niedługo po zakończeniu budowy zginął. 
Może dlatego tu wszędzie dookoła są zakłady pogrzebowe...
We spend the night in Curtea de Argeș. There's a story connected to this town and a cathedral located in it, about master Manolo, who to build the temple, had to place the first person he sees into foundations - and it was his own wife. Soon after finishing the cathedral he died. Maybe that's the reason, why there are so many funeral parlours...

nie, to nie jest ta cerkiew//no, it's not that church
Poza świątyniami jest tutaj też mnóstwo (m-n-ó-s-t-w-o) knajpek, barów, restauracji, a naprzeciwko hostelu był targ, gdzie sprzedawano owoce i warzywa (wprawdzie różnorodność nieco ograniczona, ale fakt faktem, był).
Beside churches, there's also lots (lots!) of bars and restaurants. Opposite the hostel, there's a marketplace, where you can buy fresh fruits and vegetables. Well, actually there aren't many kinds of them, but the marketplace is here anyway.



I zaczyna się w końcu, wyjeżdżamy z Curtea de Argeș, ruszamy w kierunku okrytej sławą Drogi Transfogarskiej... Strach się bać, ale od czego jest aviomarin!
So it starts, finally, we leave Curtea de Argeș, go to famous Transfăgărășan... Quite afraid, but we have drugs for travel sickness!

Tylko o co chodzi z tą transfogarską? Słyszeliście o norweskiej Drodze Trolli, Trollstigen? Trollstigen i te jedenaście serpentynek na widok których robi się niedobrze, to zabawa dla dzieci. Transfăgărășan wiedzie przez Góry Fogaraskie, najwyższą część rumuńskich Karpat, między najwyższymi szczytami. Ma 151 kilometrów i tysiące, setki, miliony zakręcików. Tego nie trzeba widzieć, już od patrzenia na mapę chce się mieć to za sobą. Ale za to piękniejszych miejsc ze świecą szukać. Droga to plan Nicolae Ceauşescu. I nie, nie jest to niezbędna droga, na drugą stronę można się dostać znacznie szybciej naokoło.
So, what is Transfăgărășan? Have you ever heard of norwegian Trolls' Path, Trollstigen? So, Trollstigen is for small children. Transfăgărășan leads through Făgăraș Mountains, the highest part of Romanian Carpathians, between highest mountains. It's 151 kilometers long and has hundreds, thousands of curves. You don't even have to see it live to feel sick, just have a look at the map and you'd love to be after going through this. But it can be hard to find more breathtaking views than here. It was buid because of Nicolae Ceauşescu's plan. And no, it's not the fastest way to get to the other side of the mountains. 


Po drodze spotykamy stadko osiołków, bardzo przyjacielskich i Czechów, którzy tak jak my się nimi zachwycają.
On the way we meet some donkeys, very friendly, and some people from Czech, who just like us, totally fell in love with those animals.

 Im wyżej tym zimniej, trzeba więc zamienić krótkie portki i tiszerty na bluzy i długie spodnie, a sandałki na cięższe obuwie. Przy okazji nie wiadomo jeszcze, kiedy zdarzy się następna możliwość zajrzenia do toalety, więc trzeba się zatrzymać. Widok z wychodka taki [przypomina mi się od razu zestawienie u LosWiaheros]:
The higher we are, the colder there's outside, so we have to change shorts and t-shirt for sweatshirts and trousers. We also don't know when actually it will be possible to go to the toilet, so we stop here:



Na dłużej zatrzymujemy się dopiero nad Bâlea Lac, czyli nad masakrycznie malownicznym i przy słońcu aż kiczowatym w tym wszystkim jeziorku. Właśnie, przy słońcu i bezchmurnym niebie, a jesteśmy tutaj jak w chmurach, które schodzą zboczami gór. Na jedną z nich wdrapujemy się od razu po przybyciu na miejsce - żeby zdążyć przed deszczem. 
For longer we stay by Bâlea Lac, which is very picturesque and in sunny weather even too beautiful. In sunny weather and cloudless sky and now we are like in the clouds, that down down on mountain slopes. We climb one of them right after getting here - to be near the top before the rain.



Gdy schodzimy, mija nas dwójka dzieci, dziewczynka i chłopiec, którzy po mokrej trawie i śliskich kamieniach biegają i skaczą, oczywiście nie wywracając się przy tym ani razu. Cóż, my górskich butach (a moje są pierwszy raz noszone, nabyliśmy je w Braszowie - jak się okaże później, choć przez próby przemoczenia (nieudane), miałam niebieskie skarpetki, to był to doskonały zakup) musimy ostrożnie stawiać każdy krok. 
When we're going down the mountain, two children pass us, a boy and a girl, who run on wet grass and slippery stones, not falling even once. Well, we're wearing special shoes (and mine are worn for the first time, we bought them in Brașov and as we'll see later, although I tried to make them soaked (unsuccessfully) and mine socks turned blue, it was a very good decision to buy them) and we have to make every single step carefully.

W schronisku, gdzie później przenocujemy, jemy obiad na stołówce. Jem jak najszybciej, bo widok za oknem taki, że jedyne, co chcę teraz zrobić, to wyjść z aparatem na zewnątrz.
In the mountain lodge, where we're going to stay for a night, we're eating lunch. I'm eating as fast as possible, cause the view through the window makes me feel, that the only thing I must do now, it's to go outside with a camera.


Wracam do środka i czytając książkę czekam na koniec deszczu. Potem wychodzimy na spacer (i na jedzenie, bo niedaleko można coś dobrego zakupić).
I come back inside and wait for the end of the rain. Then we go for a walk (and to eat something, as it's possible to buy something tasty near).

plan na jutro!//plan for tommorow!

Na zakończenie dnia puszczamy z bratem zmontowane z wykałaczek "katamarany" i  "kwatamarany" po jeziorze i zajadając się moją nową dozgonną miłością, czyli tradycyjnym ciachem prosto z Szeklerszczyzny - kürtőskalács (nie mam zielonego pojęcia jak to się wymawia, ale to najwspanialsze, co tylko można w węgierskojęzycznym świecie dostać), oglądamy zachód słońca nad górami.
For the end of the day I put "catamarans"  and "quatamarams" made with toothpicks on the water of the lake together with my brother, eating my new neverending love, traditional pastry straight from Szekely land - kürtőskalács (I have no idea how to pronounce it's name, but it's the best thing to eat in Hungarian-speaking part of the world), we're watching the sunset.




20 comments:

  1. ale czad, zasugerowałam się tą trollstigen ale faktycznie wygląda to bardzo norwesko. nie miałam pojęcia o tej drodze! widoki super, chyba najbardziej widokowy post Twój. a zdjęcie z ceresitem mnie zmiażdżyło.

    ReplyDelete
  2. Tak ten ceresit z drugiej strony wyglądał :) i mi się kojarzyło z Norwegią, szczególnie ten zalew. Ta, pewnie tak, ale z drugiej strony tam się nie dało nie widoczkować cały czas :P

    ReplyDelete
  3. przepiękne zdjęcia widoków i osłów (zupełnie jak ze shreka:)
    Trollstigen nie zrobiło na mnie wrażenia w sensie adrenaliny, ale wizualnie cudo

    ReplyDelete
  4. hihi, dziękuję :) uwierz mi zatem, że Transfogarska robi wrażenie :)

    ReplyDelete
  5. ładne zdjęcia widoków, no i osłów-są najlepsze :)

    ReplyDelete
  6. Moze to zabrzmi smiesznie, ale najbardziej sie zachwycilam... oslami! Jakie one pocieszne! They made my day:)

    ReplyDelete
  7. I my się zachwycaliśmy, były naprawdę fantastyczne :)

    ReplyDelete
  8. Świetne widoki, ale osły wygrywają wszystko :)

    ReplyDelete
  9. Kurczę, tak się wszyscy zachwycają uchatymi, że żałuję, że nie zrobiłam im więcej zdjęć i nie poświęciłam im osobnego posta :P

    ReplyDelete
  10. Świetna relacja i piękne zdjęcia.
    A ta kręta droga... aż zachęca do przejażdżki! :)

    ReplyDelete
  11. Bardzo, ale to bardzo podobają mi się zdjęcia. Czy to jakiś specjalny obiektyw, lub też filtry w obróbce? Trochę przypomina mi VSCO. Ciekaw jestem :)

    ReplyDelete
  12. dziękuję bardzo :) zdjęcia robiłam starą, wysłużoną, pięcioletnią wówczas katieńką (canon 450d) z sigmą 30mm 1.4, którą uwielbiam, bo jest uniwersalna i jasna, a brak zooma mi nie przeszkadza. Jeżeli chodzi o post-produkcję, to lightroom, ale z nie z presetami vsco (które wyglądają pięknie swoją drogą), tylko z moimi dwoma czy trzema ulubionymi, które zmajstrowałam sama już dawno temu + drobne poprawki (ekspozycja, czernie itp.) :)

    ReplyDelete
  13. kadry piękne.. wow. znów żałuję, że nie dotarłam w tamte strony. a te malinyy *.*

    ReplyDelete
  14. dziękuję bardzo! no cóż, kolejny powód, aby wrócić w te strony!

    ReplyDelete
  15. Te osiołki są tak słodkie, że chciałabym je zaadoptować <3 Mnie w Braszowie zastała deszczowa pogoda, ale i tak miasto mnie zauroczyło. Do Bran nie dojechałam, chyba za dobrze znam prawdziwą historię Palownika :P On tam prawdopodobnie nigdy nie był, ale fejm zamku jest :D


    Cudowne są Twoje zdjęcia <3

    ReplyDelete
  16. Dzięki! No cóż, w sumie w samym zamku tylko ze sklepiku z pamiątkami i jednej tablicy informacyjnej można się dowiedzieć, że to ten Bran z Draculą aka Palownikiem, a sam zamek, gdyby nie mnóstwo turystów, jest bardzo interesujący bez tego dodatku.

    ReplyDelete
  17. Przepięknie tutaj... Wspaniałe zdjęcia... Cudowny klimat... I te osiołki! ;D

    ReplyDelete
  18. No pięknie, pięknie... dziękuję bardzo!

    ReplyDelete

Dziękuję!