13 February 2016

10 000 kilometers / 6 250 miles


To się nie może dziać naprawdę.
It can't be true.

To wszystko od samego początku do samego końca jest zbyt nierealne. Najpierw wypełnianie niekończących się formularzy w grudniowy wieczór, potem na początku stycznia czekamy w kolejce przed wejściem do ambasady amerykańskiej w Warszawie, jest -10 stopni na zewnątrz. Po wielu kontrolach i rozmowie w końcu pada sakramentalne zostały państwu przyznane wizy amerykańskie.
From the very beginning, everything feels so unreal. Firstly filling the neverending visa applications on a December evening, later, on the first days of January we're waiting in a queue in front of the American embassy in Warsaw, it's -10 degrees Celsius outside. After being controlled many times we finally hear you have got the American visas.

Więc jest już ta sobota, początek ferii zimowych, dziadek zawozi nas na doskonale nam znane lotnisko imienia Chopina, żegnamy się i czekamy na pierwszy z trzech lotów. Do Amsterdamu. 
So it's this Sunday today, the beginning of the winter break, our grandpa gives us a lift to the Chopin airport, we say goodbye and wait for the first of three flights. To Amsterdam.

W Amsterdamie przesiadka i pierwsze kontrole przed wjazdem na teren USA. Samolot linii KLM, wielki boeing, lecący do Atlanty. Nieco ponad 9 godzin. Planowałam robić coś produktywnego, a potem się wyspać, ale przez prawie cały lot oglądam "Broadchurch". Z przerwami na oglądanie trwającego ładnych kilka godzin zachodu słońca, który przedłużaliśmy zmieniając strefy czasowe, jedzenie (naprawdę smacznych!) wegańskich posiłków, siedzenie przy okienku i oglądanie białej Grenlandii czy Kanady, które z lotu ptaka prezentują się tak pięknie, że zapomina się o wszystkim innym. Szczególnie Grenlandia i góry lodowe.
In Amsterdam we change the plane and we're controlled for the first time before entering the States. A huge boeing of KLM, going to Atlanta. A bit more than 9 hours. I was planning to be productive and sleep a bit, but for nearly whole flight I am watching "Broadchurch". With breaks for watching the longest sunset (because of changing time zones), eating (really tasty) vegan meals, sitting by the window and looking at Greenland or Canada, which from above look so beautifully, that it's easy to forget about everything else. Especially Greenland and the icebergs. 

W Atlancie lądujemy zgodnie z planem, mamy jednak bardzo mało czasu na przesiadkę, a w tym czasie musimy zostać oficjalnie wpuszczeni do Stanów. To trwa bardzo długo, choć w większości jest zautomatyzowane, a do tego wszędzie kręcą się pomocni pracownicy. W końcu dochodzi do najbardziej przerażającego momentu wjazdu do USA - rozmowy z urzędnikiem na miejscu. To starszy pan w mundurze, który mówi z tak silnym południowym akcentem, że trudno stwierdzić, czy to zabieg stylistyczny, czy po prostu stały element rozmowy. Udało się - teraz musimy lecieć jak najszybciej do kontroli bagażu. Niestety kolejka jest tak długa, że zaczynamy mieć poważne obawy, czy zdążymy na samolot. Sorry, ale akurat dzisiaj nie ma fast tracku. Jak nie zdążycie, to mogę was u siebie przenocować. Wprawdzie mam trójkę dzieci i jest trochę głośno, ale lepsze to niż nic. - zapewnia wszystkich strażniczka. 
We land in Atlanta on time, but we don't have much time for the change and in this two hours we have to be officially allowed to enter the USA. It takes a lot of time, although majority of it is done on the computers. The final step is the talk with an official, which is probably the most scary part. He's a man in an uniform, who has a strong southern accent, that it's hard to guess if it's natural, or just a part of a characterization. Then we have to run to the luggage control. Unfortunately the queue is so long, that we began to think, if we'll manage to get on the plane. Sorry guys, but today there's no fast track. If you don't manage to get out, I can take you home. Well, actually I've got three children, so it's quite noisy, but it's still nice - tells everybody the guard.

Stosunkowo nieduży samolot Delty jest pełen śpiących bądź przysypiających ludzi, nie należą do nich chyba jedynie siedzące za nami mówiące po hiszpańsku dzieci, ale jesteśmy już tak zmęczeni, że średnio nam to przeszkadza. W Tampie lądujemy zgodnie z planem, trochę czasu zajmuje nam zlokalizowanie mieszkających w Stanach przyjaciół (znanych również jako wujek i ciocia z Ameryki), którzy kręcą się gdzieś niedaleko. Udaje nam się znaleźć siebie nawzajem (co swoją drogą jest zabawne, bo do tej pory z bratem znaliśmy ich jedynie z głosów po rozmowach telefonicznych, widzieliśmy się ostatni raz tak dawno temu, że niczego nie pamiętamy) i wspólnie jedziemy przed siebie.
Smaller Delta Airlane's plane is full of sleeping people, but Spanish-speaking children, sitting behind us don't seem to care about that (fortunately we're too tired to think about it). We arrive in Tampa on time, it takes a while to find our friends (also know as aunt and uncle from America), who are somewhere around. We manage to find each other (which is also funny, as me and my brother have known only their voices from long phone calls, we've seen the for the last time when we were to small to remember anything) and drive farther.








No comments:

Post a Comment

Dziękuję!