26 February 2016

bogs, art déco and ocean


Do Miami przez Everglades.
To Miami via Everglades.


Rano opuszczamy North Port, niedługo jesteśmy na długiej i szerokiej drodze, otoczonej tropikalną roślinnością. Nawet światło zdaje się być niesamowite, aura jak na filmach.
We leave North Port in the morning, soon we're on a long and wide road, surrounded with tropical plants. Even the light is amazing, atmosphere like on a movie.

Zatrzymujemy się już na terenie parku narodowego Everglades. Wysiadamy z idealnie chłodnego auta na zewnątrz, gdzie jest bardzo ciepło i bardzo zielono. Z drewnianego pomostu za niewysokim budynkiem wypatrujemy manatów, które co jakiś czas wynurzają się delikatnie, powodując rozchodzące się na wodzie koła. Udaje nam się wypatrzeć dwa, potem wracamy na parking i jedziemy dalej. Później płyniemy airboatem, niedużą łodzią z ogromnym silnikiem wiatrowym, kierowanym przez Miccosukee, jednego z rdzennych Amerykanów mieszkających na terenie parku. Na bagnistych jeziorach odpoczywają tłumnie aligatory, chluba parku narodowego, choć nie brakuje też innych zwierząt, takich jak szare czaple modre czy śnieżnobiałe ibisy. Płyniemy dosyć szybko, silnik wyłączany jest jednak za każdym razem, gdy zbliżamy się do zwierząt. Trzeci raz zatrzymujemy się tego dnia na terenie parku w Shark Valley, gdzie znajduje się droga przez bagna, która można pokonać busem, rowerem bądź pieszo, przy czym dwie ostatnie opcje jedynie po odpowiednim przeszkoleniu na wypadek spotkania z aligatorami. Ze względu na brak czasu decydujemy się na jedynie dwugodzinną wycieczkę busem, który wiecznie się zatrzymuje, przynajmniej na początku, potem taka ilość zwierząt dookoła nie robi takiego wrażenia. Przewodnik dużo mówi, prawdopodobnie do końca życia zapamiętam, że aligator od krokodyla różni się kolorem skóry i obecnością języka. Krokodyle też można znaleźć w Everglades, ale w jego południowej części, gdzie mosquitos will eat you alive. 
We stop just after entering the Everglades National Park. We leave perfectly cool car and go outside, where's very warm and very green. We're standing on a wooden jetty and looking for manatees, which from time to time show their snouts. We manage to see two, later we come back to the parking and continue our trip. Soon we're on an airboat, which is driven by a member of Miccosukee Native American tribe. Alligators are resting in the bog in the boggy lakes, symbols of the national park, although there's plenty of different animals, like great blue herons or ibises. We're travelling quite quickly, but every time we see an animal we slow down and turn off the engine. For the third time we stop in the Everglades in the Shark Valley, where there's a road through the bogs, which one can see by bus, on feet or by bike, but in the last two ways only after a special training on what to do after meeting an alligator. Due to the lack of time, we decide to choose a bus trip, which will take just two hours. Bus stops all the time, the guide is talking a lot, I'll probably remeber till the end of my life, that the difference between than an alligator and a crocodile is the presence of a tongue and the color of their skin. The clrocodiles can be also found in Everglades, but in its southern part, where mosquitos will eat you alive.

Dalej jedziemy już prosto do wielkiego Miami, miasta nad brzegiem oceanu. Już z daleka widać jego bardzo liczne wieżowce niknące w chmurach. W najbardziej znanej dzielnicy lądujemy późnym popołudniem, zostawiamy bagaże i idziemy się przejść, zanim zacznie padać. Brzeg oceanu w Miami Beach robi ogromne wrażenie, zdecydowanie inne od tego, jakie robiło spokojne morze w Zatoce Meksykańskiej, w Sarasocie czy Venice. Wzburzone fale, do których podchodzą niepewni ludzie, niebo zasnute ciemnymi chmurami. Po drugiej stronie Ocean Drive, oświetlona jasnymi neonami umieszczonymi na hotelach, klubach i restauracjach w stylu art déco. Wkrótce i my nią idziemy, szukając nieprzytłaczającego miejsca na obiad. Wszędzie są tłumy, głośna muzyka i ostre światło. Zajmujemy stolik w jednym z lokali. W telewizji leci mecz FC Barcelony z jakimś innym klubem w hiszpańskojęzycznej amerykańskiej telewizji. Porcje są ogromne i bardzo ciężkie, bezalkoholowe napoje mają więcej cukru niż wody. Niedaleko nas stoi mikrofon, a przy nim muzyk z gitarą, mówiący coś od czasu do czasu po hiszpańsku. Gdy wracamy do pokoju leje deszcz, chcąc nie chcąc musimy iść pod parasolami po mniej przyjaznej stronie Ocean Drive (o ile istnieje coś takiego jak jakkolwiek przyjazna strona Ocean Drive o tej porze). Zanim dojdziemy przestaje padać, kierujemy swoje kroki na plażę. Ludzi na brzegu oceanu jest znacznie mniej niż kilka godzin wcześniej. Towarzyszy nam jednocześnie nieprzyjazny i przyjemny dźwięk fal rozlewających się na piasku.
We continue our road to great Miami, a city on the ocean shore. We can easily see it from a distance, its numerous skyscrapers disappearing in the clouds. We arrive in the most famous district in the late afternoon, leave the luggage in the room and go for a walk, before it starts to rain. The ocean shore in Miami Beach is impressive in a different way than the calm sea in the Gulf of Mexico did, in Sarasota or Venice. Rough waves, towards them people walk unconciuosly, sky covered with dark clouds. On the other side of the beach - Ocean Drive, illuminated with bright neons on hotels, clubs and restaurants in art déco style. Soon we're there, searching for a not overwhelming place for a dinner. Everywhere there are crowds, loud music and bright light. We choose a table in one place. There's a football match on the Spanish-speakingg TV, FC Barcelona against a club with a name I couldn't remember. Dishes are huge and heavy, there's much more sugar than water in alcohol-free drinks. A guy with a guitar and a microphone is standing close to us, he says something in Spanish from time to time. When we're coming home, it's raining, we have to walk under the umbrellas on the less friendly side of Ocean Drive (if there's anything as a freindly side of Ocean Drive at this time). No sooner do we come, it isn't raining anymore, so we go to the beach again. There's even less people than it used to be earlier. The sound of the waves spilling on the sand is at the same time pleasing and unfriendly.

Rano budzę się o szóstej, źle przestawiony zegarek w czytniku pokazuje siódmą. Szymek już też nie śpi. Włączamy telewizor, na pierwszym kanale lecą bajki dla dzieci, najpierw The Dinosaur Train, potem coś o ratowaniu niedźwiedzi polarnych. Po Curious George słyszę pukanie i idziemy znowu nad ocean. Pomimo wczesnej godziny jest tu całkiem sporo ludzi, prawie samych biegaczy. Słońce odbija się w zburzonej wodzie, wieje wiatr, a na piasku odpoczywają mewy z młodymi i gołębie. Po śniadaniu przed jednym z opustoszałych klubów (bajgiel z białym serem i sok pomarańczowy), jedziemy dalej - na południe.
I wake up at 6 o'clock, the wrong adjusted clock in the kindle shows 7 am. Szymek doesn't sleep too. We turn on the TV, there are some children cartoons, firstly The Dinosaur Train, later something about polar bear rescue. Scarcely does Curious George end, we hear knocking and we go again to see the ocean. Despite early hour, there's quite a few people, mostly runners. The glance of the sun on the ocean waves, wind, seagulls with their offsprings and pigeons. After the breakfast in front of one of the empty clubs (bagel with cream cheese and orange juice), we continue our journey - to the south.

























No comments:

Post a Comment

Dziękuję!